|
|
Ostatnie próby nie przynoszą żadnych zadowalających rezultatów. Sny o tym jak udaje mi się polatać niefizycznym ciałem są już po zastosowaniu 4+1 standardem. Niestety nie udaje się wytrzymać do nadejścia efektów i pokusa obrócenia się na bok staje się zbyt wielka prędzej czy później. Po obróceniu się na bok wszystko stracone. Chyba trzeba zwyczajnie trenować cierpliwość, aby być w stanie leżeć i czekać aż przyjdzie czas. Ostatnio śniło mi się, że byłem rycerzem Jedi i miałem wyruszyć na odległą planetę na której urzędował imperator ze swoim nowo pozyskanym uczniem. Już kilkoro rycerzy poległo w tej walce, a ja miałem być następny który spróbuje pokonać zło. Okazało się że imperator to stary dziad dotknięty prawdopodobnie Alzheimerem, który plecie na swoim tronie zupełnie od rzeczy i nikt nie zwraca uwagi na jego farmazony. Natomiast owym uczniem okazała się być najbliższa mi osoba płci odmiennej z fizycznego świata, z którą aktualnie szczęśliwie żyję. Pełni konsternacji mieliśmy walczyć na śmierć i życie ale stwierdziliśmy że może pozwiedzamy pogadamy, że mamy czas. I tak sobie zwiedzaliśmy i nikomu się nie paliło do walki.....w końcu się obudziłem.
Po 3 godzinach snu oraz 30 minutach wybudzania leżałem w pozycji horyzontalnej bardzo długo bez żadnych efektów. Potem obróciłem się na bok, potem z boku na brzuch, potem na bok, zboku na bok i tak w koło macieju, odczuwając coraz większą frustrację z powodu porażki dzisiejszej nocy, kiedy nagle przypomniałem sobie, że jakiś czas temu tak sobie leżąc usłyszałem jakiś odgłos, wziąłem słuchawkę od telefonu stacjonarnego (leżała koło mojej głowy) zobaczyłem że trwa jakaś rozmowa. Rozłączyłem się odłożyłem telefon i leżałem dalej. Przypomniałem sobie też, że również chwilę wcześniej wziąłem do ręki telefon komórkowy, napisałem sms-a i sprawdziłem godzinę. Była 25:47. Pomyślałem sobie czemu ten zegarek tak dziwnie chodzi, i poszedłem próbować spać dalej Teraz o tym myślę...wystarczyło wstać! Nie opuszcza mnie też myśl, że to coś było zamierzone, godzina 25! znaczyło "tumanie jesteś już poza, nie widzisz tego? jest godzina 25 w nocy!" No ale niestety byłem tej nocy tumanem
Dzisiaj w nocy zrobiłem krok do przodu , otóż pierwszy raz byłem gdzieś poza swoim ciałem całkiem świadomy i prawie całkiem kontrolujący swoje poczynania. Otóż po standardowym 4+1 ułożyłem się wygodnie na plecach i czekałem aż coś się zacznie dziać. Nic się nie działo, więc obróciłem się na bok, aby dać usnąć ciału. Po kilku chwilach i jednym obrocie z boku na bok na chwilę wskoczyłem w....no właściwie nie wiem gdzie. Wydawało mi się że jestem gdzieś pod sufitem , ze mam do niego bardzo blisko, ale nie mogłem do niego dosięgnąć, mogłem tylko skakać w bardzo dziwny sposób (trochę jak skakanie w grach komputerowych) Za każdym razem kiedy byłem w górze słyszałem muzykę graną na pianinie. Już na samym początku okazało się że mogę ruszać ręką kiedy chcę, ale moje zdolności percepcji były bardzo zawężone. Byłem pod sufitem stojąc na czymś co było bardzo miękkie i zakryte prześcieradłem, jakby łóżko tylko z możliwością zapadnięcia się w nie prawie po pas. Chwilę sobie po nim pohasałem, i kiedy chciałem pogłębić fazę, aby postrzegać dokładniej, zacząłem spadać. Upadek był bardzo szybki, zdążyłem tylko podczas jego trwania zanotować widok jakby ciemnego tunelu z białymi refleksami światła (coś jak wchodzenie w hyperspace w Gwiezdnych Wojnach), za chwilę ocknąłem się w łóżku. Bardzo ciekawe doświadczenie, w pełni świadome, oraz prawie na pewno miałem kontrolę nad tym co chcę robić. Niestety widoczność była dość mizerna (a o poszerzonym zakresie widzenia nie może być mowy) natomiast bodźce słuchowe ograniczyły się do muzyki, dobźców dotykowych brak. Podróż, a raczej wyskok trwał mniej niż minutę, ciekaw jestem gdzie jest przyczyna tak krótkiego czasu każdego wydarzenia, oraz dlaczego zmysły nigdy nie działają pełną parą. Nie mniej jednak ciekawe doświadczenie, chociaż kraina czarów ciągle nie może się otworzyć. Tak się zastanawiam, kiedyś bałem się eksterioryzacji z racji spotkania czegoś/kogoś, lub usłyszenia głosów, jednak muzyki nie boję się nigdy, może zwyczajnie nie jestem gotowy, i astral nie chcąc mnie przestraszyć decyduje się jedynie śpiewać i grać dopóki nie nadejdzie właściwa pora?
Działo się to pewnej nocy po czterech godzinach smacznego i twardego snu, oraz rozbudzeniu swojego umysłu do stanu używalności. Leżałem na plecach z rękami skrzyżowanymi na piersi i zamkniętymi oczami, starając się zachować świadomość. Po chwili spowodowane tylko czekaniem pojawiły się pierwsze błyski przed oczami, piękne jak zawsze plamy wszystkich kolorów tęczy latające przed moimi oczami i wirujące w sobie tylko znanym kierunku. Moje myśli powoli zaczęły się uspokajać, a kiedy już było ich bardzo niewiele, zaczęły się pojawiać takie, których nie wywoływałem. Myśli, które wychodziły z głowy samoczynnie natychmiast obrazowały się z kolorowych plam, tworząc mniej lub bardziej wyraźne obrazy. Strzępki snów, które bardzo chciały zostać natychmiast wyśnione był coraz wyraźniejsze, aż w końcu zapadałem w jeden po drugim, odzyskując co jakiś czas świadomość. Po jednym z takich obudzeń poczułem dziwną czystość. Senność znikła, tak jakbym obudził się na dobre, i w tej sekundzie usłyszałem śpiew. Męski głos śpiewał dość prymitywną melodię, której raczej wcześniej nie znałem. Jego głos był lekko zniekształcony jakby poddany obróbce komputerowej, a słowa były niezrozumiałe, jakby śpiewane w obcym języku. Głos zaśpiewał dokładnie jedną zwrotkę, i wtedy na ułamek sekundy zobaczyłem na ciemnofioletowym tle czarny zarys głowy i popiersia z jednym nadnaturalnie dużym okiem. Nie pamiętam żadnych szczegółów, bo fantom zbyt szybko ustąpił na następny ułamek sekundy zwyczajnej czerni, która w momencie rozsypała się ma tysiące małych kawałeczków niczym szklany ekran odsłaniając oślepiającą biel. W tym momencie usłyszałem tak głośny że prawie bolesny trzask w uszach, jakby rytmiczne pocieranie o siebie dwóch kawałków papieru ściernego. Nie wiem czy trzask ustał zaraz potem, czy trwał do samego końca zdarzenia, ale natychmiast usłyszałem znajomy głos śpiewający tę samą melodię, tyle że tym razem w rytm jakiejś muzyki z bardzo rozbudowaną partią rytmiczną. W rytm tej muzyki z mojej głowy, poczułem jak moje ciało zaczyna wirować, i poruszać się we wszystkie strony. Przed oczami widziałem ciemność, co jakiś czas rozświetlaną fioletowymi błyskami, czasem przypominającymi przedmioty wyposażenia pokoju (nie wiem czy mojego). Mój ruch sprawiał wrażenie chaotycznego, jednak cały czas poruszałem się do przodu wywijając szalone serpentyny w eterze. Trwało to dokładnie tyle ile trwała grana w mojej głowie zwrotka, czyli tyle samo ile wcześniej ktoś mi zaśpiewał bez akompaniamentu, kiedy muzyka ustała, poczułem że znowu jestem na łóżku z rękami skrzyżowanymi na piersi. Czułem też że na dzisiaj koniec, a może powinienem poczekać? Tak czy siak kraina czarów pozwoliła mi tamtej nocy posłuchać swojej muzyki, i mam nadzieję że jest to tylko preludium do jakiejś astralnej opery z moim mózgiem w roli głównej. |
|