Wiedziałem ze tygodniowa przerwa od ćwiczeń wyda swoje owoce...
Jakiś tydzień temu... postanowiłem troszeczkę odpocząć od tego wszystkiego. Pomyślałem że za bardzo tego chce... tak bardzo że moja chęć przyćmiewa sam cel...Postanowiłem to odwrócić... starałem kłaść się spać... i nie kombinować w nocy z metodą 4+1.
Jakieś 4 dni temu, Wyszedłem...Wyszedłem... ale nie zabrałem ze sobą świadomości
To było moje pierwsze wyjście... nic nie pamiętałem ale wiedziałem ze wyszedłem i to mnie bardzo cieszyło....
... wczoraj kładąc się spać nastawiłem budzik na 4:00... niby zawsze ustawiałem na czwartą... ale tym razem spać poszedłem godzinę wcześniej, o 23:00 więc spałem 5 h.. A i co chyba najważniejsze, poprosiłem Niefizycznych Przyjaciół o pomoc... powiedziałem mniej więcej te słowa „...Przyjaciele... Tak długo czekałem... tak wiele ćwiczyłem... tak wiele nieprzespanych nocy...jednak nie żałuję...Jednak nie proszę was o pomoc...ale o znak... jeden drobny znak ...żebym wiedział że jesteście tam i kochacie mnie...”
... 4:00 !!! wiem że po omacku wyłączyłem budzik... i wiele się nie zastanawiając położyłem się ponownie spać...(nie chodzi o to że mi się nie chciało... byłem tak zaspany że nawet nie wiedziałem co się dzieje) ...Właściwie to wogle nie kontaktowałem...
... Położyłem się, ale coś było nie tak. Słabo to pamiętam, ale chyba miałem
„niezłą hipnagogie” Wydawało mi się ze zakrywam się kołdrą ... tak jakbym się chował, a wcale tak nie robiłem. Czułem się jak na haju , tak jakbym Widział wszystko co się dzieje... ale nie mógł tego w pełni zinterpretować... w jakiś sposób „znieczulony”. Były tez wibracje.. i
paraliż, ale nie całkowity...przez pewien czas widziałem Jakąś Kobietę... pojawiła się jako bardzo silny obraz w mojej głowie, popatrzyła na mnie i tak jakby uśmiechnęła się. Po tym obraz zniknął, a ja doznałem nagłego naprężenia ciała...Wyjście było bardzo spontaniczne...Tak jakby wyrzuciło mnie w górę. Przeleciałem z wielka szybkością kilka kondygnacji i znalazłem się po środku potężnej zawieruchy...wyglądało to tak jakbym był we wnętrzu potężnego miksera, mielącego papier na drobne kawałeczki. Stojąc tam poczułem się całkowicie zdezorientowany... jakbym stał w potężnej śnieżycy, zasięg mojego wzroku wynosił zero (przy czym było niewiarygodnie jasno).Dostrzegłem przebijające się przez to wszystko żółto-pomarańczowe światło, było ledwo widoczne i jakby zaczęło zanikać. Wtedy usłyszałem w mojej głowie polecenie „Idź w stronę światła” doprawdy nie mam pojęcia czy była to moja myśl,(WW?). Zacząłem z cała zawziętością przedzierać się przez to wszystko. Położenie źródła światła wciąż się zmieniało.
Biegłem z całych sił i nagle dostrzegłem źródło, okazał się nim księżyc w pełni. W tym samym momencie znikło wszystko co mnie wcześniej otaczało. Momentalnie stało się ciemno, a ja wpadłem do jakiegoś zbiornika wodnego. Próbowałem wyjść z tej „wody”.
Na niebie pojawiło się więcej księżyców... kilkanaście... wciąż nie mogłem w żaden sposób wyrwać się z ciemnej cieczy. Wiedziałem że to mnie przerasta, pojawiła się myśl o powrocie .
W tej samej chwili wróciłem do ciała. Podniosłem się z łóżka, początkowo czując jeszcze większą dezorientacje. Byłem rozradowany że wreszcie wyszedłem, nie bardzo martwiło mnie ze poległem... bo tak naprawdę, pierwszy raz wygrałem.
Pozdrawiam wszystkich czytających mój dziennik...
<Marcus Tibor Ferenczy>
Powered by IP.Blog
© Invision Power Services