Dziennik Snów


oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

Entries on Sunday 1st March 2015

entry 01.03.2015 - 12:09
Śniło mi się że znajdywałem się na kadłubie wielkiego statku. Płynęliśmy przez morza i oceany a ja strzelałem z samopowtarzalnej strzelby do wszystkiego co zbliżyło się do powierzchni. Podczas gdy trafiałem słyszałem głos - moje myśli we śnie jakby komentatora które opowiadał jakie zwierze trafiłem i jego % śmiertelności na tym morzu, ogólny i gdzie najwięcej ich ginie. Moim celem były orki ale z wysokości na której się znajdywałem nie rozpoznawałem dokładnie zwierzęcia, musiałem czekać na głos komentujący żeby dowiedzieć się czy była to orka. Pod koniec rejsu trafiliśmy na wielkie stado orek, byłem zadowolony i czułem satysfakcje. Najwięcej ginęło ich u wybrzeży Stanów Zjednoczonych.
Tam zacząłem zabijać z zemsty i niezadowolenia. Zwłoki wrzucałem do wody, jakaś znajoma osoba mi w tym pomagała tłumacząc że nie mogę tak dłużej robić bo w końcu ktoś je znajdzie i będę miał kłopoty, miałem nadzieje że do czasu wyłowienia zwłoki będą już ciężkie do zidentyfikowania. W międzyczasie byłem członkiem jakiejś grupy której statkiem przypłynąłem.
Zostawiłem ukochaną mi osobę na końcu świata i chciałem do niej wracać. Jedyny środek transportu posiadał dowódca i była nim mała łódka, za każdą próbę ucieczki czy jej kradzieży zostawałem ukarany.
W końcu wskakując między szczeble drabiny na środku magazynu w którym przebywaliśmy odebrałem sobie życie, wszyscy bili brawa i mieli z tego dobry ubaw. Na głowę zarzucono mi stary, brązowy, szpiczasty kaptur - taka tradycja żegnająca samobójców. Po chwili chociaż wiedziałem że mogę przeżyć to odczuwałem ulgę że wszystkie problemy tego życia odeszły, jeszcze przez chwilę wisiałem.
Odrodziłem się jako swój syn. Chociaż od śmierci w postaci ojca minęło już sporo czasu to dowódca całej grupy robił ze skalpu jego twarzy maskę. Potrzebował kilograma końskich jelit żeby przepalić wnętrza żył znajdujących się w skalpie, miało je to w pewien sposób utrwalić i znieruchomieć. Sam też posiadałem syna, który w tej chwili siedział na czymś przypominającym jednoosobowy rowero-parowóz, siedziało się nim jak na rowerze z nogami zwisającymi ale zamiast kierownicy miał system zasilający węglem, można było do niego podpiąć więcej jednostek z siedzeniem.
Ucałowałem go w czoło żegnając się i wskoczyłem szybko na rowero-parowóz dowódcy stojący u boku magazynu. Skład węgla był pusty ale jak najszybciej odpychałem się nogami od ziemi jadąc po torach. Po chwili gonitwy dowódca sobie odpuścił.
W końcu wracałem do ukochanej mi osoby, którą poznałem gdy jeszcze byłem swoim ojcem.
Torowisko posiadało dużą ilość pasów a ja poruszałem się po najbardziej zewnętrznym. Przejeżdżałem przez różne miasteczka wciąż odpychając się od ziemi. Wszystko miało styl jak z westernów.

 
« Następny starszy · Dziennik Snów · Następny nowszy »