oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

 
Reply to this topicStart new topic
> Zaglądanie "wgłąb"...
Pavveł
post 14.08.2016 - 21:54
Post #1



*******
Grupa: Podróżnicy
Punkty prestiżu: 1966

Notatnik


Poniżej przepisałem Wam fragment książki Dmitra Glukowskiego, pt.: "Metro 2033". Jest wiele przypadków w życiu, kiedy włącza nam się takie coś, że nagle patrząc na coś, będąc gdzieś, w miejscu, sytuacji, które niby dobrze wiemy, jak wyglądają i działają, nagle widzimy znacznie więcej warstw tego czegoś, widzimy jakby "głębiej", więcej i trudno to wyjaśnić słowami i tradycyjną logiką, a mimo to pojawia nam się dużo nowych niesklasyfikowanych, niezaszufladowanych słowami informacji. Taki przypadek, moim zdaniem, całkiem fajnie został opisany we wspomnianej książce, chociaż nie musi on oczywiście wyglądać dokładnie jak ten tutaj, jednak rzuca on pewne światło na to, jak może to wyglądać. Wszystkich przypadków wiadomo, że się nie przedstawi, więc trzeba wybrać choćby jeden, dlaczegóż więc nie ten:

"[...] Zadowolony, że w końcu się od niego odczepili, Artem siedział i poprzez płomienie ogniska wpatrywał się w południowy tunel. Był to niby wciąż ten sam niekończący się szeroki korytarz, co na północ od WOGN-u, gdzie Artem całkiem niedawno tak samo siedział przy ognisku na placówce na czterysta pięćdziesiątym metrze. Z pozoru niczym się nie różnił. Lecz było w nim coś, czy to wyjątkowy zapach, który przywiewały tunelowe przeciągi, czy to osobny nastrój, aura, właściwa tylko temu tunelowi i nadająca mu indywidualność, czyniąca go niepodobnym do wszystkich innych. Artem przypomniał sobie, jak ojczym mówił, że nie ma w metrze dwóch jednakowych tuneli, a i w tym samym przeciwne kierunki różnią się od siebie. Taka ponadwrażliwość rozwijała się przez długie lata wypraw i to dalece nie u wszystkich. Ojczym nazywał to "słyszeniem tunelu" i "słuch" taki posiadał, szczycił się nim i nie raz zwierzał sięArtemowi, że będąc w takich czy innych opałach, ocalał tylko dzięki owemu zmysłowi. U wielu innych, mimo długich wędrówek po metrze, nic takiego się nie wykształcało. Niektórzy wpadali w niezrozumiały strach, ktoś słyszał głosy, dziwne dźwięki, stopniowo tracił rozum, lecz wszyscy zgadzali się w jednym: nawet jeśli w tunelach nie ma żywego ducha, to jednak nie są puste. Płynie nimi powoli i ociężale coś niewidzialnego i prawie niewyczuwalnego, wypełniając je swoim własnym życiem, niczym ciężka, zimna krew w żyłach skamieniałego lewiatana.
I teraz, nie słysząc już rozmowy wartowników, bezskutecznie usiłując dojrzeć cokolwiek w ciemnościach, gęstniejących gwałtownie dziesięć kroków od ognia, Artem zaczynał rozumieć, co miał na myśli ojczym, opowiadając mu o "czuciu tunelu". W świadomym życiu nie miał jeszcze okazji zapuścić się dalej. Choć Artem wiedział, że za tą niewyraźną granicą wyznaczoną przez płomień ogniska, gdzie czerwony blask mieszał się z drżącymi cieniami, są jeszcze ludzie, to w tym ułaku sekundy wydawało mu się to niewiarygodne. Wydawało się, że życie kończyło się te dziesięć kroków od niego, przed nim nic już nie było, tylko czarna pustka odpowiadająca na krzyk zwodniczym, głuchym echem,.
Ale gdyby posiedzieć tak dłużej, gdyby zatkać uszy, gdyby spojrzeć w głąb tunelu, nie tak, jakby chciało się tam dostrzec coś konkretnego, a inaczej, próbując jakby rozpuścić swój wzrok w ciemności, zlać się z tynelem, stać się częścią tego lewiatana, komórką jego ciała, to poprzez dłonie broniące dostępu dźwiękom z zewnętrznego świata, mijając narządy słuchu, prosto do mózgu zacznie się sączyć delikatna melodia - nieziemski głos z wnętrza, smutny, niepojęty... Zupełnie inny od tego przerażającego, brzęczącego szumu, wydobywającego się z rozerwanej rury w tunelu między Aleksiejewską i Ryżską, nie, to coś innego, coś czystego, głębokiego...
Miał wrażenie, że przez chwilę udało mu się zanurzyć w cichej rzece tej melodii, i nagle, nie rozumem a prędzej intuicją, rozbudzoną pewnie tymże hałasem z rozerwanej rury, Artem pojął istotę tego zjawiska bez zrozumienia jego przyczyny. Potoki wypływające na zewnątrz z tej rury, jak mu się zdało, były tym samym, co eter nieśpiesznie płynący tunelami, ale te w rurze były zaropiałe, czymś zakażone, niespokojne i wrzące, a w tych miejscach, gdzie nabrzmiałe od napięcia rury pękały, owa ropa wylewała się na świat, przynosząc rzopacz, mdłości i szaleństwo wszystkim żywym stworzeniom...
Artemowi wydało się nagle, że jest bliski zrozumienia czegoś bardzo ważnego, tak jakby ostatnie pół godziny jego błądzenia w nieprzeniknionych ciemnościach tuneli i mrokach własnej świadomości pomogły podnieść zasłonę kryjącą wielką tajemnicę, oddzielającą wszystkie rozumne stworzenia od poznania prawdziwej natury tego nowego świata, wydartego przez dawne pkolenia wnętrzu Ziemi.
Równocześnie poczuł jednak strach, zupełnie jakby zajrzał za przymknięte drzwi, by dowiedzieć się, co jest za nimi, i zobaczył jedynie bijące stamtąd nieznośne, palące oczy światło. I jeśli otworzyć zakazane drzwi, to owo światło wyleje się niepowstrzymanie i spali na miejscu śmiałka, który ośmieli się to zrobić. Jednak owo światło, to była właśnie Wiedza.
Wir wszystkich tych myśli, uczuć i przeżyć porwał Artema zupełnie niespodziewanie, był zupełnie nieprzygotowany na coś takiego i dlatego odrzucił to z przestrachem. Nie, wszystko to było tylko fantazją. Niczego nie słyszał i nieczego nie wyczuwał, to znów tylko gra wyobraźni. Z mieszanymi uczuciami ulgi i rozczarowania zajrzał w siebie i zauważył jak otwierająca się przed nimi na mgnienie oka porażająca, nieopisana perspektywa szybko niknie, przygasa i mentalny wzrok znów widzi tylko niewyraźny miraż.
Przestraszył się tej wiedzy, odsunął się i teraz podniesiona już nieco zasłona ciężko opadła z powrotem, być może na zawsze. Huragan w jego głowie ucichł równie nagle, jak się zaczął, męcząc tylko i pustosząc umysł.
Artem, wstrząśnięty, siedział i nadal próbował pojąć, gdzie kończyły się jego fantazje, a zaczynała rzeczywistość, jeśli oczywiście takie odczucia w ogóle mogły być rzeczywiste. Powolutku duszę wypełniła mu gorzka obawa, ze był o krok od oświecenia, najprawdziwszego oświecenia, lecz się nie zdecydował, nie odważył zdać na łaskę prądu eteru w tunelach i teraz całe życie przyjdzie mu kroczyć w ciemnościach, bo wtedy przestraszył się światła autentycznej Wiedzy. "Ale co to jest Wiedza?" - pytał się znowu i znowu, próbując określić to, od czego tak pośpiesznie i tchórzliwie odstąpił. Pogrążony w myślach, nie zauważył nawet, że przynajmniej kilka razy wypowiedział już te słowa na głos.
- Wiedza, chłopcze, to światło, a niewiedza - ciemność! - ochoczo objaśnił mu jeden z wartowników. - Dobrze mówię? - mrugnął wesoło do swoich towarzyszy.
Artem wbił w niego zmieszany wzrok i siedziałby tak dłużej, gdyby nie powrót Burbona, który kazał mu wstać i pożegnał się z resztą, mówiąc, że chętnie by jeszcze, prawda, zostali, ale bardzo im się śpieszy. [...]"
Go to the top of the page
 
+Quote Post

Reply to this topicStart new topic

 

Wersja Lo-Fi OOBE Porady Roberta Monroe Porady Brucea Moena Porady Darka Sugiera Kontakt Park