oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 6
Centrum Uzdrawiania i Odnowy

We wtorek postanowiłem zmienić rutynę moich codziennych ćwiczeń. Podążanie za dźwiękami Hemi-Sync do Focusa 27 wydawało mi się zbędną stratą czasu, zamiast tego więc, skierowałem się bezpośrednio do mojego miejsca w Focusie 27. Przez zaoszczędzone dzięki temu trzy czy cztery minuty z przyjemnością rozglądałem się dokoła, a dzięki mojej nowo nabytej umiejętności widzenia w kolorze i trójwymiarowo, przyjemność była jeszcze większa. Kiedy przybyłem, kilka osób jak zwykle już tam na mnie czekało.

Stworzyłem moje miejsce w Focusie 27 na szczycie ogromnej skały. Pośrodku znajdowało się miejsce spotkań, które wygląda jak chata wzniesiona na plaży nad Morzem Karaibskim. Moja chata ma kształt stożka, a jej dach z liści palmowych wspiera się na jednym centralnym słupie wznoszącym się nad wielkim, okrągłym stołem. Na obwodzie dachu wiszą wygodne, wyplatane krzesła-leżaki, a wokół stołu stoi siedem krzeseł, każde w innym kolorze. Widok z tego miejsca, w dół, na olbrzymie skały po jednej stronie i plażę po drugiej, jest po prostu spektakularny. Jezioro, które przecież musiało się znaleźć w moim miejscu, lśni niedaleko. Ma jakieś pół kilometra szerokości, a woda w nim jest ciepła i doskonale przejrzysta. Jeśli stoi się przy stole i spojrzy na góry, wtedy z tyłu, na zielonej kce, widać mały domek. Z mojego miejsca widać jego tylną ścianę, a z wejścia widać kolejne niewielkie jezioro. Przód i boczne ściany domku zbudowane są w przeważającej części ze szkła, widać więc z nich łąkę, drugie jezioro i otaczające je góry. Częściowo moje miejsce przypomina pewne miejsce w świecie fizycznym, u podnóży Gór Skalistych w Kolorado, gdzie zazwyczaj jeżdżę na pikniki.

Z tyłu domku znajdują się dwa Holodeki, po jednym z każdej strony głównego wejścia. Pomysł wziąłem ze Star Trek i wcieliłem go w życie jeszcze w czasie moich pierwszych programów Linia Życia, gdyż czasami przyprowadzałem tu ludzi, których odzyskałem w Focusie 23. Niektórzy z nich byli zmęczeni i zagubieni, wydawało mi się więc, że najlepiej będzie, jeśli zostawię ich w znanym im otoczeniu, razem z Pomocnikiem, który zawsze się po nich zgłaszał. Każdy Holodek został zaprogramowany tak, aby odtworzyć takie otoczenie, które będzie najlepiej odpowiadało osobie, którą właśnie przyprowadziłem. Niedługo po ich zainstalowaniu odkryłem, że owe Holodeki nie były mi potrzebne, gdyż w Centrum Przyjęć zawsze ktoś czekał, aby powitać tych, których przyprowadzałem. Niemniej jednak przypadły mi do gustu, więc zostawiłem je tam, gdzie były. Może jako coś w rodzaju symbolu statusu, żebym mógł chwalić się przed przyjaciółmi, że moje miejsce w Focusie 27 ma dwa Holodeki!

Kiedy zbliżałem się do mojego miejsca tym razem, jedna z osób siedzących przy stole podniosła się i zaczęła iść w moim kierunku. Nigdy przedtem to się nie zdarzało. Osoba idąca ku mnie była kobietą. Nie przypominałem sobie, żebym widział ją tu kiedykolwiek wcześniej. Wierzcie mi, zapamiętałbym ją! Miała na sobie długą jedwabną suknię, tak lekką, powiewną i przezroczystą, że niewiele pozostawiała wyobraźni. Od ramion w górę widziałem jednak jedynie chmurę światła, która całkowicie zasłaniała jej twarz. To mi bynajmniej nie przeszkadzało, gdyż z tego, co mogłem dostrzec, była uderzająco piękna! Poruszała się w sposób, który wysyłał jednoznaczne sygnały do męskiej części mojego ja, która poświęciła całą swoją uwagę jej ciału. Widziałem ją całą od ramion do stóp i, daję słowo, widok ten zapierał dech w piersiach. Kiedy do mnie podeszła, wyciągnęła rękę w geście, który mówił: "Chodźmy na spacer". Nie mogąc wykrztusić słowa, usłuchałem wezwania i poszedłem za nią nad brzeg mojego jeziora. Nie powiedziała słowa, ale wiedziałem, że idziemy popływać.

Przyglądałem się jej uważnie, kiedy płynęła na środek jeziora. Patrzyłem na jej nogi znikające pod wodą. Chwilę później stała na olbrzymim kamieniu leżącym u brzegu, jakieś pół boiska do piłki nożnej ode mnie. Kiwała na mnie ręką, a gest ten sprawił, że moment później i ja stanąłem na tym samym gładkim otoczaku. Trudno mi ubrać w słowa to, co stało się później, więc będę się streszczał. Kochaliśmy się na tym kamieniu, w ciepłym górskim powietrzu. Wiem, że to mogło trwać tylko krótką chwilę, ale dla mnie było prawdziwą wiecznością w niebie, kiedy moje ciało reagowało na rosnącą między nami seksualną energię. Kiedy oboje byliśmy już prawie u szczytu, moja bogini zaproponowała, abym skierował moją energię w górę, ku mojemu sercu i jeszcze wyżej. Nie potrafię dokładnie opisać tego, co stało się potem, oprócz tego, że całe moje jestestwo przeszyła błyskawica Czystej Bezwarunkowej Miłości. Marny to opis, ale nie wiem, jak mógłbym to oddać inaczej.

Pławiąc się w tej niespodziewanej ekstazie, usłyszałem głos Dar wzywający mnie na spotkanie w TMI-Tam, gdzie miały rozpocząć się nasze badania. Zebrałem moje rozproszone zmysły i rozejrzałem się, ale kobiety nigdzie nie było. Kiedy wyruszałem do kryształu, wciąż czułem ową niewysłowioną ekstazę.

Tym razem nasze zadanie polegało na zbadaniu miejsca zwanego Centrum Uzdrawiania i Odnowy, znajdującego się w Focusie 27. Podczas spotkania poprzedzającego ćwiczenie nauczyciele zaproponowali, abyśmy zaczęli wracać do Centrum Przyjęć, a potem poszli za tą osobą, którą spotkaliśmy podczas naszej poprzedniej wizyty. Zaciekawił mnie człowiek, którego wtedy ujrzałem; ten zabandażowany, czy też przykryty prześcieradłem, leżący na wózku, który pchali dwaj sanitariusze. Stojąc na placu w Centrum Przyjęć, wróciłem myślami do tej sceny. Przez chwilę wszystko było ciemne, a potem znów przemknęli obok mnie sanitariusze z łóżkiem szpitalnym. Ruszyłem za nimi, wiedząc w jakiś sposób, że zmierzali do Centrum Uzdrawiania i Odnowy. U granic placu wszystko znów się zaciemniło, a po chwili stwierdziłem, że znajduję się w sali operacyjnej.

Moi dwaj sanitariusze przenosili pacjenta, wciąż okrytego od głów do stóp, na ogromny stół stojący na środku sali. Na ciało pacjenta padało światło silnych lamp umieszczonych dokładnie nad nim. Widziałem wyraźnie galerię sali z co najmniej sześcioma rzędami krzeseł ustawionych w półokręgu. Pierwszy rząd znajdował się jakieś dwa i pół metra nad podłogą, u szczytu półokrągłej ściany otaczającej stół operacyjny. Pozostałe rzędy ustawiono za pierwszym jak stopnie schodów. Każdy, kto siedział w owej teatralnej galerii, dokładnie widział pacjenta. Nagle drzwi u szczytu galerii otworzyły się i zaczęła się ona wypełniać widzami. Potem otworzyły się drzwi na dole, przez które wszedł ktoś ubrany jak chirurg. Z tyłu poczułem obecność mojej przewodniczki, która zaczęła wyjaśniać mi, co będę za chwilę oglądał.

Pacjent jest ofiarą pożaru. Miał oparzenia trzeciego stopnia na całym ciele. Żył jeszcze przez kilka godzin. Sanitariusze, których widziałeś, to para Pomocników, którym udało się zwrócić na siebie jego uwagę w Focusie 23 i przyprowadzić go tutaj. Nieustannie uderzali w jego łóżko i zmuszali go do udzielania im odpowiedzi, kiedy skarżył się na ból, jaki wywoływali.

- Kiedy umarł? - zapytałem.

- Zaledwie kilka dni temu, ale procedura jest taka sama, bez względu na to, kiedy zdarzyła się śmierć. Dzięki Pomocnikom zrozumiał, że będzie zabrany do miejsca, gdzie wróci do zdrowia; dali mu nawet zastrzyk uśmierzający ból. To właśnie tak naprawdę go zabiło; nie mógł już znieść bólu, wybrał więc śmierć.

- Dali mu zastrzyk?

- Pomocnicy potrafią być czasami bardzo przekonującymi aktorami; robią to, w co chce wierzyć dana osoba. To, że dali mu lekarstwo sprawiło, iż ból zniknął, a tego właśnie pragnął pacjent. A wtedy łatwo im już było przetransportować go tutaj.

Lekarz stojący obok stołu pochylił się ku twarzy pacjenta i zaczął mówić na tyle głośno, że słyszałem go bez wysiłku.

- Jestem lekarzem. Możesz dokonać wyboru pomiędzy leczeniem dłuższym, po którym nie zostaną żadne blizny, a uleczeniem natychmiastowym - powiedział do pacjenta autorytatywnym głosem. - Co wybierasz?

~ Natychmiast, oczywiście - odparł ze śmiechem pacjent myśląc pewnie, że to jakiś żart.

Czułem, że gość nie ma pojęcia, że natychmiastowe uleczenie rzeczywiście było możliwe, a jednak po chwili był świadkiem cudu.

- Świetnie - stwierdził lekarz. Odsunął się na krok od stołu, zwrócił ku pełnej widzów galerii i skiną} im głową.

Na twarzach patrzących widziałem uśmiechy i czułem energię Miłości wzbierająca w każdym z nich. Do ich uczucia dołączyłem dopiero po chwili, jako że wciąż czułem to, co ogarnęło mnie krótko wcześniej, na jeziorze. Poczułem energię Czystej Bezwarunkowej Miłości wypełniającą pomieszczenie. A potem z każdego widza na galerii wytrysnął strumień światła, który skierował się ku pacjentowi. Zaszło to tak szybko, że mało brakowało, a przeoczyłbym sam fakt uzdrowienia. Wokół jego ciała uformowała się kula światła i w jednej chwili białe prześcieradła zniknęły ukazując człowieka bez śladu poparzeń czy blizn na skórze. Zeskoczył ze stołu tuż obok lekarza. Ten, zanim wręczył mu szlafrok, obejrzał go jeszcze dokładnie. Wiedziałem, że była to część gry; pacjent miał widzieć, jak lekarz go bada. Widział, że jest zupełnie zdrowy, i to tak go zdumiało, że stał w milczeniu.

- Wciąż jednak będzie potrzebował czasu na rekonwalescencję - usłyszałem głos mojej przewodniczki.

- Dlaczego?

- Nie do końca zrozumiał i zaakceptował fakt, że nie żyje. Przy przyjęciu opcji uleczenia natychmiastowego najgorsze jest to właśnie. Teraz będzie musiał się przystosować do nowej rzeczywistości życia w świecie Życia po Śmierci.

- Niektórzy pacjenci wolą powolne leczenie?

- Niektórzy nie wierzą, że cokolwiek innego jest możliwe. Tego oczekują, tak więc są leczeni. Widziałeś to już wcześniej. Napisałeś o tym w swojej drugiej książce, ale nie byłeś tego świadom.

- Tak? Pisałem wcześniej o tym, że tu jestem? Nawet nie pamiętam, że tu byłem!

- Pamiętasz rekonwalescencję George'a w Życiu po Śmierci? - zapytała moja przewodniczka. - Niedługo po śmierci George'a, jego syn Tom poprosił cię, żebyś sprawdził, co się dzieje z jego ojcem.

Moja twarz wciąż chyba nie wyrażała niczego, podobnie było z moją pamięcią.

- Kiedy po raz pierwszy przyszedłeś tu do George'a, znalazłeś go w szpitalu, spał... Przy jego łóżku siedziała kobieta, którą prawidłowo rozpoznałeś jako jego matkę...

- Więc tamta sala szpitalna była tu, w Focusie 27, w Centrum Uzdrowienia i Odnowy?

- Właśnie! George długo walczył z chorobą, która w końcu go zabiła. Z początku wierzył, że jednak mu się uda, że wyzdrowieje i pójdzie do domu. Ale w miarę postępu choroby tracił nadzieję i potem chciał już tylko umrzeć. Był nieprzytomny w chwili śmierci, kiedy więc odzyskał przytomność, stwierdził, że wciąż jeszcze znajduje się w szpitalu, że wciąż jeszcze czeka na śmierć. George jest przykładem kogoś, kto był leczony dłuższą metodą. Jego uzdrowienie mogło nastąpić tylko w takim tempie, jakie on sam był w stanie zaakceptować. Miesiące minęły zanim zmienił zdanie i stwierdził, że jednak może odzyskać zdrowie i wyjść ze szpitala. Pamiętasz, wciąż wierzył, że fizycznie żyje, a kiedy widziałeś go po raz ostatni, właśnie zaczynał zmieniać zdanie. W jego przypadku to był długi i powolny proces.

- Zdumiewające! Byłem w Focusie 27, kiedy nawet nie wiedziałem, że istnieje!

- Wciąż byłeś dość mocno zaangażowany w trenowanie odzyskiwania i jednocześnie wciąż trochę wątpiłeś w samo istnienie świata Życia po Śmierci. Zupełnie jak Geor-ge'owi, tobie też zabrało to trochę czasu.

- Uhm, zabrało mi to trzy lata.

- Ale w końcu do ciebie dotarło! Nasza praca tu byłaby znacznie łatwiejsza, gdyby więcej ludzi w to uwierzyło jeszcze przed swoim tu przybyciem.

Całkowicie uleczona ofiara ognia opuściła pomieszczenie, do którego natychmiast wwieziono następnego pacjenta. Ten z kolei był, zdawało się, całkiem zdrowym mężczyzną koło czterdziestki. Leżał na plecach, spał.

- Ten człowiek od dłuższego już czasu znajduje się na naszym oddziale zajmującym się pogrążonymi w śpiączce. Kiedy był dzieckiem, nauczono go, że śmierć to po prostu wieczny sen. To przekonanie utrzymuje go w takim stanie od ponad wieku. Ostatnio sanitariusze zauważyli pewną spójność w jego marzeniach sennych. Kiedy umarł, wiedział, że sny mogą się zdarzać, gdyż pasowało to do owego przekonania o wiecznym śnie. Teraz spróbujemy wyrwać go z jego śpiączki właśnie za pomocą tej spójności w jego snach. Próbujemy to zrobić już nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy wypróbujemy na nim tę właśnie technikę.

Kiedy mężczyzna znalazł się na stole, sceneria zmieniła się całkowicie; teraz otaczał nas las, był słoneczny, letni dzień, a śpiący leżał nagi na kocu takim, jakich używa się, na piknikach. Podeszła do niego przepiękna kobieta, również naga, i usiadła na nim. Musiałem się chyba zaczerwienić, kiedy odwracałem oczy.

- Wszystko w porządku, Bruce, to, co za chwilę zobaczysz ma niewiele wspólnego z seksem, poza tym chyba, że wykorzystuje się go do wyrażania energii Czystej Bezwarunkowej Miłości. Patrz, a może dowiesz się czegoś o mocy Miłości.

Zrobiłem tak, jak zasugerowała moja przewodniczka, ale i tak czułem się trochę niezręcznie patrząc na całą tę scenę . Widzowie na galerii zaczęli się uśmiechać i emitować światło, którego część otoczyła mężczyznę i kobietę, i zdałem sobie sprawę, że mężczyzna naprawdę zaczyna o tym śnić. Za chwilę on również zaczął się uśmiechać, a wtedy niektórzy widzowie na galerii zaczęli przesyłać światło w kierunku genitaliów obojga ludzi. Ruchy kobiety podniecały, energia seksualna narastała, co objawiało się jako coraz jaśniejsza kula światła. Mężczyzna, wciąż nie otwierając oczu, wyciągnął ręce i zaczaj pieścić twarz i całe ciało kobiety. Ruchy jego ciała wskazywały na to, że sen zawładnął nim całym. Kiedy osiągnął orgazm, widzowie na galerii przesyłający światło zaczęli przesuwać kule światła z obszaru genitaliów w górę, ku jego głowie. Widziałem, jak rozświetla się każda czakra jego ciała, a kiedy światło dotarło do głowy, mężczyzna otworzył oczy i dopiero w tej chwili uświadomił sobie obecność kobiety i całe otoczenie. Obudził się. Kobieta zaczęła do niego mówić, tym samym zwracając na siebie całą jego uwagę. Za chwilę już stali oboje, podnosili ubrania rozrzucone dokoła i ubierali się, śmiejąc się i żartując. Złożyli razem koc i poszli ścieżką w głąb lasu. Za chwilę zniknęli nam z oczu, a pomieszczenie stało się na powrót salą szpitalną.

- Ta kula światła przypomniała mi o czymś, co zdarzyło się w moim miejscu w Focusie 27 jeszcze zanim zjawiłem się tutaj.

- To część twojej nauki, mająca na celu to, abyś mógł lepiej zrozumieć fakt, iż istnieje coś więcej niż tylko czysto seksualne doświadczenie - powiedziała moja przewodniczka sucho. - i kolejna lekcja Miłości w granicach ludzkiego doświadczenia.

Bez zbędnych ceregieli wwieziono do sali następnego pacjenta, który również wylądował na stole.

- Ten człowiek zginał podczas wyścigów samochodowych, coś w rodzaju Indianapolis 500, choć nie były to konkretnie te zawody. On też zaczął miewać pewne spójne wzorce snów, kiedy spał na oddziale śpiączki. Użyjemy tej samej metody, co poprzednio, żeby go obudzić. Przyjrzyj się dokładnie, a będziesz w stanie zobaczyć jak spełnia się jego sen.

- Dlaczego jest nieprzytomny od chwili śmierci?

- Wierzenia, jakie miał przed śmiercią, czyli to samo, co u większości pacjentów pogrążonych w śpiączce, którzy tu się zjawiają. Gdyby za życia wierzyli w coś lepszego, może moglibyśmy zrobić jakiś wyłom w naszym problemie.

Widzowie na galerii zaczęli się uśmiechać i znów poczułem znajomy już ładunek energii Czystej Bezwarunkowej Miłości wypełniający pomieszczenie. Kiedy sceneria wokół kierowcy rajdowego zaczęła się zmieniać, okazało się, że siedzi w jaskrawoczerwonym samochodzie. Moja przewodniczka miała rację; to mógł być samochód typu Indy. Jechał z oszałamiającą prędkością po pozornie ciągnącej się w nieskończoność, pustej, prostej drodze, kiedy nagle jego samochód zaczął się wolno wznosić w powietrze. Z początku kierowca zareagował zdumieniem i przerażeniem, lecz za chwilę stwierdził, że wciąż może kierować samochodem i jechać tam, gdzie chce, uspokoił się więc nieco. Kiedy już całkowicie spokojny leciał swoim samochodem, był całkowicie tego świadom, a z jego punktu widzenia to, co się działo i co stało się potem, mogło wydawać się dziwne. Kiedy już odzyskał panowanie nad samochodem, z pełną świadomością skierował go i wylądował w pokoju, czyli w miejscu, skąd wyruszył. Ludzie na galerii wykrzykiwali głośno i radośnie, i machali do niego, kiedy wychodził z samochodu i podszedł do nich. Dwóch mężczyzn, ubranych jak jego mechanicy, podbiegło do niego i śmiejąc się radośnie, wyprowadzili go z pokoju.

- Chyba rozumiem kiedy stwierdził, że jest gotów na skok w świadomość - powiedziałem, nie zwracając się do nikogo konkretnie.

- Kiedy? - zapytała moja przewodniczka.

- Kiedy poczuł, że kontroluje lot samochodu.

- Dokładnie. To było dla niego wyzwanie, wyrwa w jego wierzeniach, samochody przecież nie latają. Pragnienie odzyskania kontroli wywołało ową czujność i uwagę, jakiej doświadczył na Ziemi za każdym razem, kiedy musiał uniknąć katastrofy. Włączył ten stan umysłu, i to samodzielnie, co sprawiło, że odzyskał świadomość i panowanie nad sytuacją. Załoga pomocników pod postacią mechaników musiała już tylko ciągnąć tę iluzję na tyle długo, aby go dosięgnąć i wyjaśnić mu całą sytuację.

- Słuchaj - odezwałem się, czując potrzebę zmiany tematu. - Skoro już tu jestem, czy możesz mi powiedzieć co mam zrobić, żeby poprawić moje własne zdrowie fizyczne?

- Ćwiczenia Tai Chi, które uprawiasz są świetną metodą ułatwiającą przepływ dobroczynnej energii przez całe ciało. Chciałbyś zobaczyć, co mam na myśli? - zapytała.

- Jasne! - odparłem z zapałem.

Wtedy, jakbym oglądał film, ujrzałem siebie samego wykonującego ćwiczenia Tai Chi. Kiedy tak patrzyłem, zobaczyłem, jak "energia mojego ciała" wypełnia się światłem. Zdawało się, że wpływa ono do moich stóp i płynie w górę, ku głowie, a całe moje ciało staje się większe i jaśniejsze.

- To, co oglądasz, to dostarczanie twojemu ciału olbrzymiej ilości energii. Możesz to sobie wyobrazić jako młyn wodny. Kiedy woda płynie nieprzerwanie, jest dość energii na utrzymanie świadomości koniecznej i dla zachowania zdrowia fizycznego, i dla przetransportowania jej na inne poziomy świadomości.

- Powinienem chyba sumienniej zająć się Tai Chi.

- Cieszę się, że tak myślisz - odparła moja przewodniczka. - Nie lubię udzielać rad, ale ty sam wiesz, co robić.

- Czy jest coś jeszcze, co ja czy ktoś inny, mógłby zrobić dla poprawienia tej konkretnej kondycji fizycznej?

- Szkody, jakie sarkoidoza wyrządziła twojej wątrobie moglibyśmy wykorzystać jako przykład, jeśli nie masz nic przeciwko temu.

- Jasne.

- Trzeba pamiętać, że to, czego doświadczasz jako rzeczywistość fizyczną, jest odbiciem rzeczywistości niefizycznej. Rozumiesz już nieźle to, że myśli są czynami, więc po prostu połącz te dwie sprawy, a poznasz odpowiedź na swoje pytanie. Nie wdając się w żadną ezoterykę, jeśli w miejscu swojej chorej wątroby wyobrazisz sobie całko-, wicie zdrową, to stwarzasz zdrową, niefizyczną wątrobę. Wykonany prawidłowo, taki niefizyczny organ, staje się wzorcem, który oddziałuje na organ fizyczny, który z kolei staje się podobny do swego wzorca.

- Brzmi to nieźle, ale dlaczego nie zawsze się udaje?

- Problem tkwi w wyrażaniu zamiaru i każdym przekonaniu, jakie się żywi, łącznie z tym, w jaki sposób wyobrażasz sobie swój nowy organ.

- Jak należy właściwie wyrazić taki zamiar?

- Dobre pytanie dla ludzi z Centrum Planowania. Powinieneś chyba z nimi porozmawiać, kiedy ich odwiedzisz.

- Centrum Planowania? Nie przypominam sobie czegoś takiego na liście programu Exploration 27.

- Wobec tego mógłbyś pomyśleć nad tym, żeby tam się udać, kiedy już nauczysz się jak się poruszać po Focusie 27, może po programie.

- No dobrze. Co jeszcze mogłabyś mi pokazać w Centrum Uzdrawiania i Odnowy?

- Zajęliśmy się wszystkimi najważniejszymi kwestiami. Na razie, żeby pójść dalej, zostało ci zbyt mało czasu na taśmie z ćwiczeniem, które właśnie robisz.

- To może wrócę do mojego miejsca i pobędę tam trochę, póki nie przyjdzie czas, żeby wracać do C1.

- Odwiedzaj nas, kiedy tylko zechcesz. Zawsze miło cię tu widzieć - powiedziała i mrugnęła do mnie.

Zwróciłem się myślami ku mojemu miejscu w Focusie 27 i po chwilowym wrażeniu unoszenia się w czerni stwierdziłem, że stoję obok wiszących krzeseł przy moim stole. Z prawej strony siedziała kobieta, z którą wcześniej pływałem.

- Wcześnie wróciłeś - poczułem jakiś męski głos. Coś w tym głosie było dziwnie znajome, ale w pierwszej chwili nie wiedziałem co takiego.

- Uhm, Uzdrawianie i Odnowa to niesamowite miejsce! - odparłem. - Za stosowanie niektórych ich metod w świecie fizycznym można by pójść do więzienia, a przynajmniej stracić uprawnienia lekarza!

- Tak, ale są skuteczni, nie?

- Tam, skąd pochodzę uznano by ich za kulturalnie nieodpowiednich, ale rzeczywiście potrafią wyciągnąć człowieka ze śpiączki.

Wciąż nie mogłem umiejscowić w pamięci tego głosu, tak bardzo znajomego przecież.

Kobieta podniosła się i podeszła do mnie. Wciąż nie widziałem jej twarzy, a jedynie świetlistą chmurę od ramion w górę. Zaczęła iść ścieżką prowadzącą do jeziora. Zawahałem się, nie podążyłem za nią.

- Masz dużo czasu zanim będziesz musiał wracać - powiedział głos. - Dobrze by ci chyba zrobiło, gdybyś znów sobie popływał.

Ruszyłem ku brzegowi jeziora i dogoniłem kobietę w chwili, gdy wchodziła do wody, i popłynąłem za nią na środek jeziora. Dziwne, ale moje ruchy w wodzie nie wywoływały żadnych zaburzeń na jej powierzchni. Kiedy dopłynęliśmy do środka jeziora, kobieta zanurkowała i zniknęła pod wodą. Kierując się wcześniejszym doświadczeniem, zacząłem przeszukiwać wzrokiem brzeg jeziora, spodziewając się, że gdzieś tam ją zobaczę. Obracałem się powoli w wodzie, kiedy poczułem, jak się zbliżają.

Byli zbyt daleko, abym mógł ich dojrzeć, a jednak czułem, jak zbliżają się ku mnie ze wszystkich stron. Czułem całkowitą, Bezwarunkową, pełną Miłości Aprobatę mojej osoby, jaka płynęła od każdego z nich. Płynęli unisono, a ich ruchy przypominały wodny balet, a nie zwykłe pływanie. Kiedy w końcu zbliżyli się do mnie na odległość wzroku, policzyłem piętnaście dorosłych delfinów, których nosy skierowane były w moją stronę w doskonałym kręgu, którego ja byłem środkiem. Miałem wrażenie, że jest to coś w rodzaju otaczającego mnie ciasno pierścienia Czystej Bezwarunkowej Miłości. Wciąż podchodziły coraz bliżej, a intensywność ich uczucia wciąż rosła. Kiedy każdy z nich dotknął nosem mojego ciała, w jednej chwili przeszyła mnie błyskawica energii Miłości, paraliżując mnie swą ekstatyczną, uzdrawiającą mocą. Potem, jakby na komendę, zawróciły wszystkie zgodnym ruchem i odpłynęły. Po twarzy płynęły mi łzy przeogromnej radości, kiedy wreszcie w C1 w pełni uświadomiłem sobie istnienie mego fizycznego ciała. Trwałem tak przez chwilę, zanim wstałem i udałem się na spotkanie grupy.