To historia człowieka, który bardzo wpłynął na moje życie, historia ta jeszcze się nie skończyła i trwa dalej pomimo tego, że Tego człowieka nie ma już na tym świecie.
Poznałem Dawida na pierwszym zjeździe studentów kulturoznawstwa w Łodzi. Chusta na głowie, oczy przysłonięte okularami przeciwsłonecznymi, wygląd typowego szpanerska ale... szybko się zaprzyjaźniliśmy. Jakoś wiedziałem, że mogę mu zaufać i opowiedziałem czym się interesuje (OOBE) to było już w pierwszym dniu znajomości. Zaintrygowany tym wszystkim także podzielił się tajemnicą - relacją z obserwacji UFO, ale nie to jest tu istotne. Podczas zjazdów czy innych okolicznych spotkań opowiadałem mu na bieżąco o swoich postępach w wychodzeniu z ciała. Poleciłem mu kilka technik. Pewnego zjazdu Dawid przyznał, że też mu się w końcu udało! Wyszedł z ciała - lewitował nad swoim łóżkiem. To była chyba jego jedyna podróż, chociaż od czasu do czasu miał jeszcze tzw. schizy :) Życie biegło normalnym tempem - zjazdy, egzaminy, egzaminy, zjazdy. Mogliśmy ze sobą rozmawiać na każdy temat... nie było ograniczeń. Zgłosiliśmy się we dwójkę do wspólnego referatu z Hitchcocka. Umówiliśmy się, że przygotujemy materiały w domu (osobno, ponieważ mieszkamy trochę daleko od siebie) i spotkamy się kilka godzin przed pierwszymi zajęciami. Ja oczywiście spóźniłem się z godzinę, za co dostałem zasłużony opierdziel. Podzieliliśmy się tekstami, akurat Dawid miał wiecej do czytania. Podczas referowania widać było jego zdenerwowanie/stres/dyskomfort. Czułem, że jest z nim coś nie tak... nikt inny tego chyba nie zauważył. Skończyliśmy referować, ja poszedłem do mieszkania, a Dawid jak zwykle pojechał do domu. Niestety drugiego dnia się nie zjawił. W smsie przysłał mi, że się źle czuje i nie będzie go. Za dwa tyg. na kolejnym zjeździe również się nie zobaczyliśmy - "grypa mnie wzięła". Wysłałem mu życzenia świąteczne i noworoczne - nie odpisał. Pewnej nocy przyśniło mi się, że odwiedzam Dawida w szpitalu. Rozmawialiśmy, przychodziły pielęgniarki, lekarze go badali. Podczas ostatnich odwiedzin Dawida nie było już w łóżku... nie wiedziałem co się stało. Obudziłem się. Czułem, że coś nie gra. Wcześniej zauważyłem (i nie tylko ja), że Dawid nie ma włosów na głowie. Domyśliłem się, że miał robioną chemioterapię. Nie znałem się specjalnie na raku ale wiedziałem, że dobrze nie jest. Razem z jego i moją koleżanka wysłałem gościowi sms'a z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia, chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy co jest nie tak. Krótko po tym zadzwonił brat Dawida i uświadomił nas: Dawid jest od 3 lat chory na raka trzustki, wie o tym tylko najbliższa rodzina po naszym smsie nagle się obudził, teraz jest w domu bo szpital nie ma sensu - czekają na cud. Jeszcze wtedy nic do mnie nie doszło. Przyjąłem to na spokojnie dopiero kiedy wróciłem do domu. Przez kolejne dwa tygodnie stan Dawida się nie poprawiał, wszyscy mieli nadzieje, że jednak coś się ruszy w dobrą stronę. Niestety w niedziele - ostatnim dniu zjazdu Dawid odszedł. Jego choroba była znana tylko bliskiej rodzinie, nawet jego dziewczyna dowiedziała się o wszystkim przed świętami. Nie próbuje sobie nawet wyobrazić cierpienia, które męczyły ich wszystkich po stracie Dawida. Po zajęciach przyjechałem do domu i pogrążyłem się w refleksji, wspomnieniach. Wieczorem wyraziłem intencje by Dawid skontaktował się jakoś ze mną. Niestety tej nocy nic się nie wydarzyło. Następnego dnia siadłem za perkusja i poczułem się jak w transie... nie przestawałem prosić o kontakt. Poczułem w podświadomości, że dziś może jest większa szansa... coś mi mówiło, że wczoraj w nocy Dawid poświęcił swój czas swoim najbliższym, a tej nocy może będę mógł się z nim "zobaczyć". Usnąłem z nadzieją.
Środek nocy... czuje, że mogę wyrwać się z ciała. Wstaje i widzę Dawida - stał w drzwiach. Zszokowany przywitałem się. Wyszliśmy z pokoju na podwórko i zaczęliśmy rozmawiać. Niewiele pamiętam z tej rozmowy. Zadawałem mu dużo pytań... Od razu zaznaczył, że to nie jest spotkanie pożegnalne - będzie mnie jeszcze odwiedzał. Powiedział, że kontaktował się wczoraj z rodziną/dziewczyną ale niektórzy byli w takim stanie, że żaden sygnał do nich nie docierał. Uświadomił mi, że pogodził się ze swoja śmiercią, spełnił swoją misje i jest szczęśliwy. Porozmawialiśmy jeszcze chwile i spojrzeliśmy razem na gwiazdy. Dawid powiedział, że gdzieś mnie zabierze. Wznieśliśmy się w górę złapaliśmy, nawzajem objęliśmy za szyje i polecieliśmy w jakimś kierunku. Czułem duże przyspieszenie powiedziałem Dawidowi, żeby trochę zwolnił bo ja jeszcze taką prędkością nie latałem. Przeprosiłem też z góry, że mogę nieoczekiwanie zniknąć i wrócić do ciała. Zacząłem się przyzwyczajać do prędkości kiedy wylądowaliśmy w jakimś średniowiecznym zamku. W środku był dwie komnaty... w jednej spał ktoś na łóżku, był cały przykryty kocem. Ściągnąłem go, ale okazało się, że pod tym kocem jest następny. Zrobiłem to samo co z poprzednim, ale ciągle bez dalszego efektu, nie mogliśmy odkryć tej postaci. Weszliśmy do komnaty obok. Oprócz innych dziwnych rzeczy był tam jakiś taki wielki kielich... sięgał mi do pasa. Okazało się, że jest to podajnik energii. Nad kielichem unosiła się zielona kula energii. Dawid wpadł na pomysł by rzucać ta energie w postać w łóżku. Zadziało! Rzucaliśmy kule w postać, po czym kołdra/koc zaczął z niej po trochu schodzić i odsłaniać jej ciało. Dawid brał po dwie kule, ja jedna. Po jakimś czasie odsłoniliśmy ją cała... była to kobieta. Późniejszej części nie pamiętam zbyt dobrze. Wiem, że kobieta zamieniła się później w jakiegoś małego psa, który rozmawiał ze mną telepatycznie. Zrozumiałem tylko to, że nie możemy się zbytnio dogadać bo pochodzi z bardzo odległego miejsca. Nasz "język" za bardzo się różnił. Nie pamiętam kiedy dokładnie wróciłem do ciała, ponieważ później jeszcze spałem.