|
|
Po tym, gdy wczoraj wieczorem dostąpiłam kolejnej relaksacji, innej niż Jacobsona, ale co najmniej tak samo dobrze poprowadzonej, postanowiłam wreszcie przetestować metodę 4+1. Obudziłam się na moment przed dzwonkiem budzika, trochę w tym "zasługa" potrzeby fizjologicznej". Nie było trudno się zdyscyplinować przy wybudzaniu, zmyłam naczynia, wypiłam herbatę, wykąpałam się, wypaliłam dwa papierosy - ten czas upływał bardzo szybko, pod koniec czułam się całkiem przytomnie. Ułożyłam inaczej poduszkę, raz jeszcze przeczytałam treść instrukcji. Na początku kolejnego etapu zastanawiałam się, czy nie lepiej jeszcze raz włączyć trening relaksacyjny i właściwie trochę żałuję, że tego nie zrobiłam. Być może wówczas łatwiej byłoby mi przestać błądzić myślami. Ciało miałam rozluźnione, zrelaksowane, ale pod powiekami, oprócz czerni, co kilka sekund pojawiały się rozmaite "scenki z życia". Znikały za to w fazie 3-sekundowego przyśnięcia. Ponadto przez dłuższy czas miałam świadomość odliczania sekund, trudno było mi to pokonać, przestać liczyć. Nie wiem, ile dokładnie trwała moja próba, nie poddałam się jednak zbyt szybko. Czułam, że pod koniec dużo łatwiej było mi zapanować nad myślami, liczeniem i tym wszystkim, co mogło absorbować koncentrację. Miałam wrażenie, że faktycznie ciało już śpi. Jednak wyjścia "nie zaliczyłam", raczej miałam świadomość niezwykłego dla mnie uspokojenia, poczucia bezpieczeństwa i ciepła. Gdzieś tkwi błąd - może zbyt długo się wybudzałam, może należało włączyć relaksację, choćby najkrótszą, a może... niedostatecznie mocno prosiłam?
|
| ||||||||||||||||||||||||||||||