Analizując moje ostatnie przeżycie (nie wiem jak je nazwać, może najrozsądniej byłoby nazwać je bardzo realistycznym świadomym/półświadomym snem), myślę, że tak bardzo chciałam otrzymać odpowiedź na swoje wiadomości, że moja podświadomość przeniosła mnie do świata, w którym rzeczywiście (odczucie takie jakby to było rzeczywiście) ją otrzymałam. Ale po co byłam w tych innych miejscach to już nie wiem i dlaczego taki niedosyt - że niby coś otrzymałam, ale nie odebrałam tego telefonu. Myślę sobie, że następnym razem bym chciała się przenieść we śnie do rzeczywistości, gdzie rozmawiam z tym znajomym. Myślę sobie też, że wtedy nie wróciłabym do "tu i teraz", ale zaraz pytam samą siebie: "Jak to 'nie wróciłabym'? Jak mogę nie wrócić ze snu? A jeśli to nie sen, to co z tym życiem?" i odpowiadam sobie w myślach bez zastanowienia: "Unicestwiłabym się tutaj. Umarłabym." Mam takie dziwne wrażenie, jakby to wszystko, co się dzieje "tu i teraz", wszystko co nas otacza, jakby to nie była prawda. Wydaje mi się też, jakby nasze marzenia i pragnienia nie spełniały się "tu i teraz", tylko jakbyśmy jakoś podświadomie przenosili się do rzeczywistości, w której one się realizują i ciągle wydaje nam się, że jesteśmy "tu i teraz", bo to wszystko jest tak dobrze "sklejone", że nie sposób zorientować się, że film się urywa. Po prostu siedzi mi w głowie taka myśl. Nie wiem, skąd takie dziwne przekonania. Chyba taka wyobraźnia po prostu. Mam też takie wyobrażenie, że umieramy na własne życzenie - aby być gdzieś indziej - sami się unicestwiamy, ale czasami wiemy o tym tylko w innej rzeczywistości, a tutaj nie mamy tego w tej pamięci i czasami wydaje nam się, że nie chcemy umierać. Taka moja teoria, według tego, czego doświadczyłam.