|
|
Hej! Od razu, bez żadnych długaśnych wstępów przejdę do meritum sprawy. Otóż dziś również postanowiłem spróbować swoich sił, byłem pozytywnie nastawiony tak więc nie widziałem dlaczego miałoby się nie udać ;) Wywietrzyłem pokój i położyłem się na moim łożu. Była 1:30 w nocy, tak więc troszkę późno na tego typu sprawy ale tak czy siak postanowiłem spróbować. Hmm... tylko pojawił się dość spory problem, ten sam, który mnie męczył już nie cały rok temu. Otóż nie wiedziałem w jakiej pozycji się usadowić. Na sam początek spróbowałem tak jak wczoraj, ale niestety nie znalazłem, żadnej wygodnej pozycji... Ciągle przeszkadzały mi moje dolne żebra, cóż jestem dość chud... ekhem szczupły, tak więc wystające i uwierające mnie po dłuższym leżeniu w jednej pozycji kości potrafią doprowadzić do szaleństwa ;) Poleżałem na brzuchu jeszcze przez jakieś 5-10 min i nie wytrzymałem tego uwierania. Starałem się na różne sposoby zignorować ból, ale niestety nic nie przynosiło skutku. Co ciekawe już po jakiś 30 sekundach poczułem przyjemne i dość mocne ciepło ale tym razem w rekach. No nic, byłem zmuszony przerwać... Usiadłem na moim łóżku i zacząłem myśleć jak się teraz położyć. Nie odpuszczałem, ponieważ szło mi dziś nadzwyczaj gładko. Zastanawiałem się... na brzuchu odpada, na boku też z podobnego powodu. Tak więc zostało leżenie na plecach. W tej pozycji nic mnie nie uwiera, ale po jakiś 20-30 minutach nie ruszania się zaczynam mimowolnie wyczuwać pewną presje, którą potęguje panika. Po prostu mam nagłą chęć się ruszyć. Nie wiem z czego to się bierze ale tym razem nie było inaczej. Po spędzeniu tych umownych 25 min. w mojej głowie narodziła się myśl: "A może by tak już wstać, chociaż ręką lekko pomachać, czy coś?". No i zaczęła się walka. Na szczęście moje nogi do pasa oraz dłonie i ręce były już mocno rozluźnione , tak więc był jakiś progress. Zauważyłem też, że technika z płucami (tzn. głębokie oddechy i wyobrażam sobie, że z każdym oddechem wylatuje ze mnie trochę napięcia) działa całkiem dobrze. A w głębszym stanie (30-35 min) nawet czasami powoduje chwilowe "ciarki" bądź "mrowienie" całego ciała. No ale dobra, wracając do głównego tematu walki z samym sobą. Starałem się nie skupiać na tej chęci poruszenia się, tylko na oddechu. Czasem to pomagało, czasem nie. Sama chęć ruszenia się na początku pojawiała się co jakiś czas (może co minute) i trwała tak z 5-10 sek. Niestety im dłużej leżałem, tym stawała się ona coraz silniejsza i dłuższa. W pewnym momencie postanowiłem w patrzeć się w czerń przed moimi oczami. I stało się coś ciekawego... Trudno jest mi to opisać, ponieważ było to dość nie codzienne, ale spróbuję. Czerń stała się może nie przestrzenna, ale nabrała detali, byłem w stanie zaobserwować więcej "cząsteczek", być może w lekkiej głębi, nie pamiętam dokładnie. Co ciekawe zaczęły się pojawiać wzorki, niestety około 10 sek po tym, wróciłem do punku wyjścia. Próbowałem ten stan powtórzyć parokrotnie ale niestety wymagało to ode mnie coraz więcej energii/siły. Choć na szczęście wchodzenie w taki stan, choć na chwilę pomagało mi się uwolnić od chęci wstania z łóżka, która to później była już na prawdę nie do zniesienia i to do takiego stopnia, że w końcu dałem sobie spokój, bo już na prawdę nie mogłem wytrzymać! Sama myśli przerodziła się w coraz to silniejsze impulsy zerwania się z wyra... O dziwo udało mi się wytrzymać na plecach dłużej niż zwykle, bo gdzieś około 40 min! Normą było minimalnie nico ponad pół godziny. Jakiś postęp ;] Muszę jeszcze pomyśleć co zrobić z tymi pozycjami, jaka była by dla mnie najlepsza, oraz co zrobić by zwalczyć problemy mnie nękające (chęć poruszenia się, dyskomfort związany z klatką piersiową). Jak na razie, postaram się nabyć książki R. Monroe oraz poszperać w internecie w sprawie jakiś technik relaksacyjnych. Być może dziś lub jutro (to zależy od godziny) spróbuje z treningiem autogennym Schultza. Zobaczymy ;) P.S. Zapominałem wspomnieć, że podczas drugiej próby (na plecach) gdzieś tak po 15 min leżenia w bezruchu zaczęło mi się nagle kręcić w głowie, tzn. czułem jakbym się obracał, być może jest to coś co ludzie nazywają helikopterem. Nie wiem, w każdym bądź razie miałem to kilkakrotnie, tylko niestety nie byłem jeszcze na tyle rozluźniony aby to cokolwiek dało. P.P.S. I standardowo jeśli masz jakieś ciekawe informacje, bądź rady to chętnie się z nimi zapoznam. Komentarze mile widziane ;)
Hej! [Co się działo pod moją nie obecność oraz co skłoniło mnie do powrotu do prób] Dawno mnie nie było, prawie rok! Ale parę dni temu rozmawiając ze znajomym poruszyliśmy temat LD, a później OOBE i... jak nie trudno zgadnąć znowu zainteresowało mnie to zjawisko i nabrałem motywacji do kolejnych prób. Przejrzałem forum po raz kolejny w poszukiwaniu ciekawych informacji, choć robiłem to głównie żeby rozwiać pewne wątpliwości. Pewne głupie myśli, które narodziły się w mojej głowie przez komentarze fanatyków twierdzących, że OOBE jest bardzo niebezpieczne, że coś może ciebie opętać itd. Mimo, iż dla mnie takie twierdzenia są wyssane z palca, to zawsze pozostaje ten cień wątpliwości ("a może jednak coś w tym jest") i w tym momencie już zaczyna działać moja wyobraźnia. Głównie przez takie coś wziąłem sobie dłuższą przerwę. No... miałem jeszcze dość spore problemy natury emocjonalnej, spowodowanej najpewniej stresem oraz okresem dojrzewania (cóż 16 lat to dość ciekawy moment w życiu pod tym względem), przez to właśnie miałem coś na wzór depresji. Na wzór, ponieważ mój psycholog mówił, że to nie było aż tak mocne, żeby można to było nazwać depresją... W każdym razie ostatnimi czasy nie było mi łatwo, ale od początku lata jest coraz lepiej: skończyłem z szkołę z dobrą średnią, dobrze napisałem test gimnazjalny, dostałem się do (chyba) najlepszego technikum w moim mieście i zmniejszyłem lub zwalczyłem większość stresujących mnie rzeczy. Do tego pracuje teraz nad rozwojem osobistym, ale... dobra dość o tym co się działo pod moją nie obecność ;) [Pierwsza próba od dawna] To tak, położyłem się o bardzo późnej godzinie (gdzieś tak o 2:45) do łóżka. Wiedziałem, ze jestem bardzo zmęczony i, że raczej nic z tego nie wyjdzie, ale pomyślałem "hej!, może jednak się uda, nie koniecznie wyjście ale może doświadczę czegoś co mnie do tego przybliży. Oczywiście nie mam nic przeciwko wyjściu i nie obrażę się jakby się udało ;)". Ok, położyłem się na wyrku i zastanawiałem się jak było by mi najwygodniej. Leżenie na plecach odpada, ponieważ szybko drętwieje i mam problemy ze śliną, leżenie na boku też odpadało, bo po dłuższym zastygnięciu w jednej pozycji czuję mocny dyskomfort pod żebrami, nie jest to nic przyjemnego. Trudno jest mi to porównać do czegoś, po prostu czuć jakby ktoś coraz mocniej przykładał pewien przedmiot do tego delikatnego miejsca pod klatką piersiową. Dlatego stwierdziłem, iż położę się na brzuchu. W tej pozycji było mi najwygodniej, zacząłem się rozluźniać. Starałem się wizualizować podczas spokojnego, wolnego i głębokiego oddychania moje płuca, w których z każdym wydechem "ucieka" kawałek napięcia. Tak się rozluźniałem coraz mocniej, przez jakieś 2-4 minuty. Powoli czułem, że moje kończyny drętwieją, choć to co się działo później, kiedy spróbowałem wejść w stan koherencji (od nie dawna trenuje takie coś) lekko mnie zdziwiło. Moje stopy coraz to mocniej zaczynały się rozgrzewać. Już takie coś zdarzało mi się podczas relaksacji ale nie do tego stopnia co dziś. W pewnym momencie można było można porównać ciepło przez nie wytwarzane do farelki. Momentami to było wręcz trudne do zniesienia, zwłaszcza jak dochodziło do tego jeszcze mrowienie. Cóż trzymałem się dzielnie, ale... byłem niestety już tak śpiący i zmęczony, że w pewnym momencie mimowolnie na chwilę przysnąłem, a jak się ocknąłem okazało się, że obróciłem się na drugą stronę i... wróciłem do punktu wyjścia. Moje zmęczenie wygrało i postanowiłem sobie już dać spokój, co ciekawe podczas zasypiania mimowolnie moje stopy znowu zaczęły się rozgrzewać. Ciekawe... P.S. Postanawiam w końcu wziąć się za przeczytanie książek R. Monroe. Wiem, że to podstawa, ale... cóż poradzić, jestem leniwy i wcześniej po prostu nie chciało mi się wysilać ;P P.P.S. Jeśli dotrwałeś do końca tego wpisu to gratulacje. Troszkę się rozpisałem, ale było o czym. Swoją drogą jeśli masz jakieś ciekawe informacje, bądź rady to chętnie się z nimi zapoznam. Komentarze mile widziane ;)
Dopiero co wstałem, wiec mogę gadać od rzeczy ale no nic. Dokładnie snu nie pamiętam, ponieważ od dawna przestałem prowadzić dziennik snów (mam swoje powody) i przez to takie wydarzenia jak LD zdarzają mi się sporadycznie. Wiem na pewno, że to nie było 100% LD, ponieważ nie brałem się za latanie, zmienianie środowiska itd. choć może, po prostu tego nie chciałem, wiedząc już z doświadczenia, że takie coś prowadzi do szybkiej i przykrej pobudki. Hmmm... tak więc co robiłem. Świadom tego, że śnię chodziłem i zwiedzałem świat przedstawiony. Było to takie bardzo drogie i prywatne osiedle w (zgaduje) Majami. I tutaj jak przez mgłę. Pamiętam, że spotkałem przyjaciela i jakoś go przekonałem do tego, żebyśmy gdzieś razem poszli. Po jakimś czasie doszliśmy do (tak jakby) naszej prywatnej i tajnej bazy... nic nadzwyczajnego. Ot tak jakaś mała drewniana szopa z dwoma telewizorami, jakimiś starymi konsolami (jak np. atari), pełno kabli i oczywiście lodówka z mnóstwem jedzenia i picia. Staraliśmy się to wszystko podłączyć, bo coś nie stykało. W tym czasie doszedł do nasz mój trzeci kolega. Rozwalił się na kanapie i odłączył jakiś kabel (byłem wściekły, bo przecież tyle to podłączyliśmy). Na sam koniec zapatrzyłem się w TV i już dalej nic nie pamiętam. Chwila pustki i się obudziłem, z (o dziwo) niezwykle dobrym humorem. LD mimo, iż niewiele pamiętam trwało na pewno dobre 4-6 minut, co dla mnie jest wielkim wyczynem! ;)
Witam, witam wszystkich czytających ten notatnik. Minęło już 6 miesięcy od ostatniego wpisu i zarazem treningu, więc postanowiłem znowu wyjść, a tak właściwie spróbować ;). Położyłem się na boku ok godziny 1:00 w nocy. Hmm... zazwyczaj nie kładłem się w takiej pozycji przez uwieranie/irytujący ból w okolicach klatki piersiowej. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może moje ciało reaguje tak na ciągle leżenie w tej samej pozycji? Nie wiem... Tak czy siak, spróbowałem tym razem to wytrzymać. Więc leżałem, skupiony na swoim własnym oddechu. Co jakiś czas sprawdzałem jak tam z cf, czy drętwieje czy nie. Minuty mijały, a ja coraz bardziej cierpłem i co jakiś czas czerń przed moimi oczyma, stawała się bardziej widoczna, namacalna ale tylko na chwilę. W końcu doszło do takiego momentu, w którym zawszę się poddaję i nie wiem co z tym zrobić. Mianowicie - zaczyna mnie nękać taka myśl (wcześniej nazywałem ją pewnym dyskomfortem), z każdą chwilą coraz silniejsza, żebym to przestał teraz, wstał, poszedł spać. Bylebym tego nie robił. Niby nic, przeciwstawiłem się temu, minęło mi. Wszystko wróciło do normy. Wiedziałem, że wytrzymam dłużej niż zwykle przez mój długi odpoczynek ale zarówno byłem pewien, że to "coś" powróci. Leżałem czekając na to. Stało się!. Po ok 2-3 min, z trochę większą mocą. Zawszę się poddawałem w tym miejscu, podczas drugiej próby ale nie tym razem. Wytrzymałem to! Później ta moc znowu wracała i odchodziła. Raz silniejsza, raz słabsza. Około 7 próby, nie wytrzymałem. Wtedy to nie była tyko myśl ale i takie skurcze mięśni, każące w pewien sposób poruszyć się, wstać! Czułem wtedy jeszcze taką jakby ciasnotę. Jakby zamknięto mnie w takiej idealnej formie mojego ciała. Może czułem ciało astralne. Nie mam pewności. No ale cóż wstałem. Później kiedy próbowałem zasypiać, czułem to ciągle, tzn. taki dziwny INNY dyskomfort, który z każdą chwilą malał. Za każdym razem kiedy próbuję kończy się na tym. Gdyby ktoś wiedział, coś o tym byłbym wdzięczny za komentarz. Każda informacja się liczy! Nie wiem... może jeszcze jakiś post założę ale nic nie jest pewne. Dobra, nie przeciągając to by było na tyle. Mam nadzieję, że ktoś dobrnął do końca ;) Edit: Zapomniałem jeszcze o jednym. Czasem w nocy, bądź rano budzę się w mocnym paraliżu ciała. Niby spoko, mogę przystąpić do próby ale po jakiś 3-4 sek od przebudzenia pojawią się to "coś" które jest niezwykle silne. Nigdy nie mogę wytrzymać i zawszę wstaję po max 15 sek.
Zauważyłem, że mniej więcej co miesiąc mam parodniowe fazy na OOBE. Mój ostatni wpis był właśnie pisany w tym okresie. Po jakiś czterech dniach od rozpoczęcia treningu ogarnęło mnie zniechęcenie i na samą myśl o ćwiczeniach hmmm.... po prostu mi się już tak nie chciało. Trenowałem dalej z myślą, że chęć wróci ale nie wróciła. Postanowiłem odpuścić sobie, bo przecież nie chodzi o to by trenować zawzięcie jeżeli nie ma się na to ochoty. Jedyne co będę się starał kontynuować to sennik, bo lubię mieć czasem takie LD ze spontanu i je pamiętać. Do OOBE może wrócę za parę miesięcy albo lat... No to by było na tyle. |
|