Z jednego z ostatnich snów pamiętam tylko jeden element - taką jakby układankę, która była zawsze w kartonie z dość wysokimi bokami. Układało się ją, przesuwając poszczególne części. Żeby ją układać, trzeba było oczywiście włożyć ręce do kartonu i dlatego najwygodniejszą pozycją do jej układania była pozycja na stojąco. Poszczególne części układanki tworzyły jakiś obrazek, ale nie pamiętam jaki. Pamiętam, że miał trochę białego koloru i trochę brązowego - taki jakby efekt sepii.
We śnie z dzisiejszej nocy, byłam na uczelni. Trwały właśnie zajęcia z grafiki inżynierskiej, której nie cierpię. Wykładowca zauważył, że w pierwszym rzędzie ławek, brakuje krzeseł i kazał mi skombinować skądś te krzesła. Nie wiem, dlaczego mu tak zależało, żeby one tam były, ale we śnie wiedziałam, że on będzie musiał mieć te krzesła tam. Spytałam, skąd mam je wziąć, a on odpowiedział, że wszędzie można je znaleźć - w salach obok czy nawet na korytarzu. No więc, wyszłam w ich poszukiwaniu i weszłam do sali obok. Sala ta była urządzona jak dla małych dzieci. Dzieci też tam były, a także dwie panie. Krzesła tam były inne - takie mniejsze i też typowo dziecięce. Zaskoczył mnie ten widok. Nie chciało mi się tłumaczyć ani zdradzać swojego zaskoczenia, dlatego przeprosiłam i powiedziałam, że się pomyliłam i weszłam nie do tej sali, co trzeba. Zamknęłam drzwi i zaczęłam iść dalej. Na korytarzu, istotnie, były te krzesła, ale ich nie wzięłam, tylko szłam dalej. W końcu wyszłam z budynku i poszłam sobie gdzieś. Nie chciało mi się wracać na uczelnię i nie wróciłam. Jak tak szłam ulicą, to szłam po kałużach, a na nogach miałam ubrane jakieś ciężkie buty - typu glany.