Ten sen sprawia trochę wrażenie jakby był kontynuacją poprzedniego. Jednak początek pamiętam na dworcu. Kupuję w kasie bilet i mapę. Po chwili mapa gdzieś mi się zapodziewa, więc staję w kolejce jeszcze raz i kupuję drugą, którą z roztargnienia kładę na ladę. Jestem jakaś zamyślona. Za moment orientuję się, że ją zostawiłam, więc wracam się, ale mapy już nie ma na ladzie. Został sam papier, w który była owinięta oraz coś, co znajdowało się w środku, w tym papierze. Bardziej chodziło mi właśnie o to, co jest w środku. Mimo to, krzyczę: "Zajebali mi mapę! Chamy!" i rozglądam się dokoła. Biorę to coś, co zostało i biegnę do pociągu, bo ten zaraz odjedzie. Kiedy do niego wskakuję, znajduję się dokładnie na połączeniu dwóch wagonów, ale zauważam feler w postaci tego, że pomiędzy jednym wagonem a drugim nie ma żadnej "przejściówki", tylko jest odstęp taki, że człowiek spokojnie przeleci i jest tylko wąski brzeżek, jakby "parapet" przy końcach wagonów. Inni ludzie też stoją na tym "parapecie". Stoję w miarę stabilnie, ale nagle jakiś chłopak zaczyna mnie wychylać w stronę przepaści. Robi to na żarty. Denerwuję się. Mam wrażenie, że spadnę. W tym momencie, chłopak daje mi spokój i nawet nie pomaga mi, kiedy się chwieję. Pomaga za to innej dziewczynie, stojącej niedaleko. Myślę sobie: "Ty chuju! Swojej P. to pomagasz!".
Kolejny moment tego snu pamiętam w chwili, kiedy rozmawiam z jakimś mężczyzną w drzwiach pociągu. Nie wiem dlaczego, ale chcę go zabić. W ogóle go nie słucham, tylko myślę, jak to zrobić. Chyba obawiam się go w jakiś sposób. Nagle, niepostrzeżenie, szybko wbijam piłę (nie wiem skąd ją mam) w jego głowę. On dalej ze mną rozmawia, jak gdyby nigdy nic. Myślę sobie: "On tego nie czuje!". Ani też ciągle nie widzi. Wydaje się jakiś zahipnotyzowany. Myślę sobie, że mimo iż żyje, chyba w jego mózgu zdecydowanie coś się zmieniło i się zawiesił. Przestaję ciąć, będąc pewną, że zaraz padnie, ale wyszliśmy z pociągu, idziemy dalej i nic się nie dzieje poza tym, że z głowy spływa mu krew.
Kolejna zapamiętana przeze mnie scena rozgrywa się u mnie w domu. Jestem tam z tym właśnie facetem, wspomnianym wyżej. Chyba jest jeszcze jakaś kobieta, ale niedokładnie ją pamiętam. Jest też dwóch bandytów. Jednego z nich widzę dokładnie, bo właśnie do mnie celuje z potężnej broni. Ma trochę ciemniejszą skórę. Przypomina jakiegoś Azjatę i na pewno jest obcokrajowcem, bo rozmawiam z nim po angielsku, siedząc na podłodze: "Please! No! I will give you money!" - składam dłonie jak do pacierza. "No! I will give you money! Please!" - "I don't want your money." - "What can I give you? What should I give you?" W pewnym momencie, mężczyzna wychodzi z pokoju z tą drugą kobietą. Wtedy wkracza ten facet z przeciętą głową i z pistoletem. Celuje on do drugiego bandyty, ale nie chce go zabić. Myślę sobie zaskoczona: "On jest dobry." Nagle, pada na ziemię - chyba w końcu od tej rany na głowie, a ja szybko przejmuję jego pistolet. Trzymam bandytę tak, że stoi on do mnie tyłem, mam przedramię przy jego szyi, a do głowy przykładam mu pistolet i mówię: "Ten idiota nie potrafi posługiwać się bronią." Strzelam mu w głowę, ale szarpiemy się przy tym trochę i przez przypadek postrzeliłam również siebie w ramię. Strzelam w niego jeszcze parę razy, w różne miejsca na ciele i nie mogę przestać, ale myślę o tym, że kule będą mi jeszcze potrzebne. Zostawiam więc go, odbezpieczam pistolet i idę do tego Azjaty oraz tej drugiej kobiety. Patrzę trochę zaniepokojona na swoje ramię, ale trzymam się normalnie. W tym momencie, sen się kończy.
Powered by IP.Blog
© Invision Power Services