oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Roberta
Monroe

ROZDZIAŁ JEDENASTY: DAR CZY BRZEMIĘ?

We wczesnej fazie eksperymentów zaczął się pojawiać pewien uboczny efekt. Nie była to aktywność poza ciałem jako taka. Efekt ten występował w stanach głębokiej relaksacji tuż przed oddzieleniem. Zjawisko to znane jest jako "prekognicja", czyli zdolność przewidywania przyszłości. Zdarzało się, że kiedy leżałem całkowicie zrelaksowany, bez żadnego udziału z mej strony pojawiały się "wizje".

Zazwyczaj zaczynało się to od syczącego dźwięku, rodzącego się gdzieś w czołowej części mózgu oraz od widoku niewielkich prostokątnych drzwi, które uchylając się ukazywały idealnie okrągły otwór. Potem oglądałem zdarzenie lub wypadek niczym sen, z tą różnicą, że byłem w pełni świadom a wszystkie moje zmysły działały normalnie. "Sen" taki był niezależny od wszelkich zewnętrznych bodźców. Wrażenia płynące z owego "snu" i ze zmysłów odbierałem oddzielnie. Nie potrafiłem i w dalszym ciągu nie potrafię wytwarzać takiego efektu dowolnie. Występuje on samoistnie lub jest wywoływany jakimś nieświadomym mechanizmem:

Z początku nie przywiązywałem wagi do tego fenomenu, uważając go za produkt odreagowania podświadomości. Pewien przypadek zwrócił jednak szczególnie moją uwagę. Jest on na tyle ważny, że przytoczę go wprost z dziennika.

5 lipca 1959 r.

Wczesnym rankiem "drzwi" otworzyły się ponownie, a to co zobaczyłem lekko mnie zaniepokoiło swoją wyrazistością. Otóż wsiadałem właśnie na pokład samolotu pasażerskiego. Przy wejściu czekał na mnie D.D., którego znałem od przeszło dziesięciu lat. Wszedłem do samolotu i usiadłem w fotelu. Zauważyłem, że prawie wszystkie miejsca zostały zajęte, a samolot był już prawie gotowy do startu. Sądziłem więc, że mój przyjaciel także znajduje się na pokładzie. Przed drzwiami zauważyłem grupę rozmawiających ludzi. Towarzyszyli młodemu Murzynowi, który wchodził właśnie do środka. Byli bardzo weseli i najwyraźniej zadowoleni, że Murzyn idzie razem z nimi. Grupa składała się z dwóch starszych Murzynów, starszego białego mężczyzny i wspomnianego młodego Murzyna. Widząc, że samolot przygotowuje się do odlotu, przeszli pomiędzy rzędami i zajęli miejsca. Wychyliłem się do przodu by zobaczyć czy mój przyjaciel już wsiadł i wtedy spostrzegłem, że siedząca przede mną kobieta jest zdenerwowana. Tuż przed startem wszedł mój przyjaciel i usiadł. Miałem się właśnie przysiąść do niego, ale samolot zaczął kołować więc zrezygnowałem. Samolot zaczął toczyć się po pasie startowym i długo nie mógł się poderwać, co stało się powodem mojego lekkiego napięcia. W korku unieśliśmy się i przelecieliśmy nisko nad ulicami. Samolot unosił się bardzo powoli.

Po kilku chwilach usłyszałem płynący z głośnika głos stewardesy. Powiedziała, że za parę minut pilot zadecyduje, którą trasę wybrać. Miał do wyboru dwie - pierwszy w lewo (okrężną), lub drugą, "pod przewodami". Po krótkim oczekiwaniu spostrzegłem, że samolot przeleciał punkt orientacyjny (nisko nad miastem). Zanim jeszcze odezwała się stewardesa zauważyłem, iż przyjmujemy kurs "pod przewodami". Stewardesa potwierdziła to w sposób pozornie lekki i niewymuszony, ale ja wyczułem w jej głosie pewne napięcie.

Wyjrzawszy przez okno zobaczyłem przed nami obszar z porozciąganymi we wszystkich kierunkach przewodami. Samolot zbliżył się i wleciał pod te przewody, w dalszym ciągu pozostając bardzo nisko. Cały spięty wypatrywałem jakiegoś wolnego miejsca pomiędzy przewodami, przez które moglibyśmy przelecieć i unieść się wreszcie w górę. Daleko w przodzie ujrzałem koniec przewodów, a także świecące w górze słońce. Zacząłem się odprężać, ponieważ wyglądało na to, że może nam się udać: W tej właśnie chwili samolot gwałtownie opadł i uderzył o ulicę. Coś odłamało kadłub tuż obok mnie, a ja wyskoczyłem (lub wypadłem) na ulicę znajdującą się jakieś 2 m poniżej. Samolot przeleciawszy nade mną, po odbiciu się od ulicy przechylił się na prawo i runął w puste miejsce pomiędzy dwoma budynkami. Olbrzymie chmury dymu przysłoniły częściowo miejsce katastrofy.

Moją pierwszą reakcją po katastrofie było podziękowanie Bogu za cud, który mnie uratował. Potem pomyślałem, że rodzina będzie się martwić, ponieważ wiedzieli, że lecę tym właśnie lotem. Powinienem ich jakoś zawiadomić. Czułem też, powinienem pośpieszyć do szczątków samolotu i próbować ratować innych, chociaż wiedziałem, że nie ma to sensu. Wstałem i poszedłem w stronę wraka a kiedy zbliżyłem się, zobaczyłem przebijające przez dym języki ognia. Pilot (w skórzanej kurtce i czapce) podszedł i spojrzał na mnie oszołomiony. Zapytał, dlaczego właśnie ja zostałem wybrany, by przeżyć. Zadałem sobie to samo pytanie, po czym "drzwi" zamknęły się.

24 lipca 1959 r.

Mam lecieć do Północnej Karoliny. Jest to jedna z czterech planowanych podróży samolotem. Na myśl o tej podróży czuję. lekkie dreszcze. To sprawia, że dużo nad tym myślę, a zważywszy na inne wypadki często powracam do przeżycia zanotowanego pod datą 5.01.1959 [THERION: 1 maja]. Zawsze niepokoję się odrobinę przed podróżą samolotem, jak chyba każdy. Nie sądzę aby coś się wydarzyło akurat podczas tej podróży, ale być może źle to wszystko interpretuję. Co zrobię; kiedy podobny wypadek wydarzy się w tej lub jednej z następnych podróży? Czy wypadnę z samolotu? Czy możliwa jest zmiana przeznaczenia? W mojej wizji przeżyłem, ale przeżycie może tu oznaczać przejście na drugą stronę, a ja przecież nie odbieram śmierci jako unicestwienia i wiem, że będę żył dalej: Naprawdę nie wiem, co zrobię. Jednak proszę wszystkich, którzy mnie kochają - a mam nadzieję, że jest ich wielu - gdyby taki wypadek się zdarzył, a moja interpretacja o przejściu na drugą stronę była słuszna, to niech nie będą nieszczęśliwi z tego powodu. Ponieważ szczerze i głęboko wierzę, że istnieją takie przejścia. Wierzę też, że wszystko czego nie udało mi się tutaj dokonać, do czego tęskniłem i co w nieporadny sposób usiłowałem dopełnić, ponownie stanie się aktualne tam, w "Domu". A przede wszystkim wierzę, iż ciało fizyczne jest jedynie wehikułem oddanym do użytku mojego "Ja". Skoro więc "Ja" odejdę, ciało nie będzie znaczyło nic. Żadnego grobu, żadnego grobowca - ciało jako takie jest nieważne. "Mnie" tam nie będzie.

Z tego samego powodu, o ile wydarzy się ten wypadek, moje "Ja" będzie usiłowało porozumieć się jakoś z osobami zainteresowanymi tymi problemami. (Mogłoby temu przeszkodzić, a jest to możliwe, jedynie to, że owo "inne miejsce", czy "inny plan" stawiać może takie same problemy, lub nawet ważniejsze, niż tutaj). Nie wiem. Nie mogę obiecać. Zapewniam jednak, że ci którzy mnie znają, nie będą mieć większych trudności z rozpoznaniem gdy skomunikuję się z nimi.

Nie chciałbym by uznano to za rodzaj manii, choć być może jestem w tych dniach trochę przewrażliwiony. Chcę mieć to jednak zapisane, aby kiedy będzie już po wszystkim, zrozumiano mnie choć trochę. Nie pragnę, by się to stało, nie uważam, że jestem już "gotowy", a sama myśl o przejściu na drugą stronę czyni mnie bardziej refleksyjnym i smutnym. Ale w końcu jestem do tego częściowo przygotowany.

23 października 1959 r.

Piszę to w dwanaście tygodni po ostatnim zapisie. Cztery z tych dwunastu tygodni spędziłem w szpitalu, a resztę jako rekonwalescent w domu.

Ale zacznijmy od początku. Poprzedni zapis dotyczy przewidywania przyszłości oraz definicji przetrwania. A oto jak wygląda porównanie rzeczywistości ze "snem".

Podobieństwo 1: Początek zapowiedzianej podróży do Północnej Karoliny. Pierwsze skojarzenie nastąpiło gdy wsiadłem do autobusu przewożącego pasażerów z nowojorskiego terminalu lotniczego na lotnisko w Newark. Po wejściu usiadłem w drugim fotelu na prawo od drzwi. Uczucie czegoś znajomego było wprost przytłaczające. Brało się z mojej pozycji wobec drzwi oraz ich wyglądu. Zaalarmowało mnie to, ponieważ zidentyfikowałem miejsce, które w mojej wizji kojarzyłem z samolotem. Nie był to jednak samolot, a jadący na lotnisko autobus.

Podobieństwo 2: Do autobusu weszło czterech mężczyzna Trzech było w czarnych garniturach, a jeden w jasnym. Śmiali się i żartowali. We "śnie" wziąłem ich za trzech Murzynów i białego).

Podobieństwo 3: Kobieta, która zajęła miejsce tuż przede mną była niezadowolona i zdenerwowana. Jednak nie z mojego powodu, a dlatego, że tragarz źle skierował jeden z jej bagaży.

Podobieństwo 4: Wyobrażenie D.D. - mojego przyjaciela, który w wizji stał przy drzwiach i wsiadł jako ostatni. Spojrzałem na kierowcę stojącego przy drzwiach i czekającego na spóźnionych pasażerów. Jego twarz i budowa ciała natychmiast przypomniały mi D.D. - był tak podobny, że mógłby być jego bratem. (Umysł mając trudności z identyfikacją często podsuwa obraz najbliższy prawdzie). Po chwili kierowca wszedł do autobusu jako ostatni, zamknął za sobą drzwi i usiadł za kierownicą.

Podobieństwo 5: Jadąc Jersey Turnpike autobus "leciał nisko i powoli", takie można było odnieść wrażenie, porównując to z lotem. Autostrada zbudowana jest ponad ulicami i drogami. Patrząc na odsłaniające się pod nami ulicę i bulwary ponownie doznałem wrażenia, iż są dziwnie znajome. Widziałem je nie z samolotu (jak poprzednio sądziłem) ale ż autobusu.

Podobieństwo 6: Już pierwsze sygnały na lotnisku zaniepokoiły mnie. Samolot miał opóźnienie, więc czekałem w hallu. Kiedy usiadłem na ławce, usłyszałem dobiegający z głośników kobiecy głos. Jego tembr także wydał mi się znajomy.

Podobieństwo 7: Kiedy ogłoszono mój lot zacząłem zastanawiać się, czy powinienem wsiąść. Nie z powodu lęku, ale nie byłem pewien w oznacza "przeżycie". W końcu zdecydowałem, że jest to nieuniknione i gdybym poleciał kolejnym kursem, to jedynie przedłużyłoby sprawę. Zdenerwowany wszedłem na pokład i po chwili pokołowaliśmy na start. Stewardesa obwieściła przez interkom, że polecimy na pułapie 1800 m, a więc raczej nisko. Wreszcie wystartowaliśmy i prawie natychmiast wpadliśmy w burzę z mnóstwem błyskawic. To potwierdziło moją wizję lotu pod przewodami (elektrycznymi), stanowiącymi dla mnie od dawna synonim burzy.

Gdzieś w środku burzy pilot postanowił zmienić pułap lotu (nie zostało to zapowiedziane). Wznieśliśmy się ponad obszar niesprzyjającej pogody i bez przeszkód wylądowaliśmy w Północnej Karolinie. Po wylądowaniu pomyślałem, że moja interpretacja wypadku była nieprawidłowa i po prostu zapomniałem o całej sprawie.

Cztery dni później, w poniedziałek, w samym środku spokojnej przyjacielskiej pogawędki w biurze doznałem czegoś, co później zostało rozpoznane jako atak serca (zaburzenie krążenia w naczyniach wieńcowych) i zostałem zabrany do szpitala. Nie wierzyłem, że to atak serca, dopóki nie powiedziano mi tego w szpitalu po badaniach EKG: Długo mnie o tym przekonywano, zresztą nie bez powodu. Wszystkie badania, łącznie z dwoma w poprzednim tygodniu wykazywały, że moje serce jest w absolutnym porządku. "Nie musi się pan martwić o swoje serce" - mawiali badający mnie lekarze. "Jedno, na co pan z pewnością nie umrze, to atak serca". Moja świadomość nie dopuszczała więc takiej możliwości. Dlatego też jako wydarzenie zastępcze umysł wybrał katastrofę lotniczą (najbardziej wg mnie prawdopodobne).

Przez cztery tygodnie w szpitalu stosowałem nagraną na taśmie terapię sugestywną, co cudownie działało na moją psychikę i wydawało się przyśpieszać proces leczenia. Żadnych eksperymentów natury psychicznej w szpitalu nie przeprowadzałem, czego przyczyną jak później odkryłem, były środki uspokajające podawane co trzy godziny. Dalsza rekonwalescencja w domu przebiegała normalnie.

Nie muszę mówić, że od tej pory z niecierpliwością czekałem żeby "drzwi" znów się otworzyły. Za każdym razem objawione wizje sprawdzały się po dniach, miesiącach, a nawet latach.

Kiedyś np. ujrzałem wnętrze naszego domu na południu. Rozpoznałem go natychmiast. Był zgodny z opisem w moim dzienniku, zrobionym dwa lata wcześniej. Najbardziej niezwykły był fakt, iż w tym czasie nie mieliśmy nawet zamiaru przenieść się na południe.

Inne zdarzenie miało miejsce pięć minut przed nadaniem audycji radiowej. "Drzwi" otworzyły się i zobaczyłem pękającą taśmę oraz obracające się wściekle rolki. Jakieś dziesięć minut później, w trakcie audycji taśma rzeczywiście pękła i powstało spore zamieszanie. Nie zdarzyło się to jeszcze nigdy podczas programu. Sam montowałem taśmę i wiem, że była zrobiona dobrze. Przerwanie taśmy spowodowała sklejka, założona wcześniej przez kogoś innego.

Kiedyś gdy byłem w biurze, "drzwi" otworzyły się ukazując czerwone światło oraz słowa: "Ciśnienie oleju". Godzinę później, kiedy wracałem do domu nowym samochodem, na tablicy rozdzielczej zapaliło się czerwone światełko oznaczające brak oleju. Jeszcze raz okazało się, że nie był to fałszywy alarm podświadomości. Samochód miał na liczniku 1000 km i całkiem niedawno był po przeglądzie. Miał jednak wyciek oleju - a więc coś co w nowym samochodzie nie powinno mieć miejsca.

Wydarzyło się jeszcze około osiemnastu przypadków, wszystkie dotyczyły mnie osobiście i wszystkie zobaczyłem przez otwarte "drzwi". Pomijając drobne błędy interpretacyjne sprawdziły się dokładnie.

Schemat takiej wizji przedstawia się następująco: S (syczący dźwięk) + D (wrażenie otwieranych drzwi) = W (wizja przyszłego wydarzenia).

Zakładając, że formuła sprawdziła się już przeszło dwadzieścia razy, to co w takim razie z wizjami, które są zapisywane w swoim dzienniku, ale jeszcze się nie wydarzyły? Bez komentarzy podam kilka z nich.

30 sierpnia 1960 r.

Syk powietrza/drzwi: Nad głową przelatuje samolot. Najwyraźniej coś nie jest w porządku - klapy otwarte, podwozie wysunięte. Spadł rozbijając się za pobliskim wzgórzem, a ja wraz z całą rodziną pośpieszyłem na pomoc. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, samolot stał w płomieniach. Nie wyglądało to na palącą się benzynę. Panował ogromny żar więc kazałem się wszystkim cofnąć. Dla ofiar katastrofy nic już nie mogliśmy zrobić.

5 listopada 1961 r.

Syk powietrza/drzwi: Stoję samotnie przed domem. Większa część nieba jest czysta, jedynie na północy widać trochę chmur. Stamtąd właśnie zobaczyłem wyłaniającą się grupę samolotów. Zbliżają się, a ja spostrzegam, że to nie są zwykłe samoloty czy rakiety. Są ich setki. Niepodobne do żadnych samolotów jakie wcześniej widziałem. Nie widać skrzydeł, a każda z tych maszyn jest wprost gigantyczna i ma około kilometra średnicy. Każda ma kształt grota w kształcie litery "V", ale ich kadłuby nie są podobne do naszych szerokoskrzydłych samolotów. Ten kształt nie jest płatem nośnym, ale domem zamieszkiwanym na dwóch lub trzech poziomach. Pojazdy żeglują majestatycznie w górze a ja czuję grozę na myśl o potencjalnej sile, jaką reprezentują. Czuję także strach, bowiem w jakiś sposób wiem, że nie są wytworem człowieka.

20 października 1962 r.

Syk powietrza/drzwi: Jestem wraz z innymi ludźmi na podmiejskiej ulicy. Patrząc w górę widzę przez dużą przerwę pomiędzy chmurami coś jakby samoloty. Przyjrzawszy się bliżej stwierdzam; że nigdy przedtem nie widziałem takich samolotów. Najwyraźniej miały jakiś inny rodzaj napędu, niż śmigłowy czy rakietowy (odniosłem wrażenie; że była to jakaś unikalna forma rakiet, ale nie o napędzie chemicznymi. Trzy z nich obniżyły lot i wtedy zobaczyłem, że mają czarne boki i prostokątne okna, ale żadnych skrzydeł. Przeleciały nisko nad pobliską ulicą. Budynki na ziemi zadrżały w posadach, ale nie na skutek bomb, lecz czegoś emitowanego przez owe maszyny. Na wszelki wypadek wszyscy upadliśmy na ziemię.

12 czerwca 1963 r.

Syk powietrza/drzwi: Razem z rodziną i innymi mieszkańcami miasta próbuję z niego uciekać. Benzyna jest nieosiągalna, elektryczność wyłączona. Wszyscy są zdruzgotani jakimś wielkim nieszczęściem. Jednak nie wydaje się to spowodowane wojną atomową, nie ma też oznak promieniowania radioaktywnego. Panuje raczej przekonanie o katastrofie, o zagładzie cywilizacji, spowodowane czymś kolosalnym, co znajduje się poza możliwościami kontroli człowieka.

11 kwietnia 1964 r.

Syk powietrza/drzwi: Razem z rodziną znajduję się w dużym mieście, z którego każdy próbuje wyjechać. Opuszczam coś co wydaje się być mieszkaniem i próbuję znaleźć drogę ucieczki na wieś. Ulice są pełne tłoczących się w panice ludzi; samochody wpadają na siebie albo tkwią w korkach. Przypomina mi to zaniepokojone czymś mrowisko.

Jest jeszcze wiele innych przykładów - osobistych, ogólnych, specyficznych, lokalnych czy o zasięgu światowym. Jedynie czas je potwierdzi. Mam jednak nadzieję, że niektóre z nich są halucynacjami.