oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 19
Hej, Sabrino

Na początku kolejnego ćwiczenia z taśmą wyraziłem pragnienie nauczenia się czegoś więcej o ostatnich skokach Białego Niedźwiedzia. Tuż po przybyciu do Focusa 27 stwierdziłem, że stoję, niefizycznie, w kręgu wraz z dwoma trenerami, a w środku znajduje się inny uczestnik programu, Rałf, który podczas ćwiczeń miał problemy z dostrzeżeniem czegokolwiek. Jego skargi dotyczące tego, że niczego nie widzi, nie słyszy i nie czuje przypomniały mi moją własną frustrację i rozczarowanie z mojego pierwszego programu Linia Życia.

Każde z nas zaczęło wysyłać do Ralfa strumień energii wypływający ze środka klatki piersiowej. Chwilę później inni uczestnicy kursu utworzyli drugi krąg, na zewnątrz naszego, i również zaczęli wysyłać energię w stronę Ralfa. Przyłączało się do nas coraz więcej uczestników, wokół Ralfa utworzył się kolejny krąg. Niektórzy nie mieli do niego bezpośredniego dostępu, więc wysyłali mu energię przez innych. Musiało w tym momencie powstać coś na wzór masy krytycznej, gdyż w pewnej chwili zaszło coś w rodzaju reakcji łańcuchowej, jak w stosie nuklearnym. Jedna osoba poza ową masę krytyczną sprawiła, że energia wzrosła nie o jedną jednostkę, lecz raczej o pięć czy nawet sześć.

Nagle ujrzałem Denise, przyjaciółkę z poprzedniego programu. Uścisnęliśmy się na przywitanie, a potem scena raptownie zmieniła się. Przede mną pojawiła się Erica, która kontynuowała rozmowę jakbyśmy w ogóle jej nie przerywali. A potem stanął przede mną Tony, przyjaciel z ostatniego programu. Po chwili i on zniknął, a zamiast niego ujrzałem Ralfa. Przez chwilę widziałem tylko krótkie, urywane obrazy tych ludzi migające mi przed oczyma.

Nagle stwierdziłem, że unoszę się w przestrzeni, trochę niżej od miejsca, gdzie się faktycznie znajdowałem. Widziałem stamtąd Denise i siebie samego. Otaczała nas świetlna kula, a my znów objęliśmy się na powitanie i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Na prawo od Denise i mnie, w innej świetlnej kuli, Erica i ja prowadziliśmy rozmowę. Widziałem też Tony'ego i siebie gestykulujących żywo oraz wskazujących na coś. Jeszcze dalej widziałem Ralfa w koncentrycznych kręgach ludzi oraz innego siebie stojącego blisko niego i wysyłającego mu strumień energii.

Z mojego nowego punktu obserwacji, "zawieszenia w przestrzeni", byłem jednocześnie świadom tego, co robią cztery moje alternatywne ja, słyszałem prowadzone rozmowy i widziałem poczynania wszystkich. Zauważyłem też, że gdzieś z mojego centralnego ja rozciągają się świetlne włókna łączące mnie z moimi pozostałymi ja. Nigdy wcześniej nie przydarzyło mi się nic podobnego. Do końca ćwiczenia pozostałem w tej rozszczepionej świadomości. W czasie przerwy na papierosa podeszła do mnie Sabrina.

- Niesamowity jest ten twój drążek pogo [drążek pogo - drążek ze sprężyną, poprzecznym drążkiem dla oparcia stóp u dołu i drugim dla rąk u góry, służący do skakania (przyp. tłum.)]. Sama chciałabym taki mieć!

- Co? - zapytałem niepewnie. - Co za pogo?

- Widziałam w czasie ćwiczenia - poinformowała mnie. - W jednaj sekundzie stałeś tuż przede mną, a w następnej wystrzeliłeś w powietrze i po prostu zniknąłeś! Rozglądałam się wszędzie za tobą, a ty nagle po prostu wylądowałeś przede mną. A w następnej chwili znów wystrzeliłeś w powietrze. To było jak drążek pogo! Skakałeś tak szybko i tak wysoko, że nie miałam pojęcia gdzie właściwie jesteś.

- Nie pamiętam żadnego drążka pogo - odparłem. - Ale rzeczywiście krążyłem między różnymi miejscami.

Opowiedziałem jej krótko o fragmentarycznych obrazach i dziwnej, jednoczesnej świadomości kilku miejsc, której doświadczyłem. Pomyślałem, że obserwacje Sabriny co do owego drążka pogo miały jednak jakiś sens. A jeśli skupienie uwagi na jednym z moich alternatywnych ja blokuje świadomość lokalizacji pozostałych, zastanawiałem się. Drążek pogo jest dobrą przenośnią na opisanie sposobu mojego poruszania się. Nie potrafiłem wtedy wyciągnąć jakichś sensownych wniosków, postanowiłem więc, że jeszcze poeksperymentuję i pomyślę nad tym.

Był już czas na kolejne ćwiczenie z taśmą, które miało nas wszystkich wysłać do kryształu w TMI-Tam, a potem do Centrum Przyjęć. Dotarcie do Centrum Przyjęć nie sprawiło mi żadnych trudności. Tam powitał mnie Bob Monroe i Ed Carter. Ed zaproponował, żebyśmy wyszli na zewnątrz, co też zrobiliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy niewielkim stoliku, gdzie Ed zwrócił moją uwagę na misę wypełnioną medalami i łańcuszkami z koralików. Okrągłe, ciemnoniebieskie medale miały jakieś dwa i pół centymetra średnicy, w środku widniała sześcioramienna gwiazda z symbolem TMI OBE wytłoczonym w złocie.

- Weź jeden i noś go, jeśli chcesz - powiedział Bob - To podarunki będące jakby wizytówkę Badaczy TMI.

- Może później - odparłem w roztargnieniu i poszliśmy dalej.

Okolica, drzewa i góry, wyglądały tak samo, jak podczas mojej poprzedniej wizyty. Później uświadomiłem sobie, że Ed próbował pokazać mi coś nowego, ale nie wiedziałem co to takiego.

Po powrocie do budynku zauważyłem ze zdumieniem, że kryształ przybrał błękitnawy odcień. Powiedziałem Bobowi, że podczas mojego poprzedniego programu Explora-tion 27 kryształ był pełen czerwieni, pomarańczy i żółci.

- Oczywiście - odrzekł. - Nie zauważyłeś niebieskiego światła i duchowości, jaka tym razem panuje w programie?

- To znaczy, że kryształ przybiera barwę uczestników9

- Widzisz, pracujemy tu z energią grupową. A więc tak, kryształ odbija energię grupy i pewne inne jej cechy charakterystyczne.

Coś za mną przyciągnęło moją uwagę, odwróciłem się więc i ujrzałem Sabrinę. Zdawała się wychodzić wprost przez sufit, podążyłem więc za nią przez dach. Rozglądałem się wirując powoli wokół swej osi, ale nigdzie nie mogłem jej dostrzec. Wtedy ujrzałem niewiarygodnie piękną Istotę z powiewającymi delikatnie, połyskującymi jedwabiście skrzydłami. Minęła mnie powoli niby olbrzymi motyl. I wtedy uświadomiłem sobie, że to Sabrina. "Co za zdumiewające urządzenie do latania" - pomyślałem lecąc po jej prawej stronie. Zatoczyliśmy wielkie koło i wylądowaliśmy z powrotem na dachu TMI-Tam. Kiedy znaleźliśmy się bezpośrednio nad kryształem w budynku pod nami, nasz lot się zmienił. Nie był już leniwie powolny; nagle wystrzeliliśmy ostrą podwójną spiralą w górę. Miałem wrażenie, że wpadliśmy na promień wypływający z osi kryształu. Potem dalej lecieliśmy naprzemiennymi spiralami w górę. Pędziliśmy z oszałamiającą prędkością, szybciej i szybciej, aż nie wiedziałem już czy lecę sam czy nie.

Kiedy odzyskałem świadomość, znajdowałem się wewnątrz TMI-Tam i patrzyłem na twarze Ellen i Eda Car-tera. Ellen znała Eda w jego życiu fizycznym i powiedziała mi wcześniej, że miała nadzieję, iż podczas programu uda się jej go spotkać. Postanowiłem ułatwić im nawiązanie kontaktu. Czułem, że niedaleko stoi Sabrina i wiedziałem, że była trochę "wytrącona z równowagi". Spróbowałem zwrócić na siebie uwagę Ellen, aby jej pokazać, że tuż przed nią stoi Ed, ale jasne było, że zupełnie nie uświadamiała sobie jego obecności. Głos z taśmy przypomniał nam, że powinniśmy już kierować się ku Centrum przyjęć, postanowiłem więc, że pomogę Ellen i Edowi później.

Płynąc przez czerń, ujrzałem wielki wir złożony z maleńkich światełek. Przypomniał mi galaktykę oglądaną przez teleskop. Podążyłem ku niemu i za chwilę znalazłem się na kamiennym placu u wejścia do Centrum Przyjęć. Obok mnie stał energiczny młody człowiek w białych szortach, koszuli i tenisówkach. W ręku miał rakietę, a na głowie opaskę, domyśliłem się wiec, że jest tenisistą.

- Przepraszam - zwróciłem się do niego. - Jestem członkiem grupy badającej Centrum Przyjęć. Czy mógłbym pójść razem z tobą i przyjrzeć się procesowi przyjęcia?

- Oczywiście, ale wolałbym, żebyś pozostał niewidzialny i nie przeszkadzał - odparł. Ruchem głowy wskazał nadchodzącą grupę ludzi, a w szczególności jednego z nich.

- Nie ma problemu. Jestem tu tylko po to, żeby obserwować i uczyć się. Nie chciałbym ci utrudniać pracy.

Zbliżający się człowiek, który wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat, również był ubrany jak tenisista. Był wysportowany jak na swój wiek, ale odniosłem wrażenie, że miał atak serca i umarł grając w tenisa. Nie bardzo wiedział gdzie jest i dlaczego idzie przez otwarte pole razem z innymi. Mój przewodnik zawołał go po imieniu, jakby byli starymi przyjaciółmi i często grywali razem. Po krótkiej rozmowie o tym jaki to mamy dziś piękny dzień na tenisa, przewodnik zaprosił nowoprzybyłego na otwarty kort. Ten zgodził się, ale czułem, że cały czas podejrzewał, iż coś tu jest nie w porządku.

Przeszliśmy przez wejście do Centrum Przyjęć i znaleźliśmy się na kortach. Miały doskonale zieloną, gładką powierzchnię przypominającą raczej stół do bilardu, a nie kort tenisowy. Siatki były doskonale gładkie, żadna nie zwieszała się w środku. Cały kort był doskonale, nie do zniesienia wręcz perfekcyjny.

Poszedłem za nimi na kort, gdzie zrobili krótką rozgrzewkę i zaczęli grać. Pierwszy serwował przewodnik. Wykonał rewelacyjnego asa serwisowego, którego nikt chyba nie byłby w stanie odebrać. Może chciał w ten sposób zachęcić nowoprzybyłego, aby został pierwszym, któremu się to uda. Kiedy ten był już więcej niż gotowy do przyjęcia kolejnego asa, przewodnik zaczął opowiadać mu o pewnych aspektach jego nowego otoczenia.

- Nazywam to znikającym asem - zawołał. Nowy skupił się całkowicie na piłce. Rakieta przewodnika uderzyła w piłkę ruchem, który bynajmniej nie robił wrażenia. Piłka poszybowała ku siatce dość wolno. Lecz później, mijając ją po prostu zniknęła. Nowy otworzył usta w zdumieniu i odwrócił się błyskawicznie przekonany, że piłka jakimś sposobem upadła za nim. Potem odwrócił się ponownie do przewodnika, zupełnie ogłupiały.

- Rozumiesz teraz? - zawołał znów przewodnik. - A teraz patrz uważnie. Leci następna!

Powtórzył znikający strzał jeszcze kilka razy, a potem skinąwszy ręką ku nowoprzybyłemu, przewodnik ruszył ku siatce.

- Wiesz, technicznie rzecz biorąc, nie jest to żaden as serwisowy - powiedział ze śmiechem. - Trudno powiedzieć, czy to był aut czy nie, ale tym, między innymi, różni się tutejszy tenis.

Po czym zaczął wyjaśniać, że tenis był inny, gdy grało się w niego będąc w ciałach niefizycznych. Po prostu przekazywał nowemu informację, że ten nie żyje.

Właśnie wtedy głos z taśmy zawiadomił mnie, że czas wracać do TMI-Tam. Pomachałem przewodnikowi wiedząc, że choć przez cały czas pozostawałem niewidzialny, on i tak przez cały czas był świadom mej obecności. Fakt, że byłem niewidzialny zdecydowanie ułatwiał obserwację. I tym razem nie musiałem znajdować Pokoju Znikania! Choć zastanawiało mnie z kolei coś innego. Kiedy przewodnik odpowiedział na mój gest pożegnania, miałem wrażenie, że jednocześnie wciąż rozmawia z nowoprzybyłym, jakby robił obie rzeczy w tym samym czasie. Zastanawiałem się, czy może przewodnik wykorzystuje swoje alternatywne Ja, coś, czego doświadczyłem podczas poprzedniego ćwiczenia z taśmą.

Opuszczając Centrum Przyjęć miałem wrażenie, że opuszczam rozgwieżdżony galaktyczny wir, a kiedy już znalazłem się dość daleko, uświadomiłem sobie co właściwie oglądałem zanim tam przybyłem. Galaktyczny wir maleńkich światełek nie był wcale układem gwiazd, lecz ludźmi, ludźmi zdążającymi do Centrum Przyjęć, którzy właśnie opuścili swe fizyczne ciała.

W TMI-Tam czekała już na mnie Nancy Monroe. Stojąc naprzeciw niej czułem, jak z jej serca ku mojemu zaczęła płynąć energia Czystej Bezwarunkowej Miłości. Niosła ze sobą informację o uzdrowieniu mnie, Sabriny i tego, co było między nami. Przywiodła mi na myśl moje poprzednie wrażenie, ze Sabrina i ja wchodziliśmy sobie wzajemnie w drogę. Uświadomiłem sobie, że sam kiedyś przeszkadzałem innym i że częścią mojej niechęci wobec niej był fakt, że z nią nie chciałem tego wzorca powielać. Kiedy sobie w pełni uświadomiłem naturę mojej niechęci, poczułem strumień bezwarunkowej akceptacji płynącej od Nancy, która ową niechęć rozmyła i rozpuściła.

Kiedy Nancy zniknęła, naprzeciw mnie pojawiła się Sabrina. Objęliśmy się akceptując w ten sposób uzdrowienie, które właśnie miało miejsce między nami, a kiedy głos z taśmy zapowiedział koniec ćwiczenia i powrót do świadomości C1, odsunęliśmy się od siebie. Potem wzięliśmy się za ręce i poszybowaliśmy ku górze wokół osi, którą tworzyły nasze splecione dłonie. Wyraźnie widziałem szczery, pełen miłości uśmiech na twarzy Sabriny. Ogarnęła mnie dziecięca wręcz radość, kiedy tak szybowaliśmy najpierw w górę, a potem, powoli, w dół ku C1.

Kiedy stwierdziłem, ze stoję obok siebie i patrzę na nasze powietrzne harce, poczułem głos Białego Niedźwiedzia sugerujący, że powinienem pamiętać, czego nauczyłem się podczas skakania i wrócić do mego wirującego w powietrznym tańcu ciała. Gdy to zrobiłem, doświadczyłem silnego wrażenia wirowania, a przed sobą cały czas widziałem jasny uśmiech Sabriny na tle czerni rozciągającej się za nią. Po kilku wyskokach i powrotach do mojego wirującego ciała, pozostałem w nim na dobre i aż do C1 cieszyłem się jak rozbawione dziecko. Przepełniały mnie dziecięca radość i szczęście. W C ł rozdzieliliśmy się i pamiętam, jak powiedziałem jej, że nie miałem pojęcia, iż jej stalowo-betonowa maska skrywa tak wspaniałe, delikatne wnętrze.