|
|
A to ci heca. Ostatnio coraz częściej odzyskuję świadomość we śnie. Znaczy, na chwilę udaje mi się zorientować, że to sen. Szkoda, że potem o tym zapominam - ale i tak jestem zadowolona, że bariera zaczyna chwiać się w posadach :) Wiem, że to nikłe początki i nie ma się czym ekscytować, aczkolwiek chyba wolno mi cieszyć się z małych sukcesów. Mój ostatni LD był snem prawie erotycznym - całowałam się namiętnie z pewnym kolegą (osobnik straszliwie wręcz przystojny i niezwykle sympatyczny, lecz młodszy o trzy lata, więc w rzeczywistości nie ważyłabym się go tknąć). "Czy to na pewno on?" - spytałam samą siebie, a następnie odpowiedziałam: "Tak, oczywiście, że on. Nic się nie zmienił, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni w rzeczywistości fizycznej. No, może trochę podrósł... Zresztą, w poprzednim śnie wyglądał tak samo." Bo noc wcześniej śniło mi się, że go spotkałam, choć akurat wtedy nie odzyskałam świadomości. Ciekawe, czy dzisiaj też coś takiego mi się przydarzy. Spróbujemy :) P.S. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że ja w ogóle nie miewam konkretnych snów erotycznych, więc gorący pocałunek (szkoda, że w rzeczywistości nigdy takiej przyjemności nie czułam...) to dla mnie niecodzienne zdarzenie.
Kurczę, nie jestem pewna, ale zdaje się, że udało mi się wyjść! A jeśli nie, to na pewno osiągnęłam LD. Hmmm... Darek Sugier mówi, że to jedno i to samo. Mam nadzieję, że ma rację... :) Jak to się stało? Otóż położyłam się w środku dnia do łóżka i miałam sen. Tak popieprzony sen, że aż głupio mi opowiadać. Ale opowiem, żebyście uwierzyli, jak mówię, iż mam nie po kolei w głowie. Na początku muszę wspomnieć, iż jedno z opowiadań mojego autorstwa traktuje o losach chłopca i dziewczynki - bliźniąt, których ojcem jest Lord Voldemort z książek o Harrym Potterze. W owym śnie byłam tą właśnie dziewczynką. Tyle że ojcem nie był Voldemort, ale Szatan. I urządzał bal sylwestrowy, na który razem z bratem byliśmy zaproszeni. Na balu okazało się, że oprócz bliźniaka mam jeszcze dwójkę nieznanego rodzeństwa - młodszego o parę lat brata i siostrzyczkę, która była jeszcze niemowlęciem. Postanowiłam poznać się z bratem i podeszłam do niego na czworakach (!), a on uśmiechnął się do mnie. Pamiętam, że miał na sobie czerwony sweterek. Po pewnym czasie wyszłam z piekła (bo bal odbywał się właśnie w piekle), żeby popatrzeć na fajerwerki, ale gdy chciałam wrócić, w wyniku jakichś bliżej nieokreślonych kłopotów okazało się, że to niemożliwe. Nie pamiętam już, dlaczego. Chyba zapomniałam, gdzie jest tajemne przejście, a może hasło wyleciało mi z głowy i strażnicy nie chcieli mnie wpuścić... W każdym razie spróbowałam tylnego wejścia (tylne wejście do piekła?), które nie było strzeżone. I w tym momencie zaczęłam się budzić. Dotarło do mnie, co się dzieje, dużo wolniej niż zazwyczaj (bo często tak się dzieje, że dociera do mnie, iż budzę się ze snu, jednakże trwa to może dwie sekundy, najwyżej trzy). Czułam, jakby jakaś siła cofała mnie do rzeczywistości. Pomyślałam sobie: "Nie, to zbyt fajny sen, żeby się z niego budzić! Natychmiast wracaj do spania, nie ma mowy, żeby przerwać w takim momencie!" Mimo usilnych starań poczułam pod sobą łóżko, ale nie poddałam się tak łatwo. "Ja nie dam rady?!" - pomyślałam. Zaparłam się całą siłą woli, żeby tylko wrócić do snu. "Teraz!" - krzyknęłam w myślach. Nagle błysnęło, szarpnęło, obróciło mną o sto osiemdziesiąt stopni... I znalazłam się dokładnie tam, gdzie byłam przed przebudzeniem. Z tą różnicą, że byłam całkiem świadoma i co chwilę powtarzałam sobie "Nie zapominaj, że to sen! Jesteś w astralu i możesz robić, co ci się żywnie podoba, nie marnuj takiej okazji!". Pomyślałam sobie, że to trochę dziwne - ja na balu u Szatana? Ale przed snem czytałam trochę o przepowiedniach Nostradamusa, a tam znajduje się sporo wzmianek o Antychryście. "No pewnie, to przecież mój młodszy brat w tym śnie" - pomyślałam. "Ale jakiś taki dziwny. Powinien być bardziej... czy ja wiem... diabelski? Trzeba z niego zrobić mężczyznę." Przyszło mi jednak do głowy, że mam na sobie nieodpowiedni strój - na balu wypadałoby być w sukni balowej, a nie w dżinsach. I za pomocą siły woli zmieniłam ubranie na śliczną suknię, która raz była granatowa, a raz czerwona. Tyle że miałam problem z gorsetem - wiązanie znajdowało się z tyłu, a nie wpadłam na to, żeby załatwić to siłą woli. "Has anybody seen my fuckin' twin-brother?!" - krzyknęłam i zdziwiłam się, że po angielsku. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy w polu widzenia pojawiły się... napisy. ("Czy ktoś widział mojego cholernego brata bliźniaka?!" - głosiły.) "I'm sorry" - rzekł najbliżej stojący diablik w garniturze. ("Przykro mi" - pojawił się napis.) "Andy!" - krzyknęłam. "Andy, where are you? I need your help!" ("Andy! Andy, gdzie ty jesteś? Potrzebuję twojej pomocy!" - ogłosił napis.) Pomyślałam: "It's my dream, so Andy MUST do what I say!" I pojawił się. Tyle że nie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażałam. Był kropka w kropkę jak Ryan, chłopak z Los Angeles, którego poznałam parę dni temu przez internet (ma OSZAŁAMIAJĄCY uśmiech!). "Help me with this corset" - powiedziałam, a on stanął za mną i zaczął zawiązywać mi gorset. "Come on, don't feel shame" - oświadczyłam, a on uśmiechnął się szelmowsko (sama nie wiem, w jaki sposób to widziałam, stojąc tyłem do niego) i podszedł bliżej. Dość szybko uporał się z tym wiązaniem, po czym objął mnie ramionami w pasie i poczułam jego oddech na szyi... W tym miejscu muszę zaznaczyć, że bliźniaki z mojego opowiadania w pewnym momencie popełniają kazirodztwo. Byłam tego w pełni świadoma, gdy Andy/Ryan się do mnie zbliżył. Stwierdziłam jednak, że to mój sen, więc mogę robić, co tylko chcę, i nikt nie będzie miał mi tego za złe. Już, już mieliśmy przejść "dalej", gdy stało się coś strasznego - poczułam wibracje na udzie. Dostałam SMS-a! A telefon miałam w kieszeni spodni! Natychmiast wróciłam do ciała i obudziłam się z myślą "Cholera, nienawidzę tego!". Żeby to chociaż był jakiś sensowny SMS, to może bym nie była taka wściekła. Ale to była reklama jakichś idiotycznych gier! Normalnie nie znoszę operatora sieci. Nigdy więcej telefonu w kieszeni! Ale i tak jestem szczęśliwa. Nawet jeśli to, co mi się zdarzyło, nie było właściwym oobe, to jednak jest to jakiś krok do przodu... Prawda?
Dzisiejszej nocy darowałam sobie wszelkiego rodzaju muzykę, za to wymieniłam się z siostrą na łóżka. Albo raczej na poziomy, bo mamy piętrowe - ja na górze, ona na dole. Dzisiaj jednak namówiłam ją, żeby przeniosła się na górę, a ja poszłam na dół. Oczywiście nie udało mi się wyjść mimo usilnych starań. Ale to nic. Nie spodziewałam się, że mi się uda. Zrobiłam sobie małą relaksację, ale nie zdążyłam skończyć rozluźniać mięśni nóg, jak naszło mnie niespodziewane uczucie wirowania. Tzn. wirowałam razem z łóżkiem, które jak gdyby cisnęło w moje plecy ze zdwojoną siłą. Potem do wirowania dołączyły wibracje. Moim ciałem astralnym (fizycznym nie, bo cały czas cisnęło we mnie to łóżko, jakby chciało mnie siłą zatrzymać na miejscu) zaczęło dość porządnie telepać w różnych płaszczyznach. Trwało to najwyżej dwie minuty, ale było całkiem przyjemne. A na dobry początek dnia listonosz przyniósł zamówione na Allegro słuchawki. Niespecjalnie drogie, bo ja człek ubogi, ale na pewno lepsze od tych, z których korzystałam do tej pory (niby jak mam oczekiwać
Półtora roku minęło, odkąd ostatni raz coś tu pisałam... Wstyd i hańba, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zniechęciłam się po prostu. Budzenie się po czterech godzinach snu wydawało mi się niewykonalne. Teraz jednak postanowiłam kontynuować próby. A co! JA NIE DAM RADY?? I dałam. Znaczy się, obudziłam się (nastawiłam budzik, ale obudziłam się, zanim zadzwonił - małe zwycięstwo?) i wstałam, po czym położyłam się po godzinie. Byłam dobrze rozbudzona i pełna dobrych chęci. Udało mi się rozluźnić i lekko zdrętwiały mi ręce, ale nic poza tym. Najzwyczajniej w świecie zasnęłam, choć za wszelką cenę próbowałam tego uniknąć. Cóż, nie udało się. Może następnym razem. A jak nie, to jeszcze następnym. P.S. Chyba za dużo się naczytałam o wspomagaczach i za bardzo na nich polegałam. Ściągnęłam sobie szamańskie bębny i jakąś muzykę, która rzekomo ma pomagać w osiągnięciu LD albo OOBE (jak zwał, tak zwał) - ale na mnie to zwyczajnie nie działa. Nie umiem wejść w trans. Próbowałam przez kilka nocy z rzędu, ale wyszło z tego jedno wielkie guano. Szlag. Najwyraźniej muszę polegać wyłącznie na swoich wątpliwych zdolnościach. Nic, naprawdę nic nie pomoże... Edit: Zapomniałam dodać, że w międzyczasie przytrafił mi się spontaniczny LD. Pojawiłam się w korytarzu przed mieszkaniem, w którym mieszkałam kiedyś przez ponad dziesięć lat. Od razu uświadomiłam sobie, że to sen. Nie chciałam zbyt szybko się budzić, toteż pomyślałam, że trzeba by się dostroić. Zaczęłam więc powoli jeździć palcami po obecnych w korytarzu starych szafkach, ścianach i drzwiach. W pewnym momencie pojawiło się koło mnie kilku znajomych z tamtych czasów. Przyszło mi do głowy: "Skoro to sen, mogę zrobić, co mi się podoba. Zabiję ich! Chcę KARABIN!" Skoncentrowałam się na myśli o karabinie i w moich rękach pojawił się żądany przedmiot. Zaśmiałam się złowieszczo i rozstrzelałam wszystkich. No co? Nigdy ich nie lubiłam. Przynajmniej we śnie mogłam się ich pozbyć. Niestety, był to jednorazowy LD. Nic takiego więcej mnie nie spotkało.
Jedno muszę stwierdzić z całą pewnością. Mianowicie - metoda 4+1 nie jest dla mnie! Jestem leniem i śpiochem, pobudka o 4 nad ranem graniczy z niemożliwością, a wstanie z łóżka znajduje się już za granicą niemożliwości. Owszem, budzę się, ale nic więcej. Odzyskuję świadomość na tyle, żeby wyłączyć budzik, po czym padam jak kłoda i pogrążam się w ciepłych objęciach Morfeusza. Wizualizacja cytrynki idzie mi doskonale, bo to - jak dla mnie - proste ćwiczenie, jednakże 4+1... Nie, to stanowczo nie na moją psychikę; po ukończeniu kursu muszę odnaleźć jakąś inną metodę. Co prawda ostatniej nocy jakiekolwiek ćwiczenie było dla mnie awykonalne, ponieważ wieczorem byłam na imprezie u kolegów... Dzisiaj jednak postaram się położyć wcześniej i wykonać poprawnie 4+1. A co mi tam. Musi mi się udać! Musi! Musi! Nie wolno się poddawać! |