oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Brucea
Moena

Rozdział 1
Stawiamy żagle

W sobotę, 17 lutego 1995, skończyłem rozmowę z Franceen King, instruktorką, i poszedłem na spacer na dach. Kiedy szedłem powoli wzdłuż dachu patrząc na rozległe obszary Wirginii otaczające budynek, poczułem nagle czyjąś obecność. Coś szło obok mnie. Za chwilę uświadomiłem sobie, że towarzyszą mi dwie istoty, dr Ed Wilson po mojej prawej i Bob Monroe po mojej lewej stronie. Bob zmarł niecały rok wcześniej. Ed opuścił ten świat podczas mojego trzeciego programu Linia Życia, w listopadzie 1994. A teraz mówili do mnie szeptem, który czułem raczej niż słyszałem. Skupiwszy uwagę zdałem sobie sprawę, że każdy z nich opowiada mi inną historię. Ed szeptał do mojego prawego ucha, a Bob do lewego, co sprawiało, że skakałem mentalnie w tę i z powrotem, próbując wysłuchać obu historii jednocześnie. Wyjątkowo frustrujące.

- Hej, panowie, przestańcie! Nie zrozumiem żadnego z was, jeśli będziecie opowiadać mi dwie różne historie jednocześnie - pomyślałem do nich.

Wybuchnęli śmiechem.

- Ed, zdaje się, że chyba w końcu zwrócił na nas uwagę - poczułem słowa Boba.

- Uhm, teraz na pewno wie, że tu jesteśmy - roześmiał się Ed.

- Bruce, to tylko taka nasza gierka - powiedział Bob przepraszającym tonem. -Trochę dzieli twoją uwagę, nie?!

- Jeśli masz na myśli to, że dzielenie uwagi pomiędzy dwie różne sprawy jednocześnie to nad wyraz trudna i męcząca rzecz,' to masz rację! - odparłem uśmiechając się w duchu.

- Już od jakiegoś czasu próbujemy do ciebie dotrzeć. No i Ed zaproponował aby posłużyć się tą naszą małą gierką. I zadziałało od razu!

- Gdzie byliście? Było mi ostatnio bardzo ciężko, a nie miałem od was wieści odkąd zniknął Trener.

- Wiele razy próbowaliśmy do ciebie dotrzeć. Podobnie i inni twoi przyjaciele - oświadczył Bob spokojnie. - Zdaje się, że depresja zasłoniła ci świadomość naszej obecności.

- Bob, kiedy Trener odszedł, przypomniałem sobie co napisałeś w Najdalszej podróży* o tym, jak się czułeś, kiedy odszedł twój Inspec. Ale twoje słowa, ani w połowie, nie oddają poczucia utraty i żalu, jakie czuję! Wiesz, przydałoby mi się jakieś towarzystwo.

- Ale to masz już za sobą i jestem pewien, że wszystko będzie dobrze. Poczekaj tylko, a zobaczysz co na ciebie czeka w tym tygodniu!

- Mam nadzieję - odparłem w myślach.

- O nic się nie martw, Bruce - poczułem słowa Boba. - A teraz, do roboty, tygrysie!

Po tych słowach świadomość obecności Boba i Eda rozpłynęła się, a ja znów poczułem się samotny stojąc tak na dachu Nancy Penn Monroe Center i patrząc na pola Wirginii.

Wizyta Boba i Eda podniosła mnie trochę na duchu, ale w ciągu następnych kilku godzin zaczęła mi towarzyszyć pewna nerwowość. Odkąd zniknął Trener, wielokrotnie próbowałem skupić świadomość na świecie niefizycznym... bez powodzenia. Może straciłem tę umiejętność? Może nie będę mógł nawiązać kontaktu podczas programu Exploration 27? Trema przed podniesieniem kurtyny!

Tuż po zmroku byłem już zdenerwowany tak, że musiałem wyjść na siąpiącą mżawkę i zapalić papierosa. Uspokojony dawnym nawykiem, uświadomiłem sobie, że na zachodzie, na tle ciemnego nocnego nieba, pojawiły się sylwetki Boba i Eda. Otworzyłem na nich świadomość. Zatrzymali się jakiś metr ode mnie, wciąż nie odrywając ode mnie wzroku. Pierwszy odezwał się Bob.

- Bruce... - zaczął. - Ed i ja jesteśmy naprawdę szczęśliwi, że będziesz brał udział w tym programie. Obaj czujemy, że twoje umiejętności i twoja energia będą bardzo korzystne dla grupy. Chcieliśmy tylko wyrazić ci naszą wdzięczność za to, że będziesz uczestniczył w Exploration 27 i powiedzieć ci, że jesteśmy z tego powodu naprawdę szczęśliwi.

- Dzięki, Bob. Już teraz nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

- Cóż... - obawiam się, że mam dla ciebie złe wieści -tym razem w głosie Boba brzmiał smutek i rezygnacja. - Widzisz, Bruce, tym razem nie będzie dla ciebie dalszego ciągu. Dla ciebie dalszy ciąg nastąpi dopiero później.

Najpierw poczułem lekki gniew, który za chwilę rozgorzał złymi, zaciskającymi zęby myślami.

- Rozumiem, Bob - poczułem, jak mówię, a gniew ciągle we mnie wzbierał. I nagle już nie mogłem się powstrzymać i wysłałem w ich kierunku czerwone płomienie wściekłości. - Więc co mnie czeka?

- Cóż, mogę ci tylko powiedzieć, że to przyjdzie później - oświadczył poważnie. W jego głosie brzmiał smutek lekarza, który ma dla pacjenta złe wieści i nie może tego w żaden sposób zmienić.

Wtedy obaj odwrócili się powoli i odeszli w kierunku, z którego przyszli. Kiedy zniknęli w ciemności deszczowej nocy, poczułem, że mój gniew ciągle rośnie. Byłem zły i zdenerwowany do granic możliwości!

- Pewnie, jasne! Dowiem się może za jakieś dwa tygodnie albo miesiąc po powrocie do Denver, do domu! - pomyślałem sobie. - Jasne! Czek będzie w kopercie! Wydałem kupę pieniędzy, wziąłem dwa tygodnie bezpłatnego urlopu, a teraz okazuje się, że nic z tego. Cholera, wkurza mnie to!

Oddawałem się gniewowi jeszcze przez jakiś czas, chodziłem w deszczu i mruczałem do siebie. W końcu uspokoiłem się, a potem zacząłem myśleć o wszystkich ludziach, którzy do tej pory poświęcali mi swoją energię i umiejętności. Byłem wdzięczny za ich dar i pomyślałem sobie, że może oto nadarzyła się sposobność, abym dał coś z siebie. Moja mama zawsze mówiła, że jeśli dostajesz od życia cytrynę, to zrób z niej lemoniadę.

W porządku, pomyślałem, ostatecznie pieniądze już wydałem. Jestem tu, żeby wziąć udział w programie, równie dobrze mogę więc skorzystać z niego na tyle, na ile będę mógł. Jeśli jestem tu tylko po to, żeby towarzyszyć innym i użyczyć im mojej energii, to zrobię to.

Wziąłem drugiego papierosa w miejsce tego, który wyrzuciłem w gniewie, oparłem się o ścianę budynku i wypaliłem go do samego filtra.