Doszłam do wniosku, że nie posuwam się dalej ze względu na to, że jestem po prostu zmęczona. Zarywam całe noce, aby podejmować kolejne próby... Wczoraj koło 24 położyłam się do łóżka, wszystko szło zgodnie z planem, tj. coraz łatwiej przychodzi mi zasnąć samym ciałem i zaznać tego typowego paraliżu, który sprawia, że nie czuję własnego ciała, nie czuję jak ręce czy nogi stykają się z kołdrą i nie mogę się za chiny ruszyć. Początkowo? Przerażające uczucie. Teraz? Ajć, mogłabym tak całą noc. Ale po takim praktycznie godzinnym leżeniu robi się naprawdę ciężko, jeszcze do tego było tak gorąco w pokoju a ja nie mogłam się swobodnie odkryć, bo bałam się że wszystko legnie w gruzach. Wkurzyłam się. Z wieeeelkim trudem odwróciłam się na bok i poszłam spać. Mogę pocieszyć się chociaż tym, że pamiętam wszystkie sny jakie mi się śnią.
Amen.