ROZDZIAŁ DWUNASTY: ZASŁYSZANA HISTORIA
Czas: nieokreślony, noc... uwolniłem się z ciała stosując zwykłą metodę...
żadnego sygnału... mam więc do wyboru różne możliwości... postanawiam, jeżeli
to możliwe, samodzielnie wrócić do BB... ident: "BB, KT-95"... rozciągnąłem
się... przejście przez pierścienie odbyło się bez przeszkód, potem ruszyłem
do skraju rzadkiej mgły w Strefie Przejściowej... zaczął do mnie docierać niewyraźny
percept BB, więc zastygłem w bezruchu... to była niespodzianka... BB znajdował
się tuż pode mną. Zmatowiały i tak mocno zamknięty, że nic dziwnego, iż trudno
go było odnaleźć.
Otworzyłem się i zacząłem wibrować. (Cześć BB, wróciłem.)
BB otworzył się nieznacznie, a potem rozjaśnił. (Och, już prawie straciłem
nadzieję, że wrócisz. Czyżbyś utknął w swoim ludzkim ciele?)
Zakołysałem się lekko. (Zdarza się.)
Nie miałem perceptu, że myślał o AA, a nie chciałem podejmować tematu jego
przyjaciela, dopóki on sam tego nie zrobi. W tej sytuacji była to drażliwa rota,
a nie miałem odpowiedzi, której szukał. O ile w ogóle było jakieś rozwiązanie
tego problemu. Aby zacząć coś robić, wyciągnąłem się, wykonałem ze trzy szybkie
obroty i wróciłem, wywijając zakrętas.
BB sfałdował się. (Co to było?)
(Takie sobie ćwiczenie.)
Otworzył się. (Na KT-95 mamy grę, w której robimy podobne rzeczy. Chcesz spróbować?)
Rozjaśniłem się. (No pewnie!)
Zakołysał się lekko. (Spróbuj robić to, co ja, nic poza tym.)
Odwrócił się, zawirował, a ja rozciągnąłem się za nim. Pilnowałem się go, jak
tylko mogłem, co przypominało trzymanie się wysmarowanej tłuszczem świni na
tafli lodu, z tą różnicą, że w tym przypadku lód był trójwymiarowy, nie, znacznie
gorzej - miał wiele wymiarów. A więc wirowaliśmy, zatrzymywaliśmy się, startowaliśmy,
poruszaliśmy się - to powoli, to znów szybko, mijaliśmy rozbłyski dziwnych perceptów,
pędziliśmy ku lśniącemu słońcu i przenikaliśmy przez nie, krążyliśmy wokół gromadek
postaci, które wydawały się zdziwione naszym widokiem. Przez cały czas kurczowo
trzymałem się identu BB, tak jak ostatni w szeregu łyżwiarz trzyma się jadącej
przed nim osoby. Zanurzaliśmy się w chmurach i wynurzaliśmy się z nich, wchodziliśmy
w pasma energii, które odbierałem jak podmuchy gorącego i zimnego powietrza,
jak elektryczne wstrząsy, przenikaliśmy przez mury wspaniałego miasta o wielu
wieżach. Balem się, że nie zdołam już dłużej trzymać się jego identu, bałem
się, że jeśli odpadnę, zgubię się całkowicie. BB zatrzymał się raptownie i znów
znaleźliśmy się w rzadkiej mgle zewnętrznej otoczki Ziemi. Cały się trząsłem.
BB wibrował z ożywieniem. (Świetna zabawa, co?)
Zamigotałem silnie. (Tak, świetna. Kto ją wymyślił?)
BB zbladł. (Wymyślił?)(Skąd się ona wzięła?)
Sfałdował się. (Och, nie wiem. Zawsze była. Jeśli chcesz, możesz zapoczątkować
zupełnie nową. Największa frajda to dodać, w środku lub na końcu, coś nowego,
taką niespodziankę. Rozumiesz?)
(Tak. My, ludzie mamy podobną zabawę, nazywamy ją "idź za przewodnikiem".)
BB rozjaśnił się. (No właśnie, "idź za przewodnikiem". Dobrze ci szło.
Musisz często się w to bawić.)
Zamigotałem. (No, nie, ostatnio się w to nie bawiłem. Ale latałem na samolotach
i to mi pomogło.)
BB zbladł, a ja mówiłem dalej. (A przy okazji, co się dzieje, jeśli nie zdążysz
zrobić obrotu lub zgubisz ident?)
Zakołysał się mocno. (Przegrywasz.)
(A co się dzieje z tymi, którzy przegrywają?)
BB migotał. (Nie mam o tym żadnej roty. Oni nie wracają już do gry. Mój percept
mówi, że się gubią.)
(I nie odnajdują się?)
(No, jak już powiedziałem, już nie wracają do gry, a więc nie mam o tym roty.
Często w grupie jest około setki bawiących się. Fajna zabawa, co?)
(Tak.) Zadałem ostatnie pytanie. (A to, przez co przechodziliśmy - co to takiego?)
BB sfałdował się. (O tym nie mam roty. Nikt nie zaprząta sobie głowy takimi
drobiazgami, to tylko zabawa.)
Ładna mi zabawa. Miałem wyraźny percept, co by się stało, gdybym w czasie gry
zgubił ident BB. Przegrałbym i zagubiłbym się. Jestem pewien, że nie potrafiłbym
odnaleźć drogi. Na szczęście nie zgubiłem się, ale na przyszłość mam nauczkę,
żeby nie brać udziału w grze, której nie znam, zwłaszcza jeśli będzie to gra
z KT-95. Pozostawała do rozstrzygnięcia jeszcze jedna kwestia:
co wyniknęło z naszej gry? Jakie były skutki działania energii, którą tak lekkomyślnie
zużyliśmy na bezcelową gonitwę w przestrzeni? Pędząc nie zważaliśmy na nic -
ile więc mrówek zginęło tylko dlatego, że akurat znalazły się na naszej drodze?
A co się działo wówczas, gdy w takiej zabawie brała udział cała setka? Istoty
zamieszkujące teren zabawy mogły uznać jej skutki za naturalny kataklizm lub
wolę Boga, niezależnie od tego, czy ginęły mrówki, czy inne stworzenia. Jak
by na to nie spojrzeć, był to dziwny percept - możliwość spełnienia roli takiego
instrumentu. Prawdopodobnie mieliśmy tu do czynienia z jednym z przykładów działania
bezosobowej inteligencji.
BB przerwał mi. (Hej, dobrze się czujesz?)
Otworzyłem się. (Tak, oczywiście.)
(Byłeś zamknięty i migotałeś. Wydaje mi się, że znów chcesz uciec do swego
fizycznego ciała.)
Otworzyłem się i zakołysałem. (Nie, nie. W każdym razie jeszcze nie teraz.)
(Dlaczego się nim przejmujesz? Dlaczego w ogóle wracasz? Zostaw je tam, gdzie
jest.)
Zwróciłem się do wewnątrz. Już nie raz o tym myślałem, ale jak dotąd odrzucałem
ten pomysł, gdyż nie miałem pojęcia kim wówczas byłbym i co bym robił. Wciąż
czegoś tu nie rozumiałem. Wiedziałem, że z łatwością mogę przedostać się przez
niższe pierścienie i zatrzymawszy się w jednym z nich, wziąć udział w życiu
jego mieszkańców. A działo się tam dużo ciekawych rzeczy. Większość mieszkających
w tej strefie istot, o ile nie wszystkie, zajmowała się pomaganiem ludziom w
rozwoju. Mogłoby się wydawać, że jest to zasadnicza część systemu doskonalenia
się, lecz to było dopiero przygotowanie. Przygotowanie do czego? Tu właśnie
zaczynał się niezrozumiały dla mnie moment. Ci, którzy przebywali w zewnętrznym
pierścieniu po raz ostatni, wracali do Domu, ale mój percept Domu stawał się
coraz bardziej mglisty, a nie, jak należało się spodziewać - wyraźniejszy i
bardziej zrozumiały. No cóż, nie byłem tam od bardzo, bardzo dawna.
Otworzyłem się ostrożnie. (Tak, a więc, no... nie skończyłem jeszcze szkoły,
jeszcze się uczę... i potrzebne mi jest do tego fizyczne ciało.)
BB zbladł całkowicie.
(To jest rodzaj gry) ciągnąłem (a ja zgodziłem się wziąć w niej udział.)
Rozjaśnił się. (Och, gra! Chcę ją poznać.)
(Jeśli cię to interesuje, dam ci na ten temat krótką rotę. Tylko, czy sobie
z nią poradzisz?)
Zakołysał się. (Po tym ostatnim numerze z AA dam sobie radę ze wszystkim, co
dotyczy ludzi.)
Zwróciłem się do wewnątrz. Wspomniał o AA bez migotania i to było wspaniałe.
Wygładzał się. Rzuciłem mu krótką rotę, w której zebrałem moje wędrówki poza
ciało od 1958 roku, opuszczając kontakty z NIMI. Przyjął ją, zamknął się i przez
jakiś czas nie poruszał się i nie odzywał. Potem otworzył się szeroko, zakołysał
się i zamigotał.
Zawibrowałem. (To wcale nie jest śmieszne!)
Wreszcie się wygładził. (Mam dla ciebie ident! RAM-Bam!) Kołysał się mocno
i migotał.
(Wystarczy samo RAM.)
W końcu uspokoił się. (Dobrze, Ram, percept mi mówi, że zanim się to zaczęło,
byłeś zamkniętym, ograniczonym człowiekiem. Później poszedłeś ostro. Nie byłeś
jednak zbyt bystry.)
Sfałdowałem się. (I nadal nie jestem.)
(I wszystko przychodzi ci z trudem.)
Zakołysałem się lekko. (Uważasz, że tobie poszłoby lepiej?)
BB zamigotał. (Każdy głupi skręt choćby tylko w połowie uświadamiający sobie,
kim jest. mógłby...)
Przerwałem mu (A gdyby nie miał tej świadomości?)
Zbladł i zawibrował. (Nie, tak nie można. Nie nabierzesz mnie na tę grę! Pozostanę
taki, jaki jestem!)
Zakołysałem się i zwróciłem do wewnątrz. Obecnie, kiedy patrzę na to z dystansu,
wydaje mi się, że wiele moich reakcji z wczesnego okresu podróży poza ciało
może wyglądać zabawnie. Teraz ja sam się z nich śmieję. Ale przynajmniej wiem,
że zabawa w zdobywaniu doświadczenia podczas ludzkiego życia przynosi efekty.
Jednak pozostaje jeszcze tyle niewiadomych. Co się dzieje po ukończeniu szkoły?
Gdzie i w jaki sposób wykorzystuje się to, czego się nauczyło?
BB przerwał mi. (Słuchaj. RAM.)
Otworzyłem się. (No?)
Migotał. (Cofam to, co powiedziałem. Nie jesteś taki głupi.)
Zakołysałem się. (Dziękuję. Było mi to potrzebne.)
Zbladł. (Potrzebne?)
(To żart. Ludzki humor.)
Zwrócił się do wewnątrz, po czym otworzył. (A w jaki sposób dostałeś percept
i zacząłeś się bawić w opuszczanie ciała?)
Zamigotałem. (Nie wiem. To się po prostu stało.)
(Czy inni ludzie też to robią?)
(Niektórzy, tak. Spotykałem ich. Największy problem polega na tym, że większość
ludzi opuszcza ciało podczas snu i nie pamięta o tym po przebudzeniu.)
BB zwrócił się do wewnątrz. Wiedziałem, że przegląda i analizuje rotę, którą
dostał ode mnie. Takie pojęcie jak sen i budzenie się wymagały od niego nowych
perceptów. Wiedziałem również do czego zmierzał. Ale rozmyślił się.
Otworzył się, migocąc. (A te trzy skręty, które zeszły po, jak mówisz, promieniu?
Kto to był?)
Sfałdowałem się. (Nie wiem.)
(Wyglądało na to, że cię znają.)
(Może byli z KT-95?)
Zakołysał się. (To jakaś zwariowana rota... albo żart. Ale wydawało się, że
ty też ich znasz. Chciałeś, aby zabrali cię ze sobą? Dlaczego?)
Zamigotałem. (Nie wiem.)
(Spotkałeś ich kiedyś znowu?)
(Nie mam o tym perceptu.)
Zwrócił się do środka, a potem na zewnątrz. (A co powiesz o skrętach, które
pomogły ci, gdy tego potrzebowałeś lub wydawało ci się, że potrzebujesz? Kim
one były?)
Wygładziłem się. (Prawdopodobnie były to istoty z wyższych pierścieni. Takie
rzeczy zdarzają się często. Już mówiłem, że większość ludzi nie zdaje sobie
z tego sprawy, gdyż spotyka ich to podczas snu. Sen to taka zwariowana rota.)
BB ponownie zwrócił się do wewnątrz, a potem otworzył się, migocąc. (Och, mam
percept, że pełno tu zwariowanych rot.)
Zbladłem. (Na przykład?)
(No, chociażby ta rota o intensywnym procesie uczenia się ludzi, ta którą mi
rzuciłeś.)
Zamigotałem. (Jak to?)
Mówił dalej. (Czyżby to nie była zwariowana rota?)
(Według mojego perceptu jest to prawda.)
(A ja mam inną rotę, i gdy porównam je obie, to nie pasują do siebie, jedna
z nich wydaje się niedorzeczna.)
Zbladłem. (Jaka to rota?)
(Ta, którą dostaliśmy w broszurze o TSI, o wszystkich miejscach, które mamy
odwiedzić. Jest tam wszystko o Ziemi i ludziach, o tym. jak się to zaczęło,
po co to jest... no, wszystko.)
Zamknąłem się, a potem powoli otworzyłem. (Nie pasują do siebie?)
(Masz, zdobądź własny percept.) BB rzucił mi rotę. Wziąłem ją i zacząłem rozwijać
z zaciekawieniem.
KLIK!
"Ktoś", "Gdzieś" (a może jedno i drugie) potrzebuje, lubi, chce,
ceni, zbiera, jada lub zażywa jako narkotyk (sic!), w milionowych bądź niezliczonych
dawkach substancję o idencie Lusz. (Elektryczność, ropa naftowa, tlen, złoto,
pszenica, woda, ziemia, stare monety, uran.) W miejscu zwanym "Gdzieś"
Lusz występuje bardzo rzadko, a ci, którzy go posiadają, uważają, iż jest niezbędny
do tego, do czego się go używa.
Kierując się Prawem Podaży i Popytu (powszechne prawo w ..Gdzieś"), "Ktoś"
zamiast poszukiwać naturalnych zasobów Luszu, zdecydował się go produkować w
sposób powiedzmy, sztuczny. Postanowił założyć jego hodowlę, uprawiać go w ogrodzie.
Naturalny Lusz odznaczał się różnym stopniem czystości. Stwierdzono, że powstawał
w wyniku ruchów wibracyjnych podczas cyklu węglowo-tlenowego i wtórnie podczas
procesu reakcji. Badacze z "Gdzieś" przemierzali duże odległości w poszukiwaniu
nowych źródeł tej cennej substancji, a ich odkrycia witano z entuzjazmem i nagradzano.
Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy hen, daleko, gdzieś w zapadłym kącie, "Ktoś"
założył swój eksperymentalny Ogród. Najpierw stworzył odpowiednie środowisko,
w którym mógł powstać i rozwijać się cykl węglowo-tlenowy. Ustanowiona przez
niego Równowaga zapewniała rosnącym osobnikom właściwe oświetlenie i stałą dostawę
odpowiedniego pożywienia.
Potem "Ktoś" próbował oszacować swój plon. Rzeczywiście. Pierwsza Hodowla
dostarczyła Luszu, ale w małych ilościach i nie najlepszego pod względem gatunkowym
- nie nadawał się on do zabrania w miejsce zwane "Gdzieś". Problem był
podwójny. Okazy rodziły się zbyt drobne i żyły bardzo krótko. W efekcie czego
powstawało niewiele marnego jakościowo Luszu, gdyż w tak ograniczonych warunkach
nie było czasu na jego wytwarzanie. Ponadto Lusz można było zbierać tylko w
momencie, gdy jednostki kończyły życie; ani chwili wcześniej.
Druga Hodowla, która okazała się nie lepsza, o ile nie gorsza od Pierwszej
rozwijała się w innej części Ogrodu i w odmiennym od poprzedniego środowisku.
Tym razem nie było to środowisko płynne, lecz gazowe. Ze związków chemicznych
o większej gęstości utworzono stałe podłoże, dzięki czemu związki te były stale
dostępne. "Ktoś" zasadził niezliczone ilości znacznie dorodniejszych egzemplarzy
nowych odmian. Niektóre z nich były wiele tysięcy razy większe i miały bardziej
złożoną budowę od prostych, jednokomórkowych okazów Pierwszej Hodowli. Wprawdzie
został odwrócony cykl węgIowo-tlenowy, ale cały zasiew pozostał jednorodny.
Podobnie jak w przypadku Pierwszej Uprawy, osobniki rozmnażały się regularnie
i samoczynnie kończyły życie. Aby uniknąć nierównomiernego rozkładu odżywczych
substancji chemicznych i oświetlenia, co miało miejsce w przypadku Pierwszej,
"Ktoś" postanowił, że osobniki Drugiej Hodowli nie będą się poruszać po
całym ogrodzie, lecz każdy z nich pozostanie w przydzielonej sobie jego części.
W tym celu wyposażył je w silne wyrostki sięgające w głąb twardego podłoża i
unieruchamiające roślinę. Z korzeni wyrastały łodygi lub pnie dźwigające wyższe
partie roślin, tym samym umożliwiając im otrzymywanie koniecznej porcji światła.
Górne części roślin - szerokie, cienkie i dość wiotkie - pełniły rolę przekaźników
energii. Przepływające przez nie w obydwu kierunkach związki węglowo-tlenowe
zapewniały roślinom odżywianie i wymianę z otoczeniem. Poza tym każdy okaz zaopatrzono
w kolorowe radiatory wraz z generatorami małych cząstek. Rozmieszczono je symetrycznie;
zazwyczaj w pobliżu wierzchołka.
Chcąc przyśpieszyć rozmnażanie się roślin "Ktoś" wywołał gwałtowne ruchy
wibracyjne w gazowej powłoce. Z czasem przekonał, że ten sam burzliwy proces
pomaga w zbieraniu Luszu.
Jeśli zaburzenia były dostatecznie gwałtowne, kładły kres życiu roślin, które
umierając wydzielały Lusz. Miało to duże znaczenie, gdy istniała konieczność
natychmiastowej dostawy tego surowca, gdyż nie trzeba było czekać na okres zbiorów.
Pomimo to, plon Drugiej Hodowli okazał się nader niezadowalający. Co prawda
osiągnięto znaczny przyrost ilościowy, ale zbyt długie życie roślin nie wpływało
korzystnie na jakość wytwarzanego przez nie Luszu. Przeoczono tu coś ważnego.
Przed założeniem Trzeciej Hodowli "Ktoś" długo prowadził badania, krążąc
nad swoim Ogrodem. Rzeczywiście zadanie, którego się podjął nie było wcale łatwe.
Wprawdzie osiągnął sukces, ale tylko częściowy. Wyhodowany przez niego Lusz
był znacznie gorszy od dzikiej, występującej w stanie naturalnym odmiany.
Jednakże uporał się z tym problemem, czego żywym świadectwem była Trzecia Uprawa.
"Ktoś" odtworzył pierwotny cykl węglowo-tlenowy, a osobnikom przywrócił
ruchliwość, bowiem doświadczenie wykazało, że oba te czynniki zapewniają wytwarzanie
wysokiej jakości Luszu. Gdyby jeszcze udało się wyhodować większe okazy, sukces
byłby zapewniony.
Mając to wszystko na względzie, "Ktoś" przeniósł na teren obecnej uprawy
jednostki Pierwszej Hodowli, która nadal rozwijała się w części Ogrodu mającej
płynne środowisko. Zmodyfikował je tak, aby mogły żyć i wzrastać w środowisku
gazowym. Najpierw przystosował je do odżywiania się osobnikami Drugiej Hodowli,
którym pozwolił w tym celu bujnie się rozwinąć. Tak powstały pierwsze Mobile,
czyli Trzecia Hodowla. Mobile żywiły się okazami Pierwszej Hodowli, a pozbawiając
je życia produkowały Lusz. A więc teraz ilość Luszu była znaczna, ale jego jakość,
jego struktura wibracyjna wciąż pozostawiała wiele do życzenia.
Przez czysty przypadek "Ktoś" odkrył Główny Katalizator produkcji Luszu.
Długość życia monstrualnych i wolno poruszających się Mobili była nieproporcjonalna
do ilości pobieranego przez nie pożywienia. Mobile żyły tak długo, że wkrótce
zdziesiątkowałyby jednostki Drugiej Hodowli. Wówczas w całym Ogrodzie zostałaby
zachwiana równowaga ekologiczna i ustałaby produkcja Luszu. Zarówno Drugiej,
jak i Trzeciej Hodowli groziła Zagłada.
Zaczęło brakować okazów z Drugiej Hodowli i wobec tego nie było zaspokajane
zapotrzebowanie energetyczne Mobili. Często zdarzało się, że dwa Mobile chciały
zjeść tę samą jednostkę Drugiej Uprawy. To rodziło konflikt i powodowało fizyczną
walkę między dwoma niezgrabnymi Mobilami. Czasem walczyło ich ze sobą nawet
kilka.
Początkowo "Ktoś" był zdziwiony tymi zmaganiami, lecz później obserwował
je z wielkim zainteresowaniem. Podczas walki Mobile wydzielały Lusz! I to wcale
nie w małych, a przeciwnie - w sporych ilościach i w dodatku znacznie mniej
zanieczyszczony, tak że przedstawiał on wartość użytkową.
"Ktoś" szybko sprawdził w praktyce dopiero co zrobione odkrycie. Wyjął
następne okazy Pierwszej Hodowli z części Ogrodu o płynnym środowisku, przystosował
je do życia w środowisku gazowym, ale wprowadził pewną zasadniczą zmianę. Nowe
Mobile były mniejsze od poprzednich i miały żywić się innymi Mobilami. Rozwiązałoby
to problem nadmiernej populacji Mobili, a podczas każdego między nimi starcia
powstałoby więcej dobrego Luszu, nie mówiąc już o tym, który zostawał uwalniany
w momencie, gdy nowe Mobile zabijały egzemplarze innych gatunków. Wówczas "Ktoś"
mógłby przekazywać do "Gdzieś" znaczne ilości dość czystego Luszu.
W ten oto sposób powstała reguła Głównego Katalizatora. Konflikt między osobnikami
cyklu węglowo- -tlenowego powoduje stale wytwarzanie Luszu. To było takie proste!
Zadowolony z wynalezienia formuły, "Ktoś" zaczął przygotowywać Czwartą
Hodowlę. Wiedział już, że zbyt duże i za długo żyjące Mobile z Trzeciej Hodowli
nie mogły być użyteczne na większą skalę. A gdyby jeszcze wzrosła ich ilość,
należałoby powiększyć cały Ogród, który z racji za małej przestrzeni nie mógł
pomieścić jednocześnie wielkich osobników Trzeciej Hodowli i służących im za
pokarm roślin z Drugiej Hodowli. Ponadto doszedł do słusznego wniosku, że jeśli
Mobile będą poruszały się szybciej, łatwiej popadną w konflikty i tym samym
zwiększy się ilość wydzielanego przez nie Luszu.
Jednym aktem woli uśmiercił pozostałe dotąd przy życiu niezgrabne Mobile z
Trzeciej Hodowli. Jeśli zaś chodzi o osobniki Uprawy Pierwszej, nadal żyjące
w wodnym środowisku, to zmienił ich wygląd, nadając im bogactwo kształtów i
rozmiarów. Były teraz wielokomórkowcami i odznaczały się dużą ruchliwością.
Zaopatrzył je również w system równowagi. Powstały więc osobniki (przeważnie
nie poruszające się), które pochłaniały okazy węglowego cyklu Drugiej Hodowli,
służące im za źródło energii. Powstały też i inne, bardzo ruchliwe Mobile, dla
których źródło energii stanowiły poruszające się modyfikacje Pierwszej Hodowli.
Zamknięty obieg działał całkiem zadowalająco. Nieruchome osobniki Drugiej Hodowli
rozwijały się znakomicie w płynnym środowisku. Żywiły się nimi małe, bardzo
ruchliwe Mobile żyjące w wodzie. Z kolei większe oraz/lub inne będące w ciągłym
ruchu Mobile, chcąc zdobyć energię konsumowały mniejszych "zjadaczy roślin".
Kiedy jakiś Mobil zanadto urósł i zrobił się zbyt powolny, stawał się łatwym
łupem dla mniejszych Mobili, które zachłannie się na niego rzucały. Chemiczne
pozostałości procesu trawienia osiadały na dnie płynnego środowiska i dostarczały
pokarmu "Nieruchomym" (modyfikacjom Drugiej Hodowli), zamykając w ten sposób
obieg. Łańcuch pokarmowy przynosił w efekcie stały dopływ Luszu, który powstawał
dzięki umierającym "Nieruchomym", w wyniku emocji, jakie wzbudzała w walczących
ze sobą Mobilach sama walka oraz dzięki Mobilom ginącym podczas tychże walk.
Przeniósłszy się do innej części Ogrodu - środowiska gazowego otaczającego
stałe podłoże zbudowane z gęstej materii - "Ktoś" zastosował tę samą technikę,
jeszcze bardziej ją ulepszając. Stworzył więcej odmian "Nieruchowych" (okazy
pierwotnej Drugiej Hodowli), aby nowym Mobilom dostarczyć dostatecznej ilości
urozmaiconego pożywienia. Tak jak w pierwszej części Ogrodu, tak i tu została
zachowana równowaga między dwoma gatunkami Mobili - tymi, które odżywiały się
"Nieruchomymi" z Drugiej Hodowli i tymi, które potrzebowały innych Mobili,
aby utrzymać się przy życiu dzięki czerpanej z nich energii. Powstały więc tysiące
rodzajów Mobili różnej wielkości - osobniki małe i duże, choć nie tak wielkie,
jak Mobile z Trzeciej Hodowli. Wszystkie zostały wyposażone w pomysłowe akcesoria
ułatwiające walkę. Szybkość poruszania się pozwalała na wymknięcie się wrogowi,
barwy ochronne miały na celu zmylenie przeciwnika, ruchliwe narządy służące
do wykrywania niebezpieczeństwa, a niezwykle twarde wyrostki do chwytania, przebijania
i rozszarpywania wroga. Wszystko to ułatwiało walkę i przedłużało czas jej trwania,
a w konsekwencji zwiększało wydzielanie Luszu.
W ramach dodatkowego eksperymentu "Ktoś" zaprojektował i stworzył taką
odmianę Mobila, która w porównaniu z Mobilami Czwartej Hodowli była słaba i
niedołężna. Jednakże Mobile eksperymentalne miały dwie zasadnicze zalety. Mogły
spożywać zarówno "Nieruchomych", jak inne Mobile i czerpać z nich energię.
Poza tym "Ktoś" przekazał im cząstkę siebie - ponieważ nie było ani znane,
ani dostępne inne źródło takiej Substancji - by służyła jako główny czynnik
wzmagający ruchliwość. Wiedział, że zgodnie z Prawem Przyciągania, taka domieszka
Substancji, część Jego, dążąca do połączenia się z nieskończoną Całością, spowoduje
u tego szczególnego gatunku Mobila nieustającą ruchliwość. Tym samym dążenie
do zaspokojenia potrzeb energetycznych poprzez pożywienie nie będzie jedyną
siłą pobudzającą Mobile do ustawicznej aktywności. A co ważniejsze, potrzeb
wynikających z wewnętrznego przymusu, jaki stwarza wszczepiona drobinka "Kogoś",
nie można będzie zaspokoić w Ogrodzie. Tak więc zawsze będzie istniała potrzeba
ruchu i konflikt pomiędzy tą potrzebą a koniecznością pobierania energii, i
o ile przetrwa, być może przyczyni się do stałej dostawy wysokogatunkowego Luszu.
Czwarta Hodowla przekroczyła wszelkie oczekiwania "Kogoś". Okazało się,
że Ogród zaczął dostarczać dobry Lusz. "Równowaga życia" działała doskonale.
Czynnik konfliktowy wpływał na wytwarzanie ogromnej ilości Luszu, a dodatkową
dostawę tego surowce zapewniała śmierć wszystkich rodzajów Mobili oraz Nieruchomych.
"Ktoś" wyznaczył specjalnych Nadzorców kierujących produkcją i pomagających
przy zbiorach. Utworzył kanały, którymi transportowano nie oczyszczony Lusz
z Ogrodu do miejsca zwanego "Gdzieś". Odtąd dzięki Ogrodowi "Kogoś"
naturalne zasoby przestały być dla "Gdzieś" jedynym źródłem Luszu.
Po sukcesie, jaki Ogród "Kogoś" odniósł w produkcji Luszu, również Inni
zaczęli projektować i budować swoje Ogrody. Było to zgodne z Prawem Podaży i
Popytu (Próżnia jest stanem nie zapewniającym równowagi), ponieważ Ogród "Kogoś"
tylko częściowo pokrywał zapotrzebowanie "Gdzieś" na Lusz. Nadzorcy innych
Ogrodów odwiedzali Ogród "Kogoś", aby zbierać resztki Luszu, które przeoczyli
lub pozostawili Jego Zarządcy.
Po zakończeniu pracy "Ktoś" powrócił do "Gdzieś" i zajął się innymi
sprawami. Produkcja Luszu nadzorowana przez Zarządców utrzymywała się na stałym
poziomie. Ale wszelkich zmian mógł dokonywać tylko sam "Ktoś". Zgodnie
z jego zaleceniami Nadzorcy co jakiś czas niszczyli część Czwartej Hodowli.
Robili to, aby młodym, rodzącym się jednostkom zapewnić dostateczną ilość pierwiastków
chemicznych, światła i innych środków odżywczych, a także po to, by zebrać dodatkowy
Lusz powstały na skutek takiego żniwa.
W tym celu wywoływali zaburzenia, zarówno w gazowej powłoce, jak i stałym podłożu.
Na skutek tych wstrząsów wiele okazów Czwartej Hodowli traciło życie, miażdżone
przez przetaczające się masy gruntu lub zalewane przez wzburzone fale płynnego
środowiska. (Ze względu na specyfikę swej budowy, osobniki Czwartej Hodowli
nie mogły zachować życie po zanurzeniu w wodzie, gdyż przestawała w nich zachodzić
przemiana węglowo-tlenowa.)
Życie Ogrodu toczyłoby się przez całą wieczność według tego schematu, gdyby
nie ciekawość i spostrzegawczość "Kogoś". Od czasu do czasu badał on próbki
Luszu dostarczanego przez jego Ogród. Nie miał ku temu właściwie żadnego innego
powodu poza tym, że zachował jeszcze resztki zainteresowania swoim planem.
Dokonując analizy jednej z próbek, "Ktoś" niedbale sprawdzał emanację
Luszu i już miał włożyć próbkę z powrotem do zbiornika, gdy nagle uświadomił
sobie Różnicę. Była wprawdzie bardzo niewielka, ale jednak była.
Natychmiast się tym zainteresował. Jeszcze raz sprawdził próbkę. Pośród emanacji
zwykłego Luszu wyczuwało się słabe promieniowanie Luszu oczyszczonego, wy-destylowanego.
To było wprost niemożliwe. Przecież czysty Lusz można było otrzymać dopiero
po wielokrotnej obróbce jego naturalnych zasobów. Lusz pochodzący z Ogrodu "Kogoś"
wymagał przed użyciem takiego samego potraktowania.
Ale fakt pozostawał faktem - próbka rafinowanego Luszu wykazywała tak czyste
promieniowanie, że nie należało jej mieszać z substancją w stanie surowym, nie
przetworzoną. "Ktoś" powtórzył badanie. Rezultat był identyczny. A więc
w jego Ogrodzie działo się coś, czego nie zauważył.
"Ktoś" szybko opuścił "Gdzieś" i powrócił do Ogrodu. Na pierwszy
rzut oka wszystko wyglądało tak samo jak przedtem. Trwałe podłoże i gazowa powłoka
Ogrodu tworzyły bezkresny zielony dywan refleksów odbijających się od rosnących
okazów Drugiej Hodowli. Modyfikacje Pierwszej Hodowli rozwijały się w płynnym
środowisku zgodnie z Prawem Akcji i Reakcji (wchodzącego w zakres Prawa Przyczyny
i Skutku.) "Ktoś" nie zauważył źródła destylowanego Luszu ani na terenie
Pierwszej, ani Drugiej Hodowli.
Pierwsze wibracje rafinowanego Luszu (już przetworzonego przez roślinność Drugiej
Hodowli) dotarły do "Kogoś" od jednego z okazów Hodowli Czwartej. Błysk
promieniowania powstał podczas niezwykłego zachowania się tego osobnika - walczył
on na śmierć i życie z innymi osobnikami Czwartej Hodowli. "Ktoś" dobrze
wiedział, że taka akcja nie mogłaby spowodować uwolnienia destylowanego Luszu,
zaczął więc szukać przyczyny owego zjawiska.
I w tym właśnie momencie odkrył Różnicę. Jednostka Czwartej Hodowli nie walczyła
o resztki pokarmu, jakie pozostały ze słabszej jednostki tej samej Hodowli,
ani o smakowity liść z drzewa Hodowli Drugiej. Nie walczyła też w obronie własnego
życia z atakującą ją jednostką Czwartej Hodowli.
Walczyła natomiast, by ocalić życie trzech swoich nowo narodzonych "dzieci",
które oczekiwały na rezultat walki skulone pod dużym okazem Drugiej Hodowli.
Nie ulegało wątpliwości, że to było właśnie przyczyną powstawania błysków destylowanego
Luszu.
Podążając tym tropem, "Ktoś" posprawdzał, co robią w Ogrodzie pozostałe
osobniki Czwartej Hodowli i stwierdził powstawanie podobnych błysków w momencie,
gdy inne stworzenia walczyły w obronie swoich "młodych". Wciąż jednak coś
tu się nie zgadzało. Gdyby wszystkie żyjące w tym momencie egzemplarze Czwartej
Hodowli podjęły taką akcję, to suma powstałych w jej efekcie rozbłysków destylowanego
Luszu nie dałaby nawet połowy tego, co znajdowało się w próbce wyjętej ze Zbiornika.
A więc musiała istnieć jeszcze inna przyczyna powstawania rafinowanego Luszu.
"Ktoś" krążył nad Ogrodem, systematycznie przeszukując każdy jego zakątek.
W końcu zlokalizował źródło promieniowania wysokogatunkowego Luszu. Szybko udał
się w tym kierunku.
I rzeczywiście - w pewnej części Ogrodu, pod dużym liściastym okazem Drugiej
Uprawy stała samotnie jedna z eksperymentalnych Modyfikacji Czwartej Hodowli,
tych, które miały w sobie Jego Cząstkę. Nie była "głodna". Nie popadła
w konflikt z inną jednostką Czwartej Uprawy. Nie walczyła w obronie swoich "młodych".
No to dlaczego wydzielała tak dużo destylowanego Luszu?
"Ktoś" przysunął się jeszcze bliżej. Skoncentrował się intensywnie na
tym stworzeniu - i już wiedział, w czym rzecz. Było samotne! To właśnie stanowiło
powód wydzielania przez nie czystego Luszu.
Gdy "Ktoś" odsunął się, znów zauważył coś niezwykłego. Zmodyfikowana Jednostka
Czwartej Hodowli nagle uświadomiła sobie jego obecność. Upadła na podłoże i
zaczęła wić się w dziwnych konwulsjach, wydzielając przezroczysty płyn z dwóch
otworów służących do odbioru promieniowania. W tym momencie wytwarzała jeszcze
więcej destylowanego Luszu.
To właśnie wtedy "Ktoś" stworzył swoją słynną Formułę DLP (Destilied Loosh
Production - produkcja destylowanego Luszu - przyp. tłum.), którą stosuje się
w Ogrodzie po dziś dzień.
Rezultat tej historii jest dobrze znany. "Ktoś" włączył do swej Formuły
taką zasadę: "...wytwarzanie przez jednostki typu 4M czystego, destylowanego
Luszu jest wywołane przez niezaspokojenie, ale tylko wówczas, gdy niezaspokojenie
to wypływa z potrzeb o wyższym poziomie wibracyjnym niż potrzeby zmysłowe. Im
większe takie niezaspokojenie, tym większa produkcja destylowanego Luszu..."
Wykorzystując Formułę w praktyce, "Ktoś" wprowadził w swoim Ogrodzie drobne
zmiany. Są one dobrze znane każdemu historykowi. Wszystkie osobniki podzielił
na połowy (aby zrodziło się w nich poczucie samotności, kiedy będą usiłowały
ponownie się połączyć, chcąc uzyskać jedność) i zwiększył przewagę okazów typu
4M. To są dwie najistotniejsze innowacje.
W chwili obecnej Ogród jest fascynującym przykładem wydajnej produkcji Luszu.
Nadzorcy już dawno stali się Mistrzami w Sztuce stosowania Formuły DLP. Jednostki
typu 4M zdominowały inne gatunki i rozprzestrzeniły się w całym Ogrodzie, z
wyjątkiem głębszych części wodnego środowiska. Są one głównymi producentami
destylowanego Luszu.
W oparciu o doświadczenie. Nadzorcy wypracowali całą technologię zbierania
Luszu z osobników typu 4M, wykorzystując w tym celu pomocnicze narzędzia. Najbardziej
powszechne z nich nazwano miłością, przyjaźnią, rodziną, chciwością, nienawiścią,
bólem, winą, chorobą, zarozumiałością, ambicją, poczuciem własności, posiadaniem,
poświęceniem, a na większą skalę - narodowością, prowincjonalizmem, wojnami,
głodem, religią, automatyzacją, wolnością, przemysłem, handlem, i tak dalej.
Nigdy dotąd nie było tak wysokiej produkcji Luszu...
KLIK!
Zamknąłem się i zwróciłem do wewnątrz. Byłem oszołomiony. W pierwszym odruchu
pomyślałem, że to jakaś pomyłka, że to nie jest opowiadanie o dziejach Ziemi.
BB musiał pomylić to z jakimś innym miejscem, które zamierzali odwiedzić. Jednak,
gdy ponownie rozwinąłem rotę, stwierdziłem, że jej zawartość w niepokojący sposób
pokrywa się z tym, co wiedziałem o historii Ziemi ujętej w kontekście ludzi
i zwierząt. Chociaż to, o czym mówiła rota, było oglądane jak gdyby z innej
perspektywy. Łańcuch pokarmowy ziemskiej ekologii został dobrze zaprojektowany.
Znając prawa Matki Natury, niektórzy nie zadowalający się łatwymi rozwiązaniami
filozofowie, zastanawiali się nad tym, gdzie w tym procesie jest miejsce dla
ludzkiego zwierzęcia. teraz stało się oczywiste, kto zjada nas! Przedtem były
to tylko spekulacje, a obecnie...
BB, który się otworzył, był sfałdowany. (Uchwyciłeś percept, RAM?)
Zmatowiałem. (Tak, uchwyciłem.)
(W takim razie), ciągnął (co Lusz ma wspólnego z uczeniem się?)
Otworzyłem się nieznacznie. (Miałeś już tę rotę zanim przybyłeś na Ziemię?)
Wygładził się. (Taka, jaką ci dałem, była w broszurce wycieczki TSI. Razem
z setkami innych rot, które dostaliśmy przed wyruszeniem.)
Otworzyłem się bardziej, ale wciąż byłem spięty. (Skąd pochodzą te broszury?)
(No, od... tak, od Kierownika Wycieczki.)
(A skąd on je wziął?)
BB zamigotał. (Nie mam o tym roty. Po prostu rzucił je nam i rozwinął: "Tu
są ciekawe i ekscytujące miejsca, w których się zatrzymamy." Dostałem dobry
percept ponieważ był to ostatni postój, a więc i ostatnia rota, jaką nam dano.
Dlatego jest taka wyraźna. Niektóre są zamazane, bo znajdowały się w środku.
Ale nie rota dotycząca Ziemi czy też ludzi. Ta jest całkiem zrozumiała, wcale
nie pozbawiona sensu.)
Zesztywniałem. (A skąd pochodzi Kierownik Wycieczki?)
BB rozjaśnił się. (Och, on i cała reszta to skręty z sąsiadującego z nami systemu.)
(Dlaczego zorganizowali tę wycieczkę dla KT-95?)
Wygładził się. (To jest rodzaj no... handlu. Cały czas handlujemy z pobliskimi
systemami.)
(A co oni dostają od was?)
Rozjaśnił się. (Zabawy! Gry! Żaden z systemów oddalonych od nas o cztery skoki
w każdym kierunku nie ma tylu gier, co my.)
Zwróciłem się do wewnątrz i zamknąłem. Nie dawałem już sobie z tym rady. Zacząłem
oddalać się. Jeśli rota była prawdziwa... wielkie Jeżeli"? Ogarnął mnie
gniew, zrozumiałem, że jesteśmy ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego, że staliśmy
się przedmiotem wielkiego oszustwa. Byłem oburzony na to, że się nami manipuluje,
miałem chęć uderzyć w tych, którzy sterują mną... nami... całą ludzkością...
którzy biorą coś od nas bez naszej zgody czy pozwolenia. Gdzie podziała się
idea wolności? Czy każda nasza myśl została nam narzucona i czy podejmując jakiekolwiek
działanie byliśmy prowadzeni, nie, kierowani i kontrolowani tylko po to, by
udało nam się wyprodukować więcej Luszu? - mniejsza z tym, czym on jest - Luszu
służącego w miejscu zwanym "Gdzieś" za jedzenie lub paliwo? I co ja mogę
na to poradzić? Nawet teraz, gdy już o tym wiem? Zmatowiałem jeszcze bardziej
i oddalałem się, oddalałem...
(Hej, RAM!) BB gwałtownie znikał mi z oczu. (Dokąd idziesz?)
Powrót do ciała fizycznego nastąpił prawie natychmiast, tak jak w przypadku
gdybym nacisnął wyłącznik "panika", czego od dawna nie robiłem. Uczucie
silnego zmęczenia, i to zarówno fizycznego, jak mentalnego, sprawiło, że nie
sprawdziłem czasu powrotu. Czułem brak energii, nie chciało mi się nic robić.
Byłem niezdolny do zaśnięcia. Wstałem, poszedłem do kuchni, i przyrządziłem
sobie filiżankę kawy. Siedziałem i gapiłem się w nią.
Przez następne dwa tygodnie pozostawałem w stanie silnej depresji, nie miałem
energii i chęci do badań. Wydobyłem z siebie tylko to:
Jest już zachód słońca. Guemsey (rasa krowy - przyp. tłum.) zrobiła już wiele
kilometrów chodząc po całym pastwisku w poszukiwaniu jedzenia. Trawa była dziś
bardzo soczysta, ale nie zastanawiała się dlaczego. Tak jak kazał, spokojnie
przeszła przez tę bramę, a nie przez bramę znajdującą się po drugiej stronie
drogi. On wiedział, że tutaj znajdzie lepszą trawę i dlatego przyprowadził ją
w to miejsce, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Robiła tylko to, co jej kazał.
A teraz, o zachodzie słońca znów nadeszła pora, gdy musi do Niego pójść. Świadczy
o tym ból, który odczuwa w podbrzuszu. Tam u Niego, na wzgórzu, jest chłodno
i więcej jedzenia. A On usunie ból.
Guemsey idzie na wzgórze i czeka przy Jego domu. Wkrótce brama zostanie otwarta
i Guemsey wejdzie na swoje miejsce. A później zje trawę, którą On przed nią
położy... Podczas, gdy będzie jadła. On usunie ból - i nie będzie go czuła aż
do jutrzejszego ranka.
Potem człowiek odejdzie, niosąc białą wodą w okrągłym naczyniu. Guemsey nie
wie, skąd wziął białą wodę. Nie wie też do czego jest Mu ona potrzebna.
A nie wiedząc, nie zaprząta sobie tym głowy.
|