Sen O Podóży W Kosmos, Skrzyżwoaniu śniących I Lekcji Hiszpańskiego
|
|
Jakimś sposobem stałem się milionerem. Nie wiem czy zarobiłem czy wygrałem w totolotku, ale tak się stało, że miałem ogromną sumę pieniędzy. Od razu wiedziałem co mam z nimi zrobić - wykupić jedną z pierwszych pasażerskich podróży w kosmos. Przedsięwzięcie brało pod uwagę 4 cywilnych uczestników (wśród, których się znalazłem), tygodniowy program ćwiczeniowy i badania oraz lot wahadłowcem w przestrzeń kosmiczną. Dotarłem już do ośrodka kosmicznego gdzieś w stanach zjednoczonych i zostałem ulokowany w jakimś pomieszczeniu z pozostałymi członkami. Jak to na początku bywa, trzeba przełamać pierwsze lody i nieśmiało powiedziałem, że fajnie będzie polecieć na taką wyprawę o ile oczywiście przejdę wszystkie badania pozytywnie. Miałem wrażenie, że moja nieśmiałość znów mnie zdominuje, jednak szybko okazało się, że reszta słuchała mnie z dużym zainteresowaniem. Kolejnych scen z bazy kosmicznej niestety nie pamiętam. Po jakimś czasie znalazłem się na ulicy, czy raczej na skrzyżowaniu dwóch ogromnych ulic. W okół było pełno różnych sylwetek mknących obok mnie z ogromną prędkością. Miałem wrażenie jakbym trwał w zwolnionym tempie, a wszystko do o koła w przyśpieszonym. Sylwetki były cieniste, bez wyrazu albo ich indywidualność była dla mnie nie zauważalna, chociaż wyczuwalna. Czułem się troszkę jak zagubione dziecko w wielkim mieście w godzinach szczytu. Co ciekawsze nie dostrzegłem żadnych zabudowań ani żadnej wyraźnej scenerii w okół skrzyżowania. Było dość ciemno ale wszystko było jakby rozświetlone milionem gwiazd. Gdzieś pośród tego krzątającego się tłumu zauważyłem kątem oka kobietę przypominającą mi moją znajomą ze szkolnej ławki. Spojrzałem jeszcze raz i zauważyłem jak już miała zniknąć po drugiej stronie zbiorowiska. Tak, to była ona. Zapytałem co u niej słychać i że dawno się nie widzieliśmy. W mgnieniu oka znalazłem się w szkole, ona zniknęła, a ja pośpieszyłem na zajęcia. Na sali przypomniałem sobie, że muszę poprawić jeszcze poprawić fonetykę hiszpańską. Zapytałem kogoś z klasy gdzie znajdę nauczycielkę, po czym pomknąłem do kantorka. Przeszedłem kilka kroków przez korytarz szkoły. Był dość spory, głównie na wysokość. Szerokość była raczej standardowa lub o około metr większa. Masywne ciemne drzwi pośrodku ogromnej futryny zapraszały do klas co kilka metrów. Przystałem przy jednych z nich po przeciwległej stronie sali, z której przyszedłem. Drzwi się otwarły i zobaczyłem wydłużony pokoik, na którego końcu znajdowało się ciemne biurko, przy którym siedziała jedna z nauczycielek oraz kilka szafek po jego bokach. Duże okno na przeciwległej do drzwi ścianie wpuszczało do środka bardzo jasne światło, co przyczyniało się do dużego kontrast przedstawionego widoku. Moja nauczycielka od hiszpańskiego podeszła do mnie, a ja zacząłem się tłumaczyć dlaczego nie przyszedłem wcześniej i pytałem ją kiedy będę mógł przyjść następnym razem poprawiać. Była troszkę oburzona, że tak sobie to olewam i poprosiła mnie o przetłumaczenie na polski kilku słów, które nawet w moim rodzimym języku wydawały się nie mieć sensu - "kastanietkapodaster" i coś jeszcze czego nie pamiętam. Nie znając odpowiedzi zacząłem się tłumaczyć, że dopiero zacząłem nadrabiać zaległy materiał i że te ów słówka pojawiły się w podręczniku dopiero w dalszych rozdziałach. Kiedy już wszystko wyjaśniłem, wróciłem do sali na lekcję. Spóźniłem się niewiele, ale udało mi się jeszcze znaleźć wolne miejsce i usiąść przy stoliku. Pośpiesznie przywitałem się hiszpańsko-języcznym nauczycielem słowami "!Hola y Buenos dias!" oraz nie wiedząc jak przeprosić za spóźnienie powiedziałem "I'm sorry". Kiedy zacząłem wyciągać podręczniki, wszystko zaczęło zanikać, po czym się obudziłem.
Wspinałem się po schodach szarej klatki schodowej w górę do mojego mieszkania. Miałem przeczucie, że jestem niechciany czy wręcz znienawidzony. Co jakiś czas pośpiesznie spoglądałem przez poręcz w dół czy nikt mnie nie goni lub jak są daleko ode mnie. Miałem wrażenie, wyzywają mnie tuż za moimi plecami, a gdzieniegdzie przewinęła mi się jakaś znajoma postać moich dawnych znajomych. Wspinałem się ile sił do swojego domu, by tam znaleźć schronienie. Jednak coś ciągnęło mnie bym zszedł w dół i minął tych wszystkich ludzi, przed którymi tak bardzo chciałem uciec. Moim celem była piwnica, tam musiałem coś odnaleźć. Nie tracąc czasu zbiegłem po schodach w dół. Po drodze zebrałem kilku znajomych, których intencje okazały się inne niż myślałem. Wszedłem do piwnicy i zatrzasnąłem za sobą drzwi, ale czułem, że Tamci wciąż mnie gonią. Zerknąłem szybko do suszarni. Przeczuwałem, że gdzieś w pobliżu jest tajne przejście, którym uciekniemy. Szybko odwróciłem się i pobiegłem do pralni, zatrzaskując za sobą kolejne drzwi. Za nimi cudze kroki stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu ktoś zaczął walić w drzwi. W murowanej średniej wielkości wannie do prania znalazłem małe drzwiczki. Uchyliłem je do góry i szybko przecisnęliśmy się przez nie. Znaleźliśmy się w jakimś dziwnym ciemnym pomieszczeniu, bardzo zawilgoconym. Gdzie nie gdzie na ścianach paliły się pochodnie. Wiedziałem, że to była ta tajna komnata, która doprowadzi mnie do wolności. Przez chwilę zląkłem się, że Tamci też przejdą przez te małe drzwi, ale one były ukryte, tajemne, znane tylko mi i innym którzy je zbudowali. Pomieszczenie w dużym stopniu przypominało jaskinie i kto wie czy nią nie była. Po chwili wydostaliśmy się na powierzchnie. Wyjście otoczone było jakimś ruinami i porastającą na nich roślinnością, a całość znajdowała się w jakimś małej dolince. Przebrnęliśmy przez pagórek i doszliśmy na ulicę. Pogoda była lekko deszczowa. Było szaro i mokro, a ulica pobłyskiwała zmoczona kroplami deszczu. Gdzie nie gdzie przy drodze co kilka, kilkanaście metrów wyrastały samotnie topole. Gdzieś w oddali zauważyłem samochód jadący inną drogą. Zadzwoniłem do kogoś lub ktoś zadzwoniłem do mnie i dowiedziałem się lub oznajmiłem, że jesteśmy we Francji i szukamy drogi do domu.
Pokręcone jak to we śnie moje wędrówki po mym rodzinnym mieście. Mimo, że było to w jakimś logicznym układzie ma pamięć mnie myli i przekręca trochę rozkład chronologiczny. Powiedzmy, że wszystko zaczęło się w moim rodzinnym domu. W takim małym mieszkanku, w moim byłym pokoju. Znalazłem się w akwarium. Nie wiem skąd się wzięło, po prostu tam stało zaraz przy moim żółtym piecu kaflowym. Takie duże, ogromniaste na wysokość pomieszczenia i na 1/3 jego długości. Byłem jakimś jegomościem unoszącym się na powierzchni wody czubkiem nosa dotykając już sufitu. To nie byłem ja, wiedziałem o tym dobrze, ale byłem w ciele tamtego człowieka. Obserwowałem i czułem to co on. Z jednej strony bałem się, że zaraz utonę, ale byłem również przekonany, że poziom wody już wyżej się nie podniesie, a ja muszę tam pozostać choć nie wiem jak długo i za co, i po co. Przez szklaną ściankę akwarium po lewej stronie na kanapie siedziała moja mama i oglądała telewizję. Później jeszcze ona mi się przewinęła przed wzrokiem obok ów wspomnianego pieca. Później, albo może wcześniej, siedziałem na moim łóżku narożnikowym w tymże samym pokoiku. Nie było już akwarium i umeblowanie było inne. Z innego okresu mojego życia w tamtym miejscu. Jednak kilka elementów wystroju było na innym miejscu, w jakim nigdy dotąd. Siedziałem w rogu i prawdopodobnie z kimś rozmawiałem lub byłem czymś zajęty. Nagle spostrzegłem mojego już zmarłego dziadka, co siedział na lewo ode mnie. Wyraźnie był wpatrzony w telewizor i obserwował go z zainteresowaniem i z pewnym zahipnotyzowaniem. Spojrzałem na TV i był kompletnie wyłączony. Zapytałem go czy ogląda telewizje. On jakby się nagle przebudził, choć miał otwarte oczy, i z rozradowaniem powiedział, że tak że ogląda. Ogląda telewizor bo taki czarny, bo można nawet kiedy jet wyłączony. To i tak jest oglądanie telewizora mimo iż nic w nim nie leci. Był taki wesoły, wydawał się szczęśliwy. Sprawiał wrażenie takiego starszego mędrca, co mógłby wiele nauczyć. Chciałem się wybrać do mojego kolegi co mieszka niedaleko. Było już ciemno i mimo, że to kawałek i że już widziałem jego szarawy dom z czerwonym dachem, jakoś się bałem, że coś mi się stanie. Nagle droga jakby się wydłużyła i zamieniła na ciemną ulicę taką jakby z centrum nocą. Podeszło do mnie jakichś dwóch dzieciaków i niby coś chcieli wyłudzić. Jeden nagle się zbulwersował i chciał mnie pobić, kopnąć. Chwyciłem jego nogę, przewróciłem na ziemie i chciałem unieszkodliwić. W tym momencie znikąd pojawił się jego starszy kompan, taki osiłek cyrkowy, łysy ze staromodnym wąsem pokręconym na końcu. Chciał mnie pobić i chyba nawet to robił. Próbowałem się bronic ale nie mogłem, nie potrafiłem, nie miałem siły. Musiałem się wycofywać i czułem jak we mnie gotuje się złość na moją bezradność. Nie dotarłem na miejsce do mojego kolegi, w zamian wróciłem do domu. Znalazłem się w jakimś pojeździe i jechałem z kilkoma ludźmi ulicą przez miasto. Znaleźliśmy się na zakręcie przy wyjeździe z rynku. Po prawej mijaliśmy park, a po lewej widziałem dróżkę na targ i przy narożniku "Żabkę". W środku pojazdu jakieś dwie dziewczyny wykłócały się, czyj samochód jest lepszy. Jedna zachwalała Hondę wersję 6, w której się znajdowaliśmy, a druga BMW wersję 8. Dziwiło mnie to gdyż ta kłótnia była bez sensu. Oba samochody są eleganckie i wszechstronne, wygodne i w ogóle. Rozejrzałem się po wnętrzu i pomyślałem, że chciałbym taki samochód. Fajny, bardzo rodzinny. Kierowca wydawał się być ojcem jednej z dziewczyn chociaż jak później się okazało był on panem młodym. Z przodu obok niego siedziała jakaś osoba, której nie potrafię zidentyfikować, być może ta druga dziewczyna, a z tyłu tuż obok mnie siedziała panna młoda i dalej jej matka. Panna młoda była dość ładną niską, szczupłą młodą kobietą, która jak wyczułem i zauważyłem nie za bardzo chciała tego ślubu i bardzo chciała związać się ze mną. Uciec dokądś. Podchwytywała mnie za rękę i próbowała pocałować. Czułem się niezręcznie bo z przodu siedział jej świeży mąż co zerkał czasem do tyłu, no i ja przecież też już jestem w związku. Nie jestem pewien czy rzekłem do niej, czy tylko pomyślałem, że nam się nie uda i jest to nie możliwe. Ona wciąż trzymała mnie za rękę. Porozglądałem się jeszcze chwilkę za okno i widziałem jak zbliżamy się do mojej szkoły. Trochę się pozmieniało, nie byłem w tamtych stronach od bardzo dawna. W końcu się zatrzymaliśmy na parkingu przed budynkiem. Oprócz nas przyjechał ktoś jeszcze i wspólnie zaczęliśmy zwiedzanie ośrodka. Weszliśmy jakby wejściem kuchennym. Po lewej stronie na sali przy stole siedziało kilka osób w białych kitlach i spożywali jakieś dania. Szczególną uwagę zwróciła na mnie 2 osoba od wejścia. Miała ona na kolanach kota, ale takiego innego. Miał śliniaczek i był jakiś taki nienaturalny, zmutowany. Przeszliśmy dalej do kolejnego pomieszczenia. Ktoś gdzieś jeszcze raz mi podrzucił pod oczy takie nie naturalne zwierzę. Nie podobało mi się to co oni tu robią. Doszedłem do wniosku, że musi to być jakieś laboratorium czy coś. Chwilę później zaprzestałem dalszego śnienia. Wnioski: moją senną kotwicą może być zbiornik wody (basen, akwarium, jezioro). Często ten element występuje w moich snach
Śniło mi się w nocy, że byłem jakimś naukowcem niby na safari ale to było takie safari z dżunglą połączone. Tam coś robiłem, jeszcze nie wiedziałem co. Polazłem gdzieś do lasu i mnie dzikie zwierzęta i duże pszczoły zaczęły gonić. Uciekałem ile sił w nogach do mojego domku. Tam się okazało, że moja żona i dzieci po mnie, czy do mnie przyjechały. Niestety nie mogliśmy zostać z powodu fauny. Okazało się, że ja tam pracowałem przy takiej pompie, która wydobywała z ziemi jakąś plazmę czy jakąś energie dla jakieś tam firmy czy coś. No i Natura się zbuntowała przeciw ludzkości chyba. Obudziłem się nad ranem na chwilę, trochę pokręciłem i poszedłem znów spać. Zasnąłem i miałem kolejny sen. Śniło mi się, że byłem w jakimś pokoju i tam spotykałem znajomych. Dwóch chciało sobie rower bmx kupić do sztuczek kaskaderskich. Ja też niby chciałem z nimi ale wybrałem sobie górala. Potem oni sobie poszli ale prędzej powiedzieli, że nie ten rower bo m za grube opony jak na szosę. Potem zjawiła się grupka dzieciaków. Czułem się jak w szkole. Ja generalnie chciałem wyjść przez okno na podwórko ale ktoś mi zawsze przeszkadzał. No i te dzieciaki zebrały się koło mnie przy tym oknie i coś krzyczą, mówią, wariują, taka niepoprawna polska młodzież. Ale jakoś udało mi się z nimi kontakt złapać i się uspokoili. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem, że jednemu dzieciakowi spadła taka foliowa przepaska z ramienia. Przyjrzałem się bliżej i się okazało ze nie miał ręki. Miał za to taki jakby mechaniczny, czy metalowy kikut z takimi 3 chwytakami na końcu jakby palce. Później obróciłem się w stronę okna chciałem wyjść, ale nie wyszedłem, jednak usłyszałem jakiś głos znikąd. Coś mi mówił, jakaś radę odnośnie OBE/LD itp - tak mi się przynajmniej wydaje. Przebudziłem się i byłem taki jeszcze śpiący trochę. Zamknąłem oczy i starałem się zostać świadomy. Zacząłem odczuwać, że jestem w ruchu, że się rozpędzam do niebywałych prędkości. Wymyśliłem sobie, że skoro tak to chciałbym być pilotem myśliwca kosmicznego. Nagle dookoła zbudował się tunel. Taki wielki tunel startowy dla myśliwców. Kilka sekund później wyleciałem w przestrzeń kosmiczną. Leciałem z ogromna prędkością, czułem ją. Pomyślałem, że fajnie było by jakiś obcych zestrzelić. Na horyzoncie pojawiła się jakaś eskadra. Pogoniłem za nią kilka chwil, być może kogoś zestrzeliłem. W końcu doleciałem do ogromnego statku matki, czy ogromnej bazy kosmicznej. Jakoś niespostrzeżenie wylądowałem w środku i opuściłem pojazd. Poszedłem korytarzem z hali na korytarze statku/bazy. Tam wyczułem, że za drzwiami jest jakiś żołnierz. Wychyliłem głowę przez zamknięte drzwi i widziałem takiego człowieka w czarnym mundurze z czerwonymi elementami. Na głowie mial helm, taki przypominający trochę hełm żołnierzy republiki z gwiezdnych wojen, ale bardziej wydłużony, jakby kolarski. Pojmałem go szybkim ruchem i unieszkodliwiłem. Zaciągłem go do ciemnego korytarzyka obok i pozostawiłem. Potem poszedłem dalej korytarzem i usłyszałem, że znów ktoś się zbliża. Tym razem nie miałem gdzie się schować. Pomyślałem, że przecież jestem w swoim śnie więc mam wszystko dostępne co tylko zapragnę. Szybko włączyłem sobie STEALTH'a (niewidzialność) i zaczaiłem się za rogiem jak jakiś ukryty predator. Kątem oka tak trochę wyglądnąłem za róg by zobaczyć kto idzie. Już chyba kogoś zobaczyłem kiedy zacząłem tracić ostrość. Nawet mi nie przyszło mi na myśl by się dostroić Pod sam koniec jak już zacząłem tracić wizję usłyszałem jeszcze raz ten sam głos co wcześniej. Nie pamiętam dokładnie co powiedział (za duzo czasu minęło) ale przekaz był mniej więcej taki: "Nie będziesz bardziej świadomy w tej rzeczywistości jeżeli nie oczyścisz swojego umysłu"
Kiedy nad ranem się przebudziłem po nocnych eskapadach poza ciałem, było zbyt wcześnie aby wstawać więc położyłem się dalej spać. Śniło mi się, że kręciłem się po jakimś bardzo słonecznym mieście. Z kimś byłem lecz już nie pamiętam z kim. Szukaliśmy może księdza lub posterunek policji. Jednak najistotniejsze było to, że w pewnym momencie zainteresowałem się książką, podręcznikiem do Acttion Script 3. Tak przeglądałem sobie kartka po kartce, aż znalazłem bardzo ciekawą funkcję. Polegała ona na nakreśleniu nad głową jakiegoś człowieka kreski poziomej. Dalej z prawej i z lewej strony nakreślało się takie jakby kątowniki i razem cały kształt tworzył taki pojemnik w kształcie odwróconego do góry nogami cylindra (odzienie głowy). Następnie do tego cylindra nalewało się wody. Kiedy cała funkcja była gotowa można było ją uruchomić. Aktywowana funkcja usuwała początkową poziomą kreskę, co powodowało wylanie się cieczy na głowę osoby, nad którą się tą funkcję nakreśliło. Nie ukrywam było to dość trudne. Udawało mi się tylko wykonać pojedyncze składowe tej funkcji, tj. albo tylko pozioma kreska albo kątownik. Z pomocą zjawił się mój bardzo dobry znajomy ze studiów. Pokazał jak to zrobić i wywinął kilku osoba taki dowcip. Wiedziałem jak to działa, wiedziałem jak to zrobić ale wciąż miałem z tym problemy. Ćwiczyliśmy jeszcze jakiś czas to zadanie, kiedy miałem problemy on mi pomagał. W jakiś sposób miałem wrażenie, że jestem w świecie fizycznym. Spotkałem później ni stąd ni zowąd moją mamę. Opowiedziałem jej, że mam kolegę który potrafi takie rzeczy robić, wystarczy w to tylko uwierzyć. Nie, nie, nie uwierzyć ale wiedzieć. On to doskonale wiedział, że tak potrafi to robić w tym niefizycznym świecie i że każdy kto choć raz doświadczy tej twórczej siły będzie wiedział jak to robić i że jest to bardzo łatwe. Po tym spotkaniu zdałem sobie sprawę, że jestem w niefizycznym świecie i właśnie tam mogę kreować co zechcę. |
|