|
|
Dzisiejsza noc była całkiem, całkiem. Przed zaśnięciem rozluźniałam się i prosiłam NP o pomoc w wyjściu. Miałam nadzieję, że coś się wydarzy, ale ciągle coś mi przeszkadzało całkowicie rozluźnić. A to tykający budzik (wyjęłam z niego baterie), a to chrapanie, a to swędzenie. W końcu usnęłam. O 4 w nocy obudził mnie budzik. O tej porze zawsze mój mąż wstaje, by wrócić do jednostki. Ja sobie leżałam i nagle poczułam wibracje. Ucieszyłam się. Przez moją twarz przewinął się uśmiech. W tym momencie znów zaczął dzwonić budzik i mój mąż zaczął się kręcić. Poczułam dziwny lęk, nie wiadomo czemu, otworzyłam oczy i tak mnie wzdrygnęło jakbym chwilę przedtem miałą jakiś okropny koszmar. Mężuś mnie przytulił i chciał uspokoić. Już było wszystko ok. Wstał z łóżka i wyszedł z pokoju, a ja w tym momencie próbowalam się rozluźnić. Po chwili znów zaczęłam czuć wibracje, ale znów przeszkodził mi M, bo wsszedł do pokoju, by się przytulić na pożegnanie. Nie byłam na niego zła. Niczemu nie był winien. Teraz już przynajmniej wiedziałam, że nic mi nie przeszkodzi. Ułożyłam się wygodnie i zaczęłam od nowa. Poczułam tak silne wibracje, że aż w myślach powiedziałam do siebie "łooooł". Bardzo mnie to ucieszyło. Poczułam jak moje ciało niefizyczne stake się lekkie i zaczyna pływać. Chciałam poruszyć ręką, ale nie wiedziałam, którą wykonyję ruch, więc zaniechałam tego działania, bo nie chciałam stracić tych wibracji. Potem moje kolana same się unosiły w górę, więc usiadłam. Już byłam szczęśliwa. Wyciągnęłam ręce w górę i prosiłam NP o pomoc. Myślałam, że uda mi się wyjść, a tu nagle wróciłam co c.f. i otworzyłam oczy. Te fizyczne. Mimi, że nie udało mi się wyjść i tak się cieszę, że choć tyle udało mi się osiągnąć tej nocy.
|
|