oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Roberta
Monroe

ROZDZIAŁ DWUNASTY: PRZYPADKOWE WIZYTY W NIEWŁAŚCIWYCH MIEJSCACH

Pośród wielu tajemnic, na które natknąłem się w moich podróżach istnieją i takie, które wydają mi się nie do wyjaśnienia, a jednak posiadają głębokie znaczenie. Mam jedynie nadzieję, że inni, lepiej zorientowani w technice czy filozofii, dostrzegą w nich to co umknęło mojej uwadze. Oto kilka wyjątków z mojego dziennika opisujących coś, co nie wydaje się być ani Obszarem II ani III.

23 sierpnia 1963 r. - wieczór.

Około 19.00 ułożyłem się na kanapie chcąc uciąć sobie drzemkę, bez zamiaru jakiejkolwiek pozafizycznej aktywności. W chwili kiedy wyciągnąłem się i zamknąłem oczy, nastąpiła potężna, bezdźwięczna eksplozja. Nie było różnic w czasie. Zdarzyło się to około dwóch sekund po zamknięciu oczu. Podmuch cisnął mną przez pokój na przeciwległą ścianę, po której osunąłem się na podłogę. Najpierw pomyślałem, że w domu coś wybuchło. Światło nad moją głową wydawało się migotać emitując błękitne iskry, po czym przewody stopiły się. (Światło było wyłączone kiedy się kładłem, a pokój pogrążony w półmroku.) Miałem wrażenie, jakby w instalacji elektrycznej nastąpiło potężne zwarcie. Odczułem dreszcz podobny do elektrycznego szoku (nie były to jednak opisywane tu często wibracje). Rozejrzałem się po pokoju. Moje ciało fizyczne w dalszym ciągu leżało na kanapie. Widziałem je wyraźnie.

Wtedy właśnie zacząłem rozważać jeszcze inną możliwość. To mogła być śmierć, prawdziwa śmierć, a nie typowe doznanie poza ciałem. Sytuacja była naprawdę niezwykła. Być może umarłem, a moje serce zatrzymało się. Wciąż byłem lekko oszołomiony po eksplozji, ale nie bałem się, ani nie wpadłem w panikę. Jeżeli to śmierć, to niech będzie co ma być.

Przez jakiś czas leżałem na podłodze usiłując się pozbierać. Szukałem ręką dokoła siebie i wydawało mi się, że wyczuwam dywan, ale nie byłem pewien. Było tam coś twardego. Potem postanowiłem spróbować wrócić do ciała fizycznego, nawet gdyby mi się to miało nie udać. Próbując niczego nie stracę.

Wielkim wysiłkiem woli uniosłem się do góry, podpłynąłem nad tapczan, a następnie spłynąłem w dół. Nastąpiło jakieś dziwaczne skręcenie i stwierdziłem, że tkwię w ciele fizycznym jedynie do połowy. Wiłem się i wyginałem zupełne jak dłoń, gdy naciąga się na nią przyciasną rękawiczkę. Po chwili ponownie byłem "cały".

Usiadłem (fizycznie) i zapaliłem światło: Dom pogrążony był w ciszy, wszystko' wyglądało normalnie, także moje ciało, być może poza tym; iż pokryte było gęsią skórką: Doświadczenie to autentycznie mną wstrząsnęło i wciąż nie wiem co je spowodowało, ani jak. Czy była to jakaś eksplozja nie fizyczna? Czy wydarzyło się to wewnątrz mnie, czy był to efekt działania jakiejś siły zewnętrznej? Z perspektywy czasu wydaje mi się, że nie było to wcale takie niezwykłe - mój stan fizyczny, emocjonalny, umysłowy w tamtym okresie mógł coś takiego wywołać. Jedyne, co przychodzi mi do głowy w związku z samym momentem eksplozji, to jakaś przelatująca przez pokój zabłąkana fala, która "wyrzuciła" mnie z ciała ponieważ zupełnie przypadkowo znalazłem się na jej drodze. Rozumując w ten sposób dalej pomyślałem, że fala ta była produktem jakiejś eksperymentalnej aparatury, która nie została jeszcze w pcha przetestowana przez naukowców, a więc efekt mógłby im być nieznany. Przywiodło mi to na myśl urządzenie działające na trzy sposoby.

5 maja 1959 r. - popołudnie.

Dzisiaj dowiedziałem się o dziwnym urządzeniu, które wydaje się działać na trzy różne sposoby. Około piątej postanowiłem wypróbować technikę relaksacji polegającą na liczeniu od jednego do dwudziestu. Położyłem się na łóżku, pomyślałem o diagramie pola siłowego a potem zacząłem liczyć. Ponieważ nie wydawało mi się abym osiągnął jakieś rezultaty, więc odwróciłem głowę. Oczy miałem otwarte i spojrzałem przez okno prosto w słońce (dzień był słoneczny a okno wychodziło na zachód). Natychmiast pojawiły się wibracje, wobec czego zamknąłem oczy i ułożyłem się z powrotem. Wibracje objawiły się mrowieniem gdzieś z tyłu głowy. Zacząłem poruszać szczęką, a wibracje stawały się silniejsze bądź słabsze w zależności od pozycji szczęki: W końcu ustaliłem optymalną pozycję (tylko w ten sposób mogę to wyrazić). Wibracje w głowie stały się zbyt silne, więc "przesunąłem" je w dół, ku klatce piersiowej, o patem eksperymentowałem przemieszczając je do różnych części ciała. Za każdym razem kiedy przechodziły przez prawy bok, odbierałem uczucie pieczenia w okolicach wątroby lub nerki (obce ciało czy lekarstwa?). Zdarzało się to już wcześniej, chociaż nie pamiętam żebym o tym wspominał. W wyobraźni zapragnąłem unieść się, i tak się też stało. Na pierwszy Plan musiała się wysunąć jakaś zabłąkana myśl, bo natychmiast obróciłem się w powietrzu i zanurkowałem przez podłogę. W tej samej chwili usłyszałem muzykę (dźwięk jak przy wyszukiwaniu potencjometrem stacji radiowej), po czym znalazłem się w jakimś nie dokończonym domu. Okna nie były jeszcze instalowane, a materiały i narzędzia leżały w nieładzie na brudnej podłodze. Dom najwyraźniej stał na zboczu jakiegoś wzgórza i był zwrócony w stronę niewielkiej dolinki i wzgórza po drugiej stronie.

Na podłodze stało urządzenie długości 40 cm. Wyglądało, jakby użytkownik pozostawił je tu jedynie na chwilę. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Było podobne do pręta z przymocowanymi trzema dodatkami. Podniosłem to i niechcący wycelowałem w stronę stojącego za oknem mężczyzny, którego wcześniej nie spostrzegłem. Nic się nie wydarzyło, a mężczyzna odwrócił się i zobaczył mnie. Na chwilę zniknął z pola widzenia a potem wszedł przez drzwi po prawej stronie i zbliżył się do mnie. Uśmiechnął się i jak dobrze pamiętam, wydawał się absolutnie normalny. Widząc urządzenie w mojej dłoni, zdecydował się zademonstrować mi je. Wskazując na tubę z przodu urządzenia (otwarty z jednego końca cylinder) pokazał mi, jak je "nastawiać" poruszając tubą lub cylindrem do przodu i tyłu.

Potem powiedział, żebym skierował przyrząd przez inny otwór okienny, za którym stał jakiś mężczyzna i żywo gestykulował rozmawiając z kimś, kto znajdował się poza zasięgiem wzroku. Potem polecił, bym popchnął cylinder do przodu dla uzyskania węższego promienia. Zastosowałem się do polecenia i wycelowałem urządzenie w stojącego za oknem człowieka, zupełnie jakbym mierzył do niego ze strzelby. Nie zauważyłem, by urządzenie wyemitowało jakiś promień, czy wiązkę czegoś innego. Jednakże stojący za oknem mężczyzna natychmiast opadł na krzesło, jakby martwy. Zwróciłem się do gospodarza oszołomiony i przestraszony, że niechcący zabiłem człowieka. Uśmiechnął się i powiedział, żebym wymierzył w stronę nieprzytomnego (?) człowieka, ale tym razem mam odciągnąć cylinder do tyłu co rozszerzy promień. Zrobiłem tak. Mężczyzna wstał i podjął przerwaną rozmowę, jakby się nic nie stało.

Następnie mój gospodarz wyprowadził mnie na zewnątrz, a ja zapytałem tego drugiego mężczyznę czy rzeczywiście niczego nie czuł. Przerwał rozmowę, spojrzał na mnie zdziwiony i odparł, że nie. Zapytałem go czy pamięta aby zasnął, lub czy uświadamia sobie jakąś lukę w czasie. Ponownie odpowiedział że nie, odwrócił się i rozmawiał dalej.

Mężczyzna, który był moim gospodarzem spojrzał na mnie i uśmiechnął się, a potem poprowadził mnie na drugą stronę domu wychodzącą na dolinę i powiedział; że pokaże mi jeszcze coś. Wskazał na miejsce w oddali, gdzie na zboczu wzgórza, około trzystu jardów od nas paliło się jasnym płomieniem niewielkie ognisko: Poskręcana Wstęga dymu wiła się wysoko ku niebu. Mój gospodarz polecił, abym wycelował urządzenie w stronę ogniska i użył węższego płomienia. Zrobiłem to i ogień natychmiast zgasł, zupełnie jakbym użył gaśnicy. Dym unosił się jeszcze chwilę, ale wkrótce rozwiał się i on.

Zaintrygowała mnie ta niezwykła zabawka, więc poprosiłem mężczyznę, by mi ją opisał. Zrobił to chętnie. Powiedział, że składa się z trzech części. Cylinder jest urządzeniem nastawiającym, co zrozumiałem sam. W środku znajduje się spiralny zwój, który jest źródłem mocy. Za nim umieszczono trzy; przypominające płetwy płyty (zbliżone do płyt w rektyfikatorze). Objaśnił mi, że same płyty nie są zbyt ważne i służą raczej do zabezpieczenia użytkownika, Przeciągnął po nich kciukiem, a one zgięły się, były niezwykle giętkie. Potem zapytał czy na pewno wszystko rozumiem. Odpowiedziałem, że całe to urządzenie przypomina mi niewielką triodę (najbardziej podobny przedmiot, jaki przyszedł mi do głowy). Mój gospodarz skinął z entuzjazmem głową i powtórzył; "Tak, trioda!"

Czując, że muszę już odejść, podziękowałem mu za wszystkie informacje a on odparł, że zobaczy się ze mną ponownie w ... (nie pamiętałem tej nazwy). Jednak mój umysł najwyraźniej rozpoznał miejsce, bo odpowiedziałem, że tak, w Cadena Azul. (Był to efekt moich odwiedzin w Ameryce Południowej.) Mężczyzna skinął twierdząco głową, lecz po chwili obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem, a ja stwierdziłem, że moje wrażenie było prawidłowe, ale on nie zrozumiał hiszpańskiej nazwy.

Potem wróciłem do niewykończonego pokoju i "wystartowałem" z wyciągniętymi w górę ramionami, Przebyłem w ten sposób, jak mi się wydawało dwa lub trzy piętra i zatrzymałem się. Miejsce to wyglądało jak moje biuro, ale było puste. Żadnego umeblowania, brak kanapki, zalegający podłogę kurz - i nie było tu mojego ciała! Zrozumiałem, że było to niewłaściwe "miejsce" (czas?)' oraz że pomieszczenie, do którego chciałem trafić, znajdowało się "wyżej": Ponownie wystartowałem przez strop w górę i po kolejnych ośmiu czy dziewięciu piętrach znalazłem się wreszcie w swoim biurze. Wtopiłem się w ciało fizyczne. (Miałem trochę kłopotów, z jedną ręką lecz w końcu połączyłem się całkowicie).

Usiadłem i otworzyłem oczy. Zegarek pokazywał, że mnie było mnie tu godzinę i pięć minut. Naszkicowałem urządzenie i przystąpiłem do sporządzenia notatek. Przyrząd usypiał i budził ludzi, a także gasił ogień. Być może któregoś dnia spróbuję go zbudować.

11 marca 1961 r. - noc.

...a już myślałem, że normalnie powróciłem do ciała fizycznego. Otworzywszy oczy zorientowałem się, iż leżę w jakimś obcym łóżku. Stojąca obok nieznajoma kobieta spostrzegła, że się obudziłem i uśmiechnęła się. Za nią stała inna kobieta, wyraźnie starsza. Obie okazywały radość, że się obudziłem - zupełnie jakbym był przez długi czas chory. Pomogły mi wstać z łóżka. Ubrany byłem w rodzaj togi (przypominającej szlafrok). Suknie kobiet wydawały się całkiem normalne. Wiedziałem, że z pewnością nie jestem tą osobą, za którą mnie biorą. Próbowałem im to powiedzieć, ale śmiały się ze mnie i wydawały się uważać, że ciągle jestem niezupełnie świadomy. Zapytałem, jaki mamy dzień, a one w odpowiedzi uśmiechnęły się jedynie domyślnie; jakby rozumiały, że nie jestem jeszcze w pełni zorientowany (naprawdę nie byłem!). Chciałem zapytać o kalendarz, ale w końcu zdecydowałem, że lepiej będzie dowiedzieć się od nich. Zapytałem młodszą kobietę sprawiającą wrażenie mojej żony. (lub ciała mojej żony), a ona odparła, że jest rok 1924 zgodnie z grecką (?) metodą określania czasu.

Byłem pewien, że nie mogę tam zostać dłużej, więc pomimo ich silnych sprzeciwów wyszedłem przez drzwi na świeże powietrze. Stałem nieruchomo i próbowałem unieść się w górę, przeczuwałem bowiem, że muszę się unieść bardzo wysoko. Próbowałem wystartować, ale one mnie trzymały. Nic się nie wydarzyło i zaczynałem już stawać się niespokojny. Wiedziałem, że znalazłem się w niewłaściwym miejscu. Nagle przypomniałem sobie trick z oddychaniem i zacząłem dyszeć krótko i urywanie przez półotwarte usta. Począłem wznosić się; powoli w górę, ponad budynki w kształcie litery U, wciąż czując, jak kobiety próbują ściągnąć mnie z powrotem. Oddychałem silnie i coraz szybciej i poruszałem się także coraz szybciej, aż w końcu ujrzałem dokoła siebie znajomy błękit. Nagle zatrzymałem się. Byłem wysoko w górze i unosiłem się nad typowo wiejską okolicą, pełną niewielkich domków. Widok ten wydał mi się znajomy, a pomiędzy rzeką i drogą dostrzegłem nasz dom wraz z zabudowaniami gospodarczymi. Zanurkowałem w stronę domu i w chwilę później wtopiłem się w ciało fizyczne. Usiadłem, ponownie cały, i z ulgą rozejrzałem się dokoła. Tym razem byłem we właściwym miejscu!

17 sierpnia 1960 r. - noc.

Była to chybiona próba, spowodowana nie dającym się przewidzieć marginesem błędu. Około 23.00 odliczyłem od dwudziestu do jednego. Znajdowałem się w sypialni. Opuściłem ciało z myślą o odwiedzeniu Agnew Bahnsona i rozpocząłem podróż, która przypominała poruszanie się pod wiatr. Wróciłem do ciała fizycznego prawie natychmiast - lub tak mi się przynajmniej wydawało. Nie leżałem jednak w łóżku lecz stałem. Pokój w jakim się teraz znajdowałem nie był moim pokojem. Z lewej strony podtrzymywał mnie mężczyzna, duży i szeroki w ramionach. Był ode mnie dużo wyższy, a jego barki wydawały się błyszczeć. Z prawej strony podtrzymywała mnie młoda dziewczyna. Zmusili mnie, abym przeszedł się po pokoju. Ponieważ miałem z tym niejakie trudności, lekko podtrzymywali mnie pod łokcie. Słyszałem, że mówili coś o moich rękach, że są one niezwykłe lub nieprawidłowe. Nie byli nieprzyjaźni, ale ja wiedziałem, że znów znalazłem się w niewłaściwym miejscu! Na szczęście nie straciłem głowy i wyprostowawszy się wystrzeliłem z tego miejsca, gdziekolwiek się ono znajdowało, w górę. Po kilku chwilach stopiłem się z moim ciałem fizycznym. Rozejrzałem się ostrożnie dokoła i odetchnąłem z ulgą. Znowu byłem we własnej sypialni i we własnym ciele. Minęło jednak wiele czasu zanim uspokoiłem się na tyle, by ponownie zapaść w sen.

23 listopada 1960 r. - noc.

Było to najbardziej niezwykłe i żywe doświadczenie, jakie mi się kiedykolwiek przytrafiło. Nie wiem jednak, czy chciałbym doznać czegoś takiego ponownie. Bardzo zmęczony poszedłem spać około drugiej nad ranem. Wibracje pojawiły się bez żadnych starań z mojej strony, postanowiłem więc wykorzystać okazję i "zrobić coś", pomimo zmęczenia. (Może to właśnie jest odpoczynek). Wyszedłem z ciała łatwo i szybko odwiedziwszy kilka miejsc przypomniałem sobie o odpoczynku i postanowiłem powrócić do ciała. Pomyślałem o nim i prawie natychmiast znalazłem się w łóżku. Od razu zauważyłem jednak, że coś było nie w porządku. Nad moimi stopami znajdowało się jakieś pudełko, najwyraźniej po to, aby nie dotykała ich kołdra. W pokoju stały dwie osoby: mężczyzna i pielęgniarka. Rozmawiali cicho nieopodal łóżka.

Moją pierwszą myślą było, iż stało się coś złego, na przykład żona znalazła mnie w stanie śpiączki i oddała do szpitala. Pielęgniarka, sterylna atmosfera pokoju oraz łóżko wydawały się potwierdzać tę tezę. Lecz w dalszym ciągu nie opuszczało mnie przeczucie, że coś tu jest nie tak.

Po chwili mężczyzna i kobieta przestali rozmawiać, pielęgniarka odwróciła się i wyszła z pokoju, a mężczyzna zbliżył się do mnie. Ogarnęła mnie panika, ponieważ nie wiedziałem, co ma zamiar zrobić. Przeraziłem się jeszcze bardziej, kiedy pochylił się nade mną, ujął mnie delikatnie lecz stanowczo za ramiona i wlepił we mnie wyłupiaste, błyszczące oczy. Próbowałem się poruszyć, ale przekraczało to moje możliwości. Zupełnie, jakbym wszystkie mięśnie miał sparaliżowane. Coś wewnątrz mnie desperacko chciało uciekać, odsunąć się od twarzy pochylającej nade mną.

Potem, ku mojemu najwyższemu zaskoczeniu, mężczyzna ucałował mnie w oba policzki. Czułem jego bokobrody, a w oczach widziałem łzy. Po chwili wyprostował się, puści moje ramiona i powoli wycofał się z pokoju.

Pomimo strachu zrozumiałem, że żona nie oddała mnie do szpitala, że mężczyzna był obcy, i że ponownie znalazłem się w niewłaściwym miejscu. Musiałem coś zrobić, ale nawet przy pomocy całej siły woli, jaką udało mi się zgromadzić, nie byłem w stanie niczego dokonać. Powoli uświadomiłem sobie dźwięk w mojej głowie przypominający syk pary lub powietrza. Powodowany niejasnym przeczuciem skoncentrowałem się na tym syku i zacząłem go modulować, tzn. starałem się by brzmiał raz głośniej, raz ciszej. Spowodowałem; że częstotliwość tych pulsacji rosła coraz bardziej, aż po kilku chwilach przerodziły się w szybkie wibracje. Spróbowałem unieść się z tego ciała i udało mi się to stosunkowo łatwo. W moment później znalazłem się w innym ciele fizycznym.

Tym razem byłem ostrożny. Wyczuwałem pod sobą łóżko. Dokoła słyszałem znajome dźwięki. Kiedy otworzyłem oczy, pokój pogrążony był w ciemnościach. Sięgnąłem ręką tam, gdzie powinien znajdować się przełącznik światła. Był. Włączyłem światło i odetchnąłem z ogromną ulgą. Byłem znów u siebie.

7 czerwca 1963 r. - noc.

Po jakimś czasie opuściłem ciało i już poza domem spotkałem kobietę, która także "leciała". Powiedziała, że będziemy spóźnieni wracając (nie wiem dokąd), i że możemy mieć kłopoty z wejściem. Potem zbliżyliśmy się do czegoś w przypominało dużą instytucję (szpital?) i szczęśliwie przeszliśmy przez drzwi bez otwierania ich, najwyraźniej po to aby uniknąć oczekującego już strażnika (oraz wyjaśnień, dlaczego jesteśmy spóźnieni, co pociągało za sobą pewien rodzaj kary). Wewnątrz rozdzieliliśmy się i natychmiast jakiś mężczyzna (przyjacielski, w typie lekarza) powiedział, że się mną zajmie, i że powinienem zaczekać w drugim pokoju na prawo. Poszedłem tam, ale nie byłem pewien o który pokój chodzi, bowiem w każdym znajdowało się kilka osób pogrążonych w rozmowie, a ja pozostawałem nie zauważony. Jednakże poczekałem chwilę, aż w końcu męża przyszedł i zbadał mnie po czym orzekł, że potrzebuję leczenia. Mówił o miareczkowaniu i o leczenia rosnącym do 1500 cc, a potem stopniowo opadającym do normy (cokolwiek miało to znaczyć). Zapytałem go, dlaczego takie leczenie jest konieczne, a on odpowiedział, że w ten sposób wszechświat (lub ludzkość) można rozwinąć i ulepszyć. Zapytałem dlaczego (mając na myśli potrzebę ulepszenia), ale tym razem nie odpowiedział. Bałem się trochę tego leczenia. Niedługo potem odczułem potrzebę powrotu do ciała i udało mi się to bez żadnego problemu.

13 lipca 1961 r. - popołudnie i noc.

Po wizycie w Cape Cod przybyłem do Hyannis cokolwiek zmęczony, więc ułożyłem się do popołudniowej drzemki. W czasie relaksacji wyszedłem z ciała i po chwili dryfowałem już ponad domem, w okolicach garażu. Na dziedzińcu był pies (duży, w typie owczarka niemieckiego), który ujrzawszy mnie zaczął wściekle szczekać. Zza rogu domu wyszedł jakiś mężczyzna i wycelował we mnie broń wydobytą z kabury. Wycofałem się pośpiesznie, nim jeszcze uświadomiłem sobie, że kule najprawdopodobniej nie wyrządziłyby mi żadnej szkody. Wróciwszy do ciała pomyślałem, że na szczęście wszystka już się skończyło, ale byłem w stanie przypomnieć sobie jedynie to, iż mężczyzna sprawiał wrażenie wysokiego.

Tego samego wieczora, leżąc już w łóżku poczułem, że wylatuję ponownie. Unosiłem się nad kilkoma domami próbując zdecydować co robić, gdy niespodziewanie ten sam wysoki mężczyzna pojawił się tuż przede mną i zatrzymał mnie, stając na mojej drodze. Odniosłem wrażenie spokojnej, skupionej siły. Zapytał dlaczego chcę zobaczyć prezydenta. Początkowo byłem zaskoczony, ponieważ nie widziałem powodu spotykać się z Eisenhowerem (tak mój umysł kojarzył słowo prezydent), ale przyszedł mi do głowy pomysł planu pokojowego i opowiedziałem o nim wysokiemu mężczyźnie. Zapytał mnie wtedy: "Skąd możemy być pewni, że jesteś lojalny wobec Stanów Zjednoczonych?" Zakłopotany odparłem, że odpowiednie informacje o mnie z pewnością są w Waszyngtonie. Mój rozmówca po chwili powiedział, że akurat teraz nie mogę się widzieć z prezydentem. Skinąłem zgodnie głową i wróciłem do ciała. Leżąc w łóżku i zastanawiając się nad tym, nagle uświadomiłem sobie, że przecież Eisenhower nie jest już prezydentem. Narastało we mnie przekonanie, że Kennedy ma metapsychicznych ochroniarzy. Po chwili przyszło mi do głowy, iż Kennedy mógł być w tym tygodniu w Hyannis. Wstałem i zszedłem na dół, odnalazłem lokalną gazetę, gdzie na pierwszej stronie widniała notatka o przybyciu Kennedy'ego do Hyannis. (Od dwóch dni nie widziałem żadnej gazety.)

Były to przykłady wydarzeń umykających jakiejkolwiek klasyfikacji, szczególnie jeśli rozważyć je w kategoriach zwyczajnych snów. Mogą to być fragmenty żywego fresku, który pewnego dnia ujrzymy w całości. Mam jedynie nadzieję, że nie trzeba "umierać", aby zobaczyć tę całość.