|
|
Znalazłam się w budynku LO i zobaczyłam, że przyszli gimnazjaliści, żeby czegoś nauczyć się na wykładach. Szłam po schodach, gdy spotkałam kolegę z grupy. Stanął przede mną i powiedział "bardzo podoba mi się twój brzuch" :P Popatrzyłam na niego i poszliśmy dalej. Połozył mi rękę na brzuchu i cały czas coś mówił, powiedziałam mu, żeby na chwilę był cicho, bo próbuję napisać wiadomość. Zauważyłam, że nie idę tylko unoszę się! Tak, unoszę się! Po raz pierwszy w życiu sni mi się, że jestem ponad podłożem. Przez setki OOBE tego nie doświadczyłam (ot, wcale nie tęsknię), a tu o. Tylko ja i on się unosilismy. Jekko popychał moje plecy ręką, a potem o nim zapomniałam i spostrzegłam po jakimś czasie, że go nie ma. Zaczęłam szukać ludzi z mojej grupy, ale gdy weszłam do sali, byli tam tylko gimnazjaliści. Wyszłam i poszłam na dół (tak, poSZŁAM). Spotkałam po drodzę jakąś stara kobietę, chyba nauczycielkę, która poprosiła mnie, żebym wyszła przed szkołę, to mi coś pokaże. Zaczęła coś pisać na piasku, ale nie widziałam zadnego sensu. Zobaczyłam, że owy kolega przechodzi i zawołałam, żeby przyszedł. Opierał się chwilę, jednak zaraz ustąpił. (Do tego był ubrany w kurtkę i czapkę, a był środek lata ;|) W pewnym momencie spostrzegłam, że mam przy kolanie wytatuowaną maleńką różę, prawie się nie dało zobaczyć, że to kwiat. Wróciłam do szkoły i spotkałam kolejnego kumpla. Mieliśmy razem wracać do domu (cokolwiek zdziwiłam się, bo nigdy nie chciał iść ze mną gdziekolwiek :P). Wyszliśmy znowu przed budynek i zobaczyłam, że pada śnieg. Mówię do kolegi, choć w sumie bardziej sama do siebie niż do niego "a ja mam klapki na nogach". Spojrzałam w dół - rzeczywiście klapki. Poczólam przez chwilę zimno na stopach, ale tez zobaczyłam, że mam na sobie kurtkę. Zobaczyłam tez, że kolega równiez miał na siobie wielką, puchowo-ortalionową kurtkę z kołnierzem po same usta i czapkę na głowie, tak naciągniętą, że zachodziła na oczy. Pomyslałam sobie: "to drugi raz w historii Warszawy, że śnieg pada w lipcu" ( a był 26 lipca - moje imieniny :P). Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam o tym dwa albo trz razy. Chwilę szliśmy razem, a potem wyprzedziłam towarzysza. Po jakimś czasie odwróciłam się, żeby zobaczyć czy nadal idzie, ale nie widziałam go. Rozejrzałam się, zobaczyłam dwie dziewczyny i tyle. Pomyslałam " co za baran, wiedziałam, że tak będzie. A niech sobie chodzi. ". Potem odkręciłam się kolejny raz i ujrzałam, że jednak idzie za mną. Zatrzymałam się i czekałam na niego, ale jakby... straciłam prawą połowę pola widzenia. Gdy ją odzyskałam - kolegi nie było. Poszłam więc dalej i okazało się, że jestem w nadmorskiej miejscowości (dobrze mi znanej), a na sobie mam... zbroję. Rycerską zbroję. Poszłam kawałek dalej i zobaczyłam, że idzie kobieta, a przed nią mężczyzna również w zbrojach. Podeszłam i zapytałam jak mam dojść do mostu ( dodam, że niemal codziennie od pewnego czasu śni mi się, że mam wracać do domu tym mostem). Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona i dała do zrozumienia, że to bardzo daleko. Wymieniła nazwę, kojarzącą mi się z którymś z województw i poszła. Pomyślałam, że niczego noewego, oprócz tego, żeby iść w lewo się nie dowiedziałam, więc podbiegłam do mężczyzny, który chyba powiedział mi to samo, co poprzednio kobieta. Przeszłam pare kroków na wprost (wbrew zaleceniom spotkanych), a potem skręciłam w jakąć ruchliwa ulicę. Poruszały się po niej normalne samochody, z tą różnicą, że były starej daty. W którymś momencie znalazłam się przed lasem, zobaczyłam przed sobą i po prawej strone zagrody, a w nich były małe gepardy. Nagle z lasu wyskoczyły dwa gigantyczne gepardy. Jeden szary, a drugi złotej barwy. Walczyły. Pojawiło się nie wiadomo skąd ogłoszenie z radiowęzła "To są nowe atrakcje warszawskiego ZOO. Całkowicie sztuczne i bezpieczne, na wzór.... ". Jednak okazało się, że nie są do końca bezpieczne, bo żywe, prawdziwe. Zaczęłam mysleć o ucieczce. Przeszłam kawałek dalej chodnikiem obok lasu i widziałam coraz większe ilości gepardów-gigantów. Zobaczyłam biegnącego w moją stronę giganta, a za nim, rzucające się na niego, normalnej wielkości gepardy. W którymś momencie futro na olbrzymie... pękło. Zobaczyłam przed sobą dziewczynę idącą powoli. Ubrana była w białą sukienkę do ziemi i miała czarne włosy. W tym samym momencie gigant wybiegł z lasu i podążął za nami rozwścieczony. Złapałam dziewczynę za rękę i w biegu na nią popatrzyłam. Miała zieloną sukienkę i... brak jednego oka. Usmiechnęła się. Biegłysmy dalej i zobaczyłyśmy bramę hurtowni i sklepu. Wiedziałam, że giganty nie mogą nam zrobić krzywdy, gdy jestesmy w zamknięciu. Dziewczyna przed samą bramą krzyknęła "skaczmy", zastosowałam się, lecz troche później niż ona i pomyślałam, że mi się nie uda, ale po chwili zobaczyłam bramę już pod stopami. Koniec.
|