oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 2
Czysta, bezwarunkowa miłość

Już pierwszego dnia w połowie programu okazało się, że Bob i Ed mieli rację; nic się nie działo. W tym czasie na nowo odnalazłem się i poczułem poziomy Focusów 10 do 27. Podczas słuchania wszystkich taśm byłem rozbudzony, czujny i wydawało się, że nie mogę się skupić w zasadzie na niczym. Przed oczyma przemykały mi jakieś oderwane obrazy, ale były to tylko nie powiązane z niczym wyobrażenia, które dzieliły od siebie długie przerwy pustej czerni. W Focusie 27 ujrzałem kilka grup składających się z trojga lub czworga osób, które pojawiły się przede mną, aby za chwilę zniknąć. Widziałem wiele wpatrujących się we mnie oczu, niektóre z nich były małe, a niektóre tak wielkie, że przypominały mi oczy Szarych, rasy obcych istot, które ludzie rzekomo widywali od czasu do czasu. Co jakiś czas miałem wrażenie srebrnych łuków, zakrętów o metalicznej powierzchni. Po każdym z tych wstępnych ćwiczeń rosła moja frustracja i rozczarowanie. Bob i Ed mieli rację; podczas tego programu nic się dla mnie nie działo.

W końcu nadszedł czas na ćwiczenie z taśmą przeznaczoną konkretnie dla programu Exploration 27. Podczas spotkania poprzedzającego, nasi trenerzy uprzedzili nas, że powinniśmy najpierw udać się do miejsca w Focusie 27, które stworzyliśmy dla siebie podczas poprzedniego programu Linia Życia i czekać tam, póki nie otrzymamy dalszych informacji nagranych na taśmie. Informacje te nagrała dla nas prowadząca program, dr Dar Miller z The Monroe Institute (TMI). Dla uniknięcia zamieszania, nazwałem tę niefizyczną wersję Instytutu Monroe TMI-Tam. W owym TMI-Tam mieliśmy odszukać kryształ opisany przez naszych trenerów.

Kiedy, kierowany sygnałami Hemi-Sync, udałem się do mojego miejsca w Focusie 27, zdumiałem się, gdyż coś się tam zmieniło! Nie pamiętałem, żebym umieszczał tam jakieś jezioro! Kiedy tak stałem i patrzyłem na nie, ktoś, kogo nie widziałem, zaproponował, abym wrócił pamięcią do procesu tworzenia mojego miejsca w Focusie 27. Gdy to zrobiłem, przypomniałem sobie, że istotnie, umieściłem tam jezioro. Kiedy już je tam wstawiłem, próbowałem zdecydować się, czy właściwie w ogóle chcę tam jakieś górskie jezioro. A ono już się ukształtowało. Teraz patrzyłem na nie i spodobało mi się, i postanowiłem, że zostanie. Potem usłyszałem w słuchawkach głos Dar i opuściłem moje miejsce w Focusie 27, aby odnaleźć TMI-Tam i kryształ.

Nagle, kiedy kierowałem się na zachód dziesięć metrów nad ziemią, moją świadomość zalały żywe, przesuwające się pode mną obrazy wzgórz, zielonej trawy i drzew. W falującej czerni czułem, jak lecę w górę i zdążyłem jeszcze dostrzec północno-wschodni róg budynku Instytutu. Przeleciałem co najmniej sto metrów, kiedy uświadomiłem sobie, że właśnie go minąłem, zawróciłem więc ostrym łukiem i poleciałem z powrotem! Zwolniłem przy wieży wystającej ze wschodniego krańca dachu. Nie przejmując się ani trochę konwencjonalnymi drogami wchodzenia do środka, przeleciałem wprost przez dach i skierowałem się do pokoju, gdzie miał być kryształ.

Trenerzy powiedzieli, że kryształ najprawdopodobniej jest w jadalni. W całym budynku panowała czarna ciemność, nie traciłem więc czasu na rozglądanie się. Zamiast tego po prostu wyraziłem zamiar odnalezienia kryształu, wyobraziłem go sobie unoszącego się w ciemności przede mną. Z początku wyglądał jak pęk ściśle upakowanych przejrzystych prętów o różnej długości. Te najdłuższe były w środku pęku, a krótsze na zewnątrz. Kryształ wciąż zmieniał kształt, aż w końcu stał się ogromnym kryształem kwarcu, długim i szerokim na jakieś sto dwadzieścia centymetrów, o mlecznej, lekko jakby zamglonej barwie; oba jego końce były spiczaste. Patrzyłem uważnie na kryształ, kiedy zauważyłem, że zaczynają pojawiać się i inni uczestnicy programu.

Ujrzałem, że ktoś macha ku mnie ręką, i oto byli Bob i Ed, stali przy ścianie jadalni, jakieś sześć metrów po mojej prawej stronie. Podszedłem do nich, żeby dowiedzieć się czego ode mnie tym razem chcieli. Poprowadzili mnie na zewnątrz, na dach, po czym zrobiliśmy małą wycieczkę po okolicy. Najpierw uderzyło mnie światło, które zdawało się przenikać wszystko dookoła nas. Wzgórza otaczające teren Instytutu Monroe w Focusie 27 były pokryte bujną zielenią. W zasięgu wzroku nie było żadnego innego budynku. Zdawało się, że budynek laboratorium i David Francis Hall były nieodłączną częścią struktury całego tego miejsca. Po naszej krótkiej wycieczce wróciliśmy do pomieszczenia z kryształem. Skierowali mnie ku niemu, dołączyłem więc do pozostałych członków grupy. Wtedy Bob zatrzymał mnie, nachylił się blisko, a w kącikach jego ust pojawił się ów diabelski uśmieszek.

- Bruce, pamiętasz jak stałeś na deszczu i paliłeś papierosa, kiedy ostatnio odwiedziliśmy cię z Edem?

- Tak, pamiętam - odparłem z zakłopotaniem.

- Pamiętasz, powiedziałem ci wtedy, że Ed i ja cieszymy się, że cię tu widzimy i że czujemy, iż twoja energia i twoje umiejętności będą pomocą dla innych uczestników grupy? I że z tego programu niewiele będziesz miał korzyści, aż dopiero później? Pamiętasz, zapytałeś wtedy, "Co mnie czeka?", a ja powiedziałem, że to, co jest dla ciebie przeznaczone, przyjdzie później.

- Tak, Bob, pamiętam. I wiesz, jest mi trochę wstyd, że opanował mnie wtedy taki gniew. Myślałem, że będę musiał czekać co najmniej kilka tygodni zanim cokolwiek się stanie. Czułem się oszukany i byłem bardzo zdenerwowany.

- Wiesz co, Bruce - Bob uśmiechnął się tym swoim diablikowatym uśmieszkiem i mrugnął do mnie. - Później właśnie nadeszło!

Zastanawiając się, co właściwie miał na myśli, odwróciłem się w stronę kryształu. Większość uczestników programu stała już wokół niego, a pozostali właśnie nadchodzili. Dookoła kryształu utworzyło się pole delikatnych linii i pastelowych kolorów. Wyglądało to jak pole wokół sztabki magnesu, kiedy rozsypie się wokół opiłki żelaza. Pole to rozciągało się prosto z czubka kryształu, tworzyło łuk i łączyło z drugim czubkiem. Jego łagodne łuki otaczały kryształ miękką, delikatną poświatą.

Kiedy przybył ostatni członek grupy, zdałem sobie nagle sprawę, że pośród nich widzę samego siebie. Wokół podstawy kryształu stali wszyscy uczestnicy programu, trzy kobiety i piętnastu mężczyzn, oraz dwóch trenerów. Patrzyłem, z dwóch punktów widzenia, z odległości dziesięciu metrów, jak staliśmy ramię w ramię, zanurzeni w polu kryształu. Wzięliśmy się za ręce i przez chwilę staliśmy bez słowa, i bez ruchu. Potem, wszyscy jednocześnie zrobiliśmy krok w przód, wszyscy prawą nogą. Jednocześnie skłoniliśmy się w przód i wyciągnęliśmy złączone dłonie w przód, ku podstawie kryształu. Następnie wyciągnęliśmy je w kierunku jego wierzchołka, zrobiliśmy krok w tył, prawą nogą na zewnątrz kręgu i wydaliśmy dźwięk brzmiący coś jak "UUUUU-AAAAA". Zaczęliśmy od niskiej częstotliwości, która wznosiła się w miarę, jak nasze złączone ręce również się wznosiły, a nogi niosły nas, krok za krokiem, w tył. Był to długi, gładki, radosny dźwięk. Nasze ręce, wciąż złączone, unosiły się wraz z dźwiękiem wysoko nad głowy i w tył, tak że w końcu wszyscy wygięliśmy do tyłu plecy. Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy plecy nie mogły nadążyć za ruchem rąk i wygiąć się jeszcze bardziej w tył, a głos osiągnął najwyższą częstotliwość.

Z mojego drugiego punktu widzenia, na wysokościach, te nasze wzniesione ręce wyglądały jak otwierający się, ogromny kwiat lotosu. W dźwięku, jaki wydawaliśmy brzmiała niewysłowiona radość. Kiedy jego natężenie osiągnęło szczyt, w krysztale bezgłośnie eksplodowały kolor i światło, które napełniły otaczające go pole. Piękne, wibrujące żółcie, pomarańcze, czerwienie, róże i biele wystrzeliły w górę i opadły na nas kaskadami iskier. Powtórzyliśmy dźwięk i gesty. Nagle kryształ ożył barwami w potężnej, bezgłośnej eksplozji. Z każdym powtórzeniem dźwięku i ruchu, kryształ nabierał więcej i więcej mocy, póki całe gigawaty energii nie zaczęły wybuchać z niego w górę w odległości zaledwie ramienia. Nie przestawaliśmy, póki powietrze wokół nas nie napełniło się ekstatyczną, drgającą energią, przydającą każdemu z nas ogromnej mocy. Trudno mi jest przełożyć na słowa piękno, radość i siłę, jakich doświadczyliśmy w tym dźwięku i tym ruchu.

Kiedy zakończyliśmy to spontaniczne, nieplanowane doświadczenie, z taśmy popłynął głos Dar zawiadamiający nas, że czas rozpocząć badania Centrum Przyjęć w Focusie 27. Patrzyłem, jak ja sam stojący w kręgu wyraziłem taki właśnie zamiar, wystrzeliłem prosto przez sufit i zniknąłem. Za chwilę zbliżałem się do dywanu falującej, zielonej trawy położonego gdzieś tam, wysoko na otwartej przestrzeni.

Zauważyłem budowlę sięgającą wysoko w niebo, która wyglądała jak jedna z tych wież radiowo-telewizyjnych. Budowla ta składała się z dwóch wielkich części w kształcie dzwonów, złączonych z wieżą mniejszymi końcami. Patrząc uważniej na wolne końce dzwonów, zauważyłem, że coś wpływa z jednej strony, a wypływa z drugiej. Strumień ten wydawał się być złożony z maleńkich punkcików światła, milionów takich światełek wpływających do jednego wielkiego otwarcia dzwonu po mojej lewej, przepływających przez całą konstrukcję, przez punkt, gdzie łączyły się oba dzwony, a wypływających przez drugi otwarty koniec, po mojej prawej stronie. Pomyślałem, że to pewnie Centrum Przyjęć, przyspieszyłem i skręciłem w lewo, zamierzając wylądować w pobliżu bazy wieży.

Widziałem wszystko wyraźnie, żywo i czysto. Stałem na otwartym polu zielonej trawy, a spoglądając w lewo, widziałem wyraźnie setki ludzi idących w moim kierunku. Niektórzy byli sami, inni szli grupkami liczącymi od dwóch do czterech osób. Odwróciłem głowę w prawo i ujrzałem ogromną budowlę, przypominającą wejście na stadion. Ogromne, masywne kolumny miały najmniej sześćdziesiąt metrów wysokości. Podtrzymywały coś, co wyglądało jak ceglana struktura, mająca kolejnych czterdzieści pięć metrów wysokości i otoczona u podstawy otwartym placem wykładanym kamieniami. Cała budowla rozciągała się tak daleko, jak mogłem sięgnąć okiem.

Niektórzy ludzie zbliżający się do wejścia Centrum Przyjęć szli pewnie, a na ich twarzach malowały się uśmiechy. Inni poruszali się jakby w transie, idąc po prostu za tłumem. Kiedy tak patrzyłem, minęło mnie w biegu dwóch mężczyzn ubranych w stroje sanitariuszy i pchających łóżko szpitalne. Biegli w stronę wejścia. Widziałem wyraźnie butlę z kroplówką zwisającą z drążka przymocowanego do łóżka. Człowiek na łóżku leżał nieruchomo, przykryty od stóp do głów czymś białym, co mogło być prześcieradłem lub bandażami. Przemknęli obok mnie, przez wejście i zniknęli w oddali. Niektórzy z idących szli samotnie; inni otoczeni byli przez przyjaciół lub krewnych, pogrążeni w rozmowie. Na kamiennym placu witał ich personel Centrum Przyjęć. Po krótkiej rozmowie, czasami, krewni i przyjaciele nowo zmarłego szli z nim dalej, prowadzeni przez członka personelu. Czasami osoba, która przybyła ze zmarłym, żegnała go, a ktoś z personelu eskortował go dalej przez plac. Domyśliłem się, że ci, którzy pozostawali, byli pewnie Pomocnikami, ochotnikami, którzy towarzyszyli zmarłemu do Centrum Przyjęć.

W tym momencie głos Dar z taśmy zaproponował, abyśmy towarzyszyli komuś do Centrum, aby dowiedzieć się więcej o procesie przyjmowania. Rozejrzałem się wokół i zauważyłem mężczyznę ubranego jak ksiądz, który czekał na starszą kobietę idącą samotnie w jego kierunku. Zanim do niego podeszła, zapytałem czy mógłbym im towarzyszyć i przyjrzeć się wszystkiemu. Kiedy odwrócił się, żeby mi odpowiedzieć, poczułem, że moje wtrącenie się zirytowało go.

- Możesz z nami iść i obserwować - nakazał. - Ale nie wtrącaj się więcej niż w tej chwili.

Odsunąłem się potulnie na bok i spojrzałem na zbliżającą się kobietę. Była przerażona, nie wiedziała czego ma się spodziewać, czego oczekiwać, ani co się właściwie z nią działo. Martwiła się, może grzeszyła za bardzo i teraz bynajmniej nie szła do Nieba. Kiedy podeszła do księdza, wyczułem w jej głosie lekką nutkę histerii, kiedy jąkając się, mówiła o swoich grzechach, Niebie i Piekle. Uśmiechając się szeroko, ksiądz przywitał ją z otwartymi ramionami.

- Naprawdę jesteś księdzem? I to jest naprawdę Niebo? A może to jest to inne miejsce? Wiem, że grzeszyłam i tak się martwię tym, co się ze mną stanie! - mówiła nieprzerwanie.

- Tak, moje dziecko, naprawdę jestem księdzem, a ty nie masz się czym martwić.

- Ale moje grzechy, ojcze, wiem, że grzeszyłam!

- Moje dziecko, wszystko zostało ci wybaczone.

- Naprawdę? Jest ksiądz pewien, że to nie to drugie miejsce?

- Tak, dziecko, wszystko ci wybaczono. To nie jest wejście do Piekła.

Zanim się uspokoiła na tyle, żeby znów móc mówić spójnie, ksiądz musiał ją jeszcze wielokrotnie zapewniać. Sutanna dobrze mu się przysłużyła, bo tego właśnie było owej kobiecie potrzeba. A kiedy już się uspokoiła, ksiądz pochylił się, położył dłonie na jej ramionach i przytulił ją owym księżowskim uściskiem typu "żadna inna część mojego ciała cię nie dotknie, tylko moje ręce". Potem stanął obok niej, oboje zwrócili się w stronę Centrum Przyjęć i ruszyli w jego kierunku.

Przeszliśmy przez plac, minęliśmy masywne kolumny, ceglaną budowlę i wynurzyliśmy się po drugiej stronie wejścia. Przed nami, na polu trawy znajdowało się mnóstwo budynków. Szedłem bez słowa za kobietą i księdzem zmierzającymi ku kawiarence na wolnym powietrzu. Słońce świeciło jasno na bezchmurnym niebie, a my podeszliśmy do stolika. W środku stolika umieszczono parasol chroniący przed promieniami słonecznymi. Ksiądz podsunął kobiecie krzesło i usiedliśmy. Kiedy do stolika podszedł kelner, ksiądz stwierdził, że kobieta jest pewnie głodna po takiej podróży i zamówił dla nich obojga posiłek, który kelner przyniósł wraz z lampką wina, o które ksiądz również poprosił. To było dobre zagranie. Kiedy podnosił wino do ust, zdawało się, że kobieta poczuła ulgę. Najwidoczniej uważała, że jednym z jej największych grzechów był alkohol. Czułem jak myśli: "Jeśli jestem w Niebie, a ten ksiądz pije wino, to moje grzechy muszą być naprawdę zapomniane".

Rozmawiali i jedli, a ja uświadomiłem sobie, że ksiądz przeprowadza właśnie wywiad. Zadawał jej pytania dotyczące jej życia i tego, jak się tu dostała. Słuchał uważnie i starał się, aby zauważyła, że obchodzi go to, co mu mówi. Każde pytanie delikatnie badało jej wierzenia dotyczące Życia po Śmierci, a wykorzystując autorytet habitu, ksiądz pomagał jej zrozumieć rzeczywistość, w jakiej się znalazła. Nigdy nie próbował jej przekonać na siłę, nigdy nie podważał bezpośrednio jej przekonań ani niczego, co mówiła. Podczas całej rozmowy delikatnie zacierał różnice pomiędzy tym, w co wierzyła, a tym, jak było naprawdę.

Słuchając tej rozmowy, usłyszałem głos Dar nagrany na taśmę, która stwierdziła, że powinienem wracać do kryształu i TMI-Tam. Podziękowałem cicho księdzu i już miałem odejść, kiedy spojrzał na mnie surowo i rzucił we mnie myślą:

- Proszę, nie znikaj, ot tak sobie, tej pani sprzed oczu. To może ją wystraszyć - wymruczał, jak to tylko ksiądz potrafi.

- Och, dobrze - odparłem, czując się trochę upokorzony tonem jego głosu. Przeprosiłem ich, wstałem i odszedłem szukając miejsca, gdzie mógłbym spokojnie zniknąć, nie strasząc nikogo. Kilka kroków dalej uświadomiłem sobie, że idę naprzeciw tłumu setek ludzi. Byli wszędzie. Gdzie tylko się zatrzymywałem, żeby sobie spokojnie zniknąć, tam byli nowoprzybyli. Zacząłem się martwić, jak też uda mi się zniknąć nie strasząc ich, zatrzymałem się więc i zacząłem rozglądać za jakimś odpowiednim miejscem. Jakieś trzy metry dalej, po "mojej lewej, ujrzałem ciemne drewniane drzwi, a nad nimi napis "Pokój Znikania". Dziękując w myślach komuś, kto to wymyślił, podszedłem, nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi za sobą i zniknąłem udając się do TMI-Tam, do kryształu.

Przybyłem ostatni i patrzyłem, znów z dwóch miejsc, jak podchodzę do kryształu i jak gromadzi się wokół niego reszta grupy. Znów chwyciliśmy się za ręce i powtórzyliśmy nasz dźwięk "UUUUU-AAAAA!" i ruch kwiatu lotosu, przydając sobie i kryształowi energii, póki głos Dar nie ponaglił nas do powrotu do C1 (świadomości świata fizycznego). Kiedy puściliśmy swoje ręce, opuściłem moją podwójną pozycję i wszedłem w siebie samego, aby wyjść z pomieszczenia z kryształem. Odwróciwszy się, ujrzałem Robyn, jedną z kobiet w grupie, idącą w moją stronę. Zbliżyła się do mnie, skręciła i zatrzymała się dokładnie przede mną. Uśmiechnęła się do samego mojego Jestestwa, zrobi-

ła krok w tył i wyciągnęła ramiona, aby mnie uścisnąć. Kiedy mnie przytulała, poczułem jak coś pośrodku mojej piersi otwiera się z pyknięciem. Odsunęliśmy się od siebie, uśmiechnęli i Robyn minęła mnie i poszła dalej, do C1.

Wtedy znów zauważyłem Boba i Eda, stojących razem jakieś sześć metrów ode mnie. Bob kiwał na mnie ręką, jakby przyzywając mnie do siebie, 'a obaj uśmiechali się. Zanim zdołałem zrobić krok w ich stronę, nagle skądś pojawiła' się Rebecca, której uśmiech wprost promieniał szczęściem i zadowoleniem. Ucieszyłem się niepomiernie, gdyż nie widziałem jej od siedmiu miesięcy. Zbliżyła się do Boba i Eda, a kiedy i ja do nich podszedłem, wszyscy zamknęliśmy się we wzajemnym uścisku. Nie było to nic w rodzaju fizycznego dotyku, powiedziałbym raczej, że stopiliśmy się trochę po brzegach naszych ciał i złączyliśmy ze sobą. Chwilę później poczułem coś, co* mogę opisać tylko jako świetlisty piorun energii Czystej Bezwarunkowej Miłości (CBM), który strzelił wprost w moją pierś i naładował energią całe moje ciało, wypełniając je Miłością.

Mówię "świetlisty piorun", aby opisać jakoś poczucie jego jasności, nagłość pojawienia się oraz wybuchową, przeogromną moc. Jestem pewien, że jeśli kiedykolwiek miałbym pecha i strzeliłby we mnie prawdziwy, fizyczny piorun (i pozostałbym przytomny przez całe takie doświadczenie), to mógłbym wtedy powiedzieć: "Tak, piorun CBM miał tę samą wybuchową moc".

Mówię energia "Czystej Bezwarunkowej Miłości", gdyż było to właśnie to. Żadnych sądów, żadnych warunków, nic w zamian, po prostu czysta akceptacja wszystkiego, co składa się na mnie. Było to coś, co opisałem poprzednio jako energię miłości, tylko że bez zwykłego zabarwienia seksualnego. Nie miało to w sobie nic oprócz czystej energii Miłości bezwarunkowej. A jednak, gdybym chciał opisać w jaki sposób to odczuwałem, to jedyne odczucie z całego mojego dotychczasowego doświadczenia, z jakim mogłem to porównać, miało właśnie naturę seksualną. Owo odczucie CBM przypomina to, co czuje się u samego szczytu orgazmu, w chwili najbardziej wzajemnie satysfakcjonującego seksu jaki tylko można sobie wyobrazić. Tylko że to połączenie nie ma absolutnie nic wspólnego z seksem; podaję go jedynie jako przykład, jako blade porównanie tego, co wtedy odczuwałem.

Czułem, jak świetlisty piorun CBM wchodzi i przenika moje ciało. W kategoriach elektryczności, można powiedzieć, że piorun ów podniósł mój własny potencjał, naładował moje baterie, przeniósł cały ładunek skądś do mnie. Czułem się pełniejszy, większy, silniejszy, szczęśliwszy, radośniejszy, pełen ekstazy... po prostu brak mi słów.

Kiedy już zacząłem się trochę uspokajać, chciałem powiedzieć Rebece, Bobowi i Edowi co się właśnie stało, ale wtedy piorun znów uderzył. Tym razem jego intensywność była mniej więcej taka sama, lecz wszystko trwało dłużej, chyba nawet dwa razy dłużej. To było taaaakieeee doooobreeee!!!! Czułem, jak cały przekształcam się w jeden wielki uśmiech. Ładunek CBM musiał być chyba jednak dwa razy mocniejszy niż poprzednim razem. Odrzuciłem w tył głowę, otworzyłem szeroko usta i spojrzałem na Rebekę, na jej pełną miłości twarz, próbując przekazać jej wzrokiem to, czego właśnie doświadczałem. Potem nadszedł następny piorun o takiej samej sile, ale dwa razy dłuższy niż ostatni. Poziom naładowania i radości we mnie przekroczył już wszelkie możliwe skale pomiaru, wszystko, czego doświadczyłem przez czterdzieści siedem lat życia na tej planecie.

Potem przyszły jeszcze co najmniej cztery pioruny, a każdy silniejszy i dwa razy dłuższy od poprzedniego. A później uczucie to stało się jednostajnym, mogącym chyba wstrząsnąć ziemią, strumieniem CBM, który wchodził w moje ciało środkiem piersi. Jego intensywność rosła tak gwałtownie, podwajając się z każdym uderzeniem serca, że zacząłem się zastanawiać, czy też moje ciało zdoła to w ogóle wytrzymać. Jednostajny strumień ładunku trwał i trwał. Od jednego uderzenia serca do drugiego, ładunek ów był tak silny, że myślałem, iż eksploduję. Za każdym razem, kiedy piorun uderzał, miałem wrażenie, że więcej już tego nie zniosę.

Kiedy jeszcze to wszystko trwało, uświadomiłem sobie, że zjawiła się również Nancy Monroe. Szła ku mnie z wyciągniętymi ramionami, uśmiechnięta, przypominała bardziej chmurę światła niż cokolwiek bardziej trwałego. Zatrzymała się tuż za mną i podziękowała za to, że próbowałem skontaktować ją z Bobem, kiedy ten żył jeszcze w ciele fizycznym.

- Pamiętasz, Bruce? - zapytała. - W łazience, w domu Boba? W czasie przerwy w meczu piłkarskim? Przeprosiłam cię za to, że przeszkadzam i powiedziałam, że odwrócę oczy póki nie skończysz?

Roześmiałem się w duchu na wspomnienie manier Nancy, subtelnych, godnych damy z Południa.

- Tak, pamiętam - słowa te wypłynęły ze mnie niby zapach róż. - Bob odniósł się dość sceptycznie do mnie jako do posłańca.

- Poprosiłam cię, żebyś powiedział Bobowi, że na niego czekam i że będę tu, żeby się z nim spotkać, kiedy opuści swoje ciało na dobre.

- Tak, pamiętam. Chyba mi nie uwierzył.

- Chciałabym powiedzieć że jestem ci za to bardzo wdzięczna, Bruce.

Już samymi tymi słowami sprawiła, że poziom naładowania jeszcze raz się podwoił. Czułem tak ogromną, rozpierającą mnie radość, że aż bolało. Poczułem, jak moje fizyczne ciało zasysa długi, głęboki oddech, jakby próbowało nie zemdleć.

Chmura Światła, która była Nancy, rozprzestrzeniła się, otaczając i przenikając nas wszystkich. Zanim zjawiła się Nancy, promień światła, który przenikał moją pierś był wielkości śliwki, teraz natomiast jego średnica zwiększyła się tak, że nie był to już jeden strumień, ale raczej wrażenie bycia zanurzonym w gigantycznym promieniu wchodzącym we mnie ze wszystkich możliwych kierunków. Okrywał każdy centymetr mojej istoty, wlewając we mnie energię dziesięć razy szybciej niż poprzednio. Nie mam pojęcia, jak mógłbym opisać intensywność tego, co stało się potem. Mogę jedynie nieudolnie opisać, jak za każdym uderzeniem serca, Nancy mnożyła przez dziesięć mój całkowity potencjał CBM. (Inżynierowie! Sam przecież jestem jednym z nich i przyzwyczajono mnie myśleć, że cyframi i słowami można wyrazić wszystko. Naprawdę chciałbym umieć wyrazić to doświadczenie cyframi i słowami).

Nie wiem jak długo Nancy to ciągnęła. Wiem tylko, że w którejś chwili byłem całkowicie pewien, że następne uderzenie mojego fizycznego serca sprawi, że eksploduję. Wiedziałem, że buchną ze mnie płomienie, które podpalą moje pomieszczenie kontrolowanego środowiska holistycznego (CHEC) i spalą całe południowe skrzydło Centrum Nancy Monroe Penn. Ale nie zapaliłem się, a ona wciąż pompowała we mnie energię, aż tyle już było we mnie czystej, ekstatycznej radości i bólu, że zrezygnowałem z wszelkiego oporu. Wtedy moje serce wypełniła energia tysiąca słońc. Chwilę potem (albo wieczność) poczułem, że chmura, która była Nancy, odchodzi. Intensywność CBM opadła do połowy i pozostała na tym poziomie, kiedy odpływałem od Rebeki, Boba i Eda. Widziałem jak uśmiechali się do mnie. Potem Bob zbliżył się do mnie i spojrzał prosto w oczy. Czułem się jak bokser siedzący na pół przytomnie w swoim rogu ringu, podczas gdy Bob był trenerem sprawdzającym moje oczy, aby przekonać się czy też jego zawodnik zdolny jest jeszcze do jakiejkolwiek walki.

- Bruce, pamiętasz jak we wszystkich poprzednich programach mój głos nagrany na taśmę mówił ci, że masz zostawić za sobą całą emocjonalną energię?

- Tak, Bob, pamiętam, jak powtarzałeś to na wszystkich taśmach Linii Życia... - wymamrotałem niewyraźnie.

- Bruce... - powiedział, wciąż patrząc mi prosto w oczy. - Możesz zabrać ze sobą tę emocjonalną energię.

Nagle przypomniałem sobie, że eon lub dwa temu Dar prosiła nas o powrót do C1. Skupiłem uwagę na taśmie próbując stwierdzić, czy wciąż się przewijała. Przewijała się. Wtedy, niby pióro o rozmiarach góry, przewróciłem się na plecy i zacząłem płynąć powoli w dół. Nie myśląc o tym, by powrócić na czas, płynąłem pławiąc się w promieniach CBM wypełniających moją Istotę.

Kiedy już w pełni uświadomiłem sobie swoje ciało fizyczne, znów ogarnęła mnie ekstaza radości. Łzy płynęły mi z oczu, niknąc między włosami i wsiąkając w poduszkę. Stopniowo uspokajałem się, łkania ustawały, łzy przestawały płynąć. Musiałem tam leżeć chyba z trzy lub cztery minuty, absorbując do ostatniej kropli całą Miłość i radość. Potem wstałem, usiadłem przy biurku i spróbowałem opisać wszystko, co przeżyłem podczas tej pierwszej taśmy programu Exploration 27. Udało mi się jedynie napisać kilka słów: "Ponowne spotkanie z Rebeccą, Bobem, Edem i Nancy. MIŁOŚĆ, EMOCJONALNIE PORYWAJĄCA".

Na pół płynąłem, a na pół szedłem schodami w dół, na spotkanie z innymi uczestnikami kursu, ale mówić i tak nie mogłem. Kiedy usiadłem na podłodze, moje myśli wróciły do czasów dzieciństwa. Ujrzałem, jak mozolnie maszeruję zakurzoną ścieżką, kopiąc kamienie leżące pod nogami i płacząc.

Szedłem tamtą drogą pewnego chłodnego alaskańskiego dnia, kiedy miałem sześć lat. Martwiłem się. Potężne, okropne uczucia wpływały we mnie środkiem piersi i rozlewały się po całym ciele odkąd tylko sięgam pamięcią - niezrozumiała, pomieszana plątanina radości i bólu, wstydu i wściekłości, gniewu, miłości i obrzydzenia. Niektóre z nich były tak błogie, że moje małe serce unosiło się nad drogą z radości nie dbając o świat, podczas gdy inne ciskały mnie mocno, twarzą w dół, w piach i żwir, raniąc mą duszę do żywego.

Idąc tak, patrząc na to dziecko, wiedziałem że tylko ja widzę i czuję tubę wychodzącą z mojej piersi. Wiedziałem, że owa tuba łączyła mnie z uczuciami wszystkich innych istot zamieszkujących mój sześcioletni świat. Wiedziałem, że to te istoty przynoszą w me serce radość, miłość, gniew, ból i wściekłość, gdzie uczucia te ścierały się w nieopanowanej, chaotycznej walce, z którą nie umiałem sobie poradzić i której nie byłem w stanie zrozumieć. Radość i miłość były tak cudowne, a gniew i wściekłość raniły tak głęboko, że nie potrafiłem tego znieść. Do tej pory nic w moim sześcioletnim życiu nie przypominało owej szaleńczej, chaotycznej plątaniny.

Wiedziałem, że jeśli chcę dalej żyć, to te uczucia muszą zniknąć. Stwierdziłem, że miłość i radość nie były warte tego bólu. W jednej chwili sięgnąłem prawą ręką duszy i chwyciłem tubę, i ścisnąłem mocno, aby zatrzymać przypływ uczuć. W mojej lewej dłoni pojawiły się nożyczki mamy, którymi przeciąłem połączenie serca ze światem. Ból ustał. Od tego dnia nic nie wpłynęło ani nie wypłynęło z mego serca. Miłość, radość, gniew, żałość i ból odczuwałem jednakowo - jak pozbawioną barw i życia szarość.

Bob powiedział, "Później jest teraz". Coś się wydarzyło. Serce tamtego małego chłopca właśnie znów złączyło się ze światem, po czterdziestu jeden latach braku wszelkich odczuć. Uświadomiłem sobie, że mówiąc mi, iż nic nie zdarzy się teraz, a dopiero później, Bob i Ed wyeliminowali wszelkie oczekiwania z mojej strony. Doskonały sposób pozbycia się niepokoju związanego ze zrobieniem czegoś. Bob obiecał, że nic się nie zdarzy, więc to nie ja siedziałem za kierownicą, ja po prostu pozwalałem się wieźć.

Kiedy spotkanie się skończyło, chciałem podziękować Robyn za jej udział w całym zdarzeniu, ale nie mogłem wykrztusić ani słowa; jedynie łzy radości płynęły mi z oczu.