|
|
Śniło mi się, że wchodziłem po jakichś schodach na górę. W połowie drogi zauważyłem dziewczynę zbiegającą na dół, odepchnęła mnie - to ja szybko pobiegłem za nią. Złapałem ją na samym dole, chwyciłem ją obiema rękami i przyparłem do ściany. Trwaliśmy w takim stanie parę chwil. Porozumiewaliśmy się bez używania słów. I nie chodzi mi o telepatię. To były uczucia. Pocałowaliśmy się (nie byle jaki cmok w policzek, a porządny i długi), ona potem wybiegła na zewnątrz. Stałem tak i spoglądałem w te drzwi. Otarłem łzy. Koniec snu. Obudziłem się z poduszką zalaną łzami :) Czemu to wam opisałem? Wdg. mnie to wspaniała historia nadająca się na dobre romansidło jeśli by dodało się jakiś początek i koniec.
|
|