|
|
Czekała mnie bardzo długa podróż. Dotarcie do Bieszczad pociągiem z Warszawy nie należy do rzeczy prostych. Najpierw czekała mnie autobusowa przesiadka w Przemyślu, której celem było dotarcie do Ustrzyk Dolnych. Następnie moim zadaniem było przedostać się do Ustrzyk Górnych. Wcześnie rano wyruszyłem z Dworca Centralnego w Warszawie. Było słonecznie i stosunkowo ciepło jak na drugą połowę Października. W wagonie oprócz mnie siedziała tylko jedna osoba. Był to chłopak starszy zaledwie parę lat ode mnie. Nie rozmawialiśmy ze sobą wcale do momentu, gdy zadzwoniłem do swojego kolegi, mającego dołączyć do mnie podczas postoju pociągu w Lublinie. Wraz ze znajomym uzgadniałem kwestię zakupu alkoholu na dalszą podróż. Wtedy właśnie ten nieznany mi do tej pory towarzysz podróży poprosił mnie abym przekazał przyjacielowi, by przy okazji zakupił trunki również dla niego. Od tego momentu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać na wszelakie tematy. Podczas krótkiego postoju na dworcu” Lublin Główny” dołączył do nas Dzidek, bo taki pseudonim nosił własnie mój kumpel. Wspólnie we trójkę zrobiliśmy sobie w przedziale małą popijawę. Po paru godzinach ostrego picia zachciało mi się wymiotować. Udałem się więc do łazienki w celu opróżnienia swojego przewodu pokarmowego. Niestety wchodząc do WC zapomniałem zamknąć za sobą drzwi przez co moje rzyganie zostało zakłócone przez jakiegoś mężczyzne myślącego, że pomieszczenie jest puste. Na szczęście człowiek ten nie zwrócił mi uwagi wychodząc bez słowa na korytarz. Po dokończeniu sprawy wróciłem do swojego przedziału. Tam zastał śpiących w dziwnych, nienaturalnych pozach towarzyszy. Postanowiłem też się położyć. Po stosunkowo krótkim czasie zostaliśmy zbudzeni przez konduktora. Niestety nie mieliśmy siły okazać naszych biletów kontrolerowi. Na szczęście kanar szybko dał sobie z nami spokój. Obudziliśmy się na krótko przed dotarciem do Przemyśla. Byliśmy mocno skacowani i zmęczeni. Wyjście z pociągu kosztowało nas nie mało trudu. Nasz towarzysz podróży rozstał się z nami, a my udaliśmy się w stronę dworca PKS. Tam niewątpliwie odczuliśmy klimat przygranicznego miasta. Z każdego miejsca rozlegały się głosy handlarzy zza wschodniej granicy. Na szczęście nie czekaliśmy długo na przesiadkę do Ustrzyk Dolnych. Po jakiś dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Poszliśmy do jednej z okolicznych kawiarni by coś zjeść. Zaczęło się nam trochę nudzić. Do odjazdu naszego busa w dalszą drogę zostały nam jeszcze ponad dwie godziny. Wyszliśmy na zewnątrz trochę się rozejrzeć. Miałem wrażenie, że wszystko co znajdowało się wokół mnie było martwe. Miejscowość w żadnym stopniu nie tętniła życiem. Turystów można było policzyć na palcach jednej ręki. Całe otoczenie nie wyglądało dla mnie delikatnie mówiąc zbyt estetycznie. Dodatkowo od dłuższego czasu było już ciemno, co przy bardzo kiepskim oświetleniu samego centrum napawało mnie smutnym nastrojem. W końcu ruszyliśmy w dalszą podróż. Cieszyłem się, że nie długo znajdziemy się w miejscu docelowym. Busik, którym jechaliśmy był prawie pusty. Po dotarciu na miejsce zastała nas totalna ciemność. Wieś okazała się być osadą posiadającą raptem parę domów na krzyż. W większości budynków nie paliło się światło. Postanowiliśmy poszukać schroniska. Nie było to łatwe zadanie z powodu wszech panującego mroku. W końcu jednak udało się nam dotrzeć tam, gdzie chcieliśmy. Weszliśmy do recepcji pełniącej jednocześnie funkcję baru. Tam dowiedzieliśmy się, że mamy ogromne szczęście, ponieważ dzisiejsza noc okazała się być ostatnią podczas której funkcjonuje schronisko przed przerwą zimową. Dostaliśmy klucze do oddzielnego pomieszczenia. Wewnątrz panował całkowity mrok. Niestety nie mogliśmy zapalić światła, ponieważ prąd był wyłączony. Z trudem znaleźliśmy nasz pokój, przyświecając sobie telefonami komórkowymi. Zamiast łóżek przywitały nas prycze. Dodatkowo było naprawdę zimno. Po dłuższym czasie usłyszeliśmy czyjeś chrapanie. Przeraziliśmy się nie na żarty. Okazało się, że oprócz nas w środku znajduje się inny turysta, który słysząc nasze przerażenie obudził się. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Człowiek ten opowiedział nam o szlakach, którymi wędrował w ciągu ostatnich paru dni. Polecił nam również parę wariantów różnych tras. Nazajutrz wcześnie rano wyruszyliśmy na Tarnicę. Pogoda niestety nie sprzyjała nam. Było pochmurno i mgliście. Nie traciliśmy jednak animuszu. Widoki były przepiękne. Urzekły mnie słynne, bieszczadzkie połoniny, oraz niebanalny wygląd całej roślinności. Nietuzinkowość ta polegała na niezwykłej intensywności kolorów otoczenia. Czułem się trochę, jakbym znajdował się na obcej planecie, szczególnie przez często spotykaną „fluorescencyjną zieleń, oraz. Po wyjściu z obszaru leśnego mogliśmy już w pewnym stopniu podziwiać rozległe przestrzenie. Niestety poziom mgły coraz bardziej się zwiększał. Będąc już blisko szczytu widoczność sięgała zaledwie parę metrów. Skały były śliskie i wilgotne. Podczas całej wędrówki spotkaliśmy tylko jedną grupę podróżników. Mimo sporego niedosytu spowodowanego wątpliwej jakości warunkami pogodowymi, byłem zadowolony z przeżytego doświadczenia. Nigdy będąc w górach nie doświadczyłem podobnej sytuacji. Przypomniała mi się piosenka KSU „Za mgłą”. Po zejściu ze szczytu znaleźliśmy nowe schronisko. Tym razem zastało nas ciepło i przytulny klimat. Na miejscu sporo czasu poświęciliśmy rozmowie na temat paru dziedzin z gatunku ezoteryki. Głównie omawialiśmy kwestię podróży astralnych. Następnie przystąpiliśmy do medytacji „ Vipasana”. Wieczorem udaliśmy się do pobliskiej karczmy. Wewnątrz przywitał nas bardzo klimatyczny, „drewniany” styl. Ludzie, jacy przebywali tam oprócz nas nadawali temu miejscu specyficzny charakter. Otaczała nas mieszanka bieszczadzkich osadników, ubranych w barwne kowbojskie stroje, wraz z nietuzinkowymi turystami, zdecydowanie nie przypominających tych niedzielnych. Nie minęło wiele czasu, zanim wszyscy zaczęliśmy wspólną imprezę. Od jednego harley owca dowiedzieliśmy się, że przyjechał tu motorem aż z samego Pomorza. Piwo lało się strumieniami, a ja przyglądałem się słynnym zakapiorom podziwiając ich długie włosy i obfite brody. Chociaż wydawać się mogło, że wszystko co widzę spowite jest gęstą pajęczyną magii to jednocześnie ogarniał mnie głęboki smutek, spowodowany wyraźnym odczuwaniem bijącej od tych ludzi samotności.W raz z grupą wynajmującą to samo schronisko opuściliśmy teren gospody, by przenieść imprezę do ich pokoju. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że słuchamy tej samej muzyki. Przedmiotem dyskusji był głównie gatunek Punk. Zaczęliśmy wymieniać swoje ulubione zespoły itd. Itp.. Nasi nowi znajomi byli od nas znacznie starsi. Chwalili nas więc za to, że znamy muzykę ich czasów. Wspólnie uznaliśmy, że ludzie przyjeżdżający w Bieszczady słuchają głównie starej klasyki, nie poddając się modzie na współczesny kicz. Nawet w różnego rodzaju barach ciężko jest usłyszeć jakiś plastikowy kawałek. Rozmowa kleiła się do późnych godzin nocnych. Nazajutrz poranek przywitał nas piękną pogodą. Postanowiliśmy udać się na Połoninę Caryńską. Po drodze mijaliśmy naprawdę sporo pijanych ludzi, co wywoływało we mnie smutek i poczucie niesprawiedliwości przy rozdawaniu losów przez Boga. Zaskoczyła mnie wyjątkowo wysoka temperatura powietrza jak na tą porę roku. Moją uwagę zwracały niewątpliwie liczne, rwące strumyki, wyłaniające się raz po raz przed moimi oczami. Jeszcze bardziej jednak spodobał mi się widok połoniny, którą w pewnym momencie wędrówki mogłem zobaczyć w pełnej krasie. Będąc już prawie na samym szczycie naszego celu doznałem nie małego zdziwienia wymieszanego z podziwem. Naprzeciwko nas stanął bowiem mężczyzna z gołym torsem, ubrany zaledwie w bawełniane spodnie, o długich włosach, trzymający ogromny czarny kij. Z lekkim strachem minęliśmy tego człowieka i poszliśmy dalej. Krajobraz zaczął przypominać obszary znane z filmów o dzikim zachodzie. Byłem bardzo szczęśliwy. Dookoła mnie rozprzestrzeniały się olbrzymie przestrzenie. Wszystko z góry wydawało mi się być tak małe i nie ważne, a jednocześnie piękne i urozmaicone. o dosłownie paru minutach przebywania na szczycie całkowicie niespodziewanie dołączyła do nas grupa, z którą dzień wcześniej biesiadowaliśmy. Mężczyźni byli totalnie pijani. Dziwiłem się, w jaki sposób udało im się tutaj dotrzeć. Mocno roześmiani zaczęliśmy rozmawiać na temat tego niespodziewanego spotkania. W pewnym momencie dostrzegłem, że tak naprawdę widzimy się na szlakach już trzeci raz w przeciągu dwóch dni. Poinformowałem o tym spostrzeżeniu resztę, która po kilkunastu sekundach namysłu przyznała mi rację. Rzeczywiście napotykaliśmy się na siebie już wcześniej, tylko nie zwróciliśmy na fakt uwagi, ponieważ przed wczorajszą balangą w ogóle się nie znaliśmy. Prawdę mówiąc poza tą grupą, w górach spotkaliśmy jeszcze tylko jedną ekipę. Po pogawędce wróciliśmy do swojego schroniska. Czekała nas ostatnia noc przed powrotem do domu. Spało się nam wyjątkowo dobrze. Czuliśmy się spełnieni. Następny dzień upłynął nam na bardzo żmudnej, smutnej podróży do domu.
|
|