Dzień Dobry
wracam do medytacji. Już nie mogę wytrzymać bez tego.
Wczoraj czułam się cały dzień tak źle, nieszczęśliwie, niepewnie. Nie było tego zielonego światła.. które mi zawsze towarzyszyło. Nie wiem już, co mam robić. Miałam już się uspokoić i skończyć z medytacjami i żyć normalnie, ale właśnie normalnie żyć nie mogę bez tego. Nie mogę.
Ale ostatnie OOBE skutecznie mnie odciągnęło od tych spraw.
Mimo to wczoraj przed snem usiadłam na łóżku w "pół tureckim" siadzie, zamknęłam oczy.. i było zajebiście. Pięknie, naprawdę spokojnie. Tak dobrze. A tylko usiadłam, żadnej medytacji. CZY TO MOŻE BYĆ ZŁE
Ugotowały mi się ziemniaczki, jeszcze ugotuję marchewkę i zjem obiad... w kolorze czakry sakralnej i splotu słonecznego :D
Słucham portishead, po raz pierwszy od paru miesięcy. Jak mogłam nie mieć czasu na tak piękną muzykę?
Niewiem.
Mam wielką potrzebę Mozarta, gigantyczną. I Beehtovena też.
Kurcze, niech mnie uratuje Jezus z tego wszystkiego. Ludzie są rzuceni w świat, a dookoła milion sposobów życia, przekonań, religii, poglądów. A co ja wybieram?
Ja wybieram młodość i radość. Od roku byłam bardzo zakochana i to zmiotło moją kontrolę myśli, mój zajebisty świat. Bo skupilam się na osobie, którą kochałam. To zniszczyło wszystko, co w sobie budowałam.
LUDZIE czy też uważacie, że drogą do szczęścia jest kontrolowanie swoich myśli? Dopuszczanie do siebie tylko pozytywnych wyobrażeń, myśli? Mój mistrzu Mulford mówi dokładnie to. Najprostsza droga do szcześcia to kontrola myśłi.
Nie, dziś tylko ziemniaczki. Co się będę kurna wysilać. Koniec Portisheada, już mi zryło beret. Jeszcze pare kawałków i włączam playliste clodbeer. I ten bicik, ten zajebisty bicik w przerwach..
A teraz Rick Jones :D
Za 3h praca.
Ale mam burdel w domu. Nie mam kiedy posprzatac. Ale na szczęście kupiłam płyn do naczyń, aro, kurwa za dwa złote jeden litr! Będzie zajjjeeebiście zmywał! :D
Ale fajnie, posłuchać takiej sielanki.
Dążę do takiej sielanki w każdej dziedzinie życia, zdecydowanie.
Ja nie muszę brać kwasów i nie kwasów jak moi koledzy, żeby mieć mega rozkminy na temat swojej osobowości, samo świadomości. Przy ziemniaczkach potrafie sie doprowadzić do stanu takiej psychodeli, myśląc tylko o mnogości sposobach myślenia, które mogłabym obrać. Dziwne, naprawdę, dziwne uczucie. Kiedy tracisz ego. Buddyzm mówi, że trzeba się wyzbyć ego. To proste ćwiczenie.. ale jak żyć bez ego na codzień?? Niewiesz, co masz mówić, bo niewiesz kim jesteś bez ego. Jesteś przestrzenią. Buddyzm mówi, że nie ma potrzeby płaszczyzny, podłogi(ego) w tej przestrzeni.
Że nie ma potrzeby oparcia na czymś, dowodu na istnienie w postaci ego. Że ego zostało stworzone przez ludzi, żeby udowodnić swoje istnienie. Budujesz ego, żeby mieć pewnosć, że żyjesz. Że jesteś konkretną osobowością.. Ale podobno, tak naprawdę nie jesteś. To puste uczucie, ta przestrzeń bez ego. Jak dla mnie: puste i bardzo niepokojące. Chcę odrzucić negatywne skutki posiadanego ego, ale chcę zrobić tak, żeby na tle tej płaszczyzny (mnie pustej) była tylko jedna podłoga, najwyżej dwie (dwa sposoby zachowania mnie), nie więcej. Chcę być szczera, ale też świadoma własnej przestrzeni, którą mogę się stać albo do której dokopać.
Nie jestem jakimś joginem, żeby być przestrzenią i tylko siedzieć po turecku.
Najbardziej to chcę przejść do świadomości opartej na sercu=porzucić ego. I myśleć tylko sercem. czy to możliwe, bezpieczne i dobre? Miałam tak już, całkiem niedawno. Gdy sporo robiłam z czakra serca. Zginął strach. Był tylko ocean bezpieczeństwa, pewności i miłości. Czy to jest dobre i prawidłowe?
A propos gubienia ego. Raz tak miałam po jaraniu. Jarałam z nowo poznanymi chłopakami. Jeden z nich, Mateusz, miał mega wenę, mega rozkminy. Gadał interesujące rzeczy. Bardzo chciałam się włączyć, w dyskusję, ale nie mogłam wydusić z siebie słowa, bo zapomniałam jak mam się zachowywać. Czułam się jak nagi rdzeń siebie, bez osobowości. Nie odzywałam się, bo nie mogłam. Wiedziałam tylko, jak mam na imię i nazwisko. To pewnie było tylko zjaranie.... ale przysięgnam, czułam się jak nagi rdzeń siebie. Ciekawe zjawisko.
Ale mam w dupie te buddyjskie mądrości. Chcę żyć normalnie, prawdziwie. Chcę być prawdziwa i szczera jak tylko to możliwe.
Poza tym: dwa tygodnie temu poznałam gościa który 6 lat się zajmował oobe, czakrami itd. I skończyło się to dla niego prawie opętaniem. Opowiadał mi, żebym szybko to porzuciła, bo to jest fałsz. Nie ma w tym tak naprawdę nic dobrego, prawdziwego. To całe "dobro" to tylko przykrywka zła. Może?
Ja nie mam pojęcia. Nie wypowiadam się nawet na ten temat. Wiem tylko, chcę dla siebie jak najlepiej.
Kończę na dziś.