B.Soul's Notatnik


oobe.pl

 

Witaj Gościu ( Zaloguj | Rejestruj )

5 Stron V  « < 3 4 5
entry 20.10.2012 - 09:00
Dobrze jest.Mam kotka. Kotnie.
Nic mi się nie działo od jakiegoś miesiąca, oprócz paru ld.
To szkoda, chciałabym czegoś doświadczyć. Jakoś nie mogę. A nic na siłę. Zawsze mi to przychodzi samo, więc teraz też czekam. Nie będę się torturować :D
Fajnie, już coraz mniej się boję.
Co jakiś czas, niewiem od czego to zależy, mam takie uczucie jakby mi się otwierała czakra seca, ale bez medytacji. Bo już kawał czasu tego nie robiłam. I fajne uczucie, takie mrowienie... zielone światełko i taka błogość. Ale fajnie, jest stabilnie, spokojnie.
Bez kitu, znajduję się w jakimś oceanie błogości, który sam sobie wytworzyłam.

entry 04.10.2012 - 15:45
Ostatnio znowu wyjście, jakieś dwa tygodnie temu.
Też niezamierzone. Obudziłam się na paraliżu. I nie mogłam w żaden sposób się z tego wydostać. Próbowałam usnąc, ale tylko gdy zamknęłam oczy to wychodziłam. Więc wyszłam. Był słoneczny dzień, stałam pod sklepem. I jakiś facet szedł z psem naprzeciwko mnie. Ale to było fajne uczucie, mam oobe. realizm..niesamowity, cudne uczucie. I biegła w moją stronę jakaś ruda dziewczyna. Z chłopakiem. I rzuciła mi pod nogi kartkę. Położyłam się na chodniku :D i cośtam na niej było wydrukowane po angielsku. I przestraszyłam się, że zaraz coś sobie wyobrażę strasznego i to się pojawi. Więc wydałam tylko rozkaz do ciała i wróciłam.

Ale paraliż mi nie chciał kompletnie przejść... tylko zamykałam oczy i już nie wiedziałam, czy jestem w kopii pokoju w astralu czy w moim pokoju.. Ruszałam więc palcami ciała, bo tylko je czułam. I leżałam sobie na łóżku, było ciemno w pokoju.
I nagle w kącie pokoju zaczął warczeć czarny pies. Nie mam psa. Zorientowałam się, że poruszałam astralnymi palcami. I pies zaczął warczeć i podchodzić do mnie coraz bliżej. Więc wystraszyłam się i wróciłam do prawdziwego pokoju. Potem musiałam siedzieć godzinę na łóżku, bo jak tylko moja głowa dotykała poduszki to paraliż wracał, zaczynałam opadać na dno ciała.

Teraz chciałabym wyjść na długo. Bo już coraz mniej się boję..
ostatnio dużo jaram. A od tego mam świadome sny. Miałam dwa dni temu fajne ld.


Mam WSZYSTKO w dupie. Idę spać. Chciałabym tylko malować, ale jak narazie nie mam styropianu... Mam w dupie te zawiłości wszystkiego, analizy. Wszystko składa się z tak drobnych części. Świadomość jest błędem. To bardzo możliwe.
Im większą masz świadomość, tym coraz bardziej zdajesz sobie sprawę, że wszystko zależy od Ciebie. Więc musisz się kontrolować. Nie możesz sobie hasać. A ja właśnie bardzo lubię sobie hasać, tak dla przyjemności.
Nie jestem robotem. Nie chcę działać według ustalonego, nawet przeze mnie, programu. Nie lubię programów. Kurde, to takie trudne. Takie trudne. Nie chcę czasem wiedzieć pewnych rzeczy. NIENAWIDZĘ czasem tego, że coś wiem.
Fajnie by było wiedzieć tylko dobre rzeczy, pływać w oceanie bezpieczeństwa. A te złe rzeczy to niektóre niepewności jakie mam na swój temat.
Mam dużo tych niepewności, takich rzeczy które niewiem dlaczego zrobiłam albo niewiem dlaczego coś odczuwam... świat jest zbyt skomplikowany. W JEDNEJ SEKUNDZIE MOGĘ ZMIENIĆ SPOSÓB MYŚLENIA. I być na innej orbicie odczuwania wobec tej w której jestem obecnie. Oczywistości....

Ale jestem zmęczona. Jestem zmęczona możliwością WYBORU. A jednocześnie mi jej brakuje: to ja muszę wybierać. DOSTAJĘ PASJI KIEDY KTOŚ DECYDUJE ZA MNIE. MOJA WOLA TO MOJA WŁASNOŚĆ.
Ale ta możliwość wyboru to znak ze ja zależę od siebie. Moje życie zależy ode mnie. Czyli JESTEM ODPOWIEDZIALNA ZA SIEBIE.
A to jest trudne.
Życie wewnętrzne... może być lekkie i przyjemne, oczywiście że może.
Ale może być też ciężkie.
Co ja pierdolę, w dupie mi się przewraca. Mam wszystko czego chcę.
A to wszystko mi się wydaje teraz takie.. nic mi się nie dzieje chyba złego.
Ale czasem czuję to co dziś, czyli rdzeń, taki rdzeń nagi życia. Jakby nie był w żaden sposób ozdobiony, kolorowy. Taki surowy rdzeń.
Mam żal, taki mały, do Boga za niektóre rzeczy. Potrzebuję opieki, Boże, potrzebuję jakiejś slinej ramy która by obejmowała moje popierdolenie.
Jakiegoś podparcia. Ramy. Raaaaaaaamy. Boże, błagam Cię o silną ramę. Albo silne ramię.

entry 16.08.2012 - 13:44
Dzień Dobry
wracam do medytacji. Już nie mogę wytrzymać bez tego.
Wczoraj czułam się cały dzień tak źle, nieszczęśliwie, niepewnie. Nie było tego zielonego światła.. które mi zawsze towarzyszyło. Nie wiem już, co mam robić. Miałam już się uspokoić i skończyć z medytacjami i żyć normalnie, ale właśnie normalnie żyć nie mogę bez tego. Nie mogę.
Ale ostatnie OOBE skutecznie mnie odciągnęło od tych spraw.
Mimo to wczoraj przed snem usiadłam na łóżku w "pół tureckim" siadzie, zamknęłam oczy.. i było zajebiście. Pięknie, naprawdę spokojnie. Tak dobrze. A tylko usiadłam, żadnej medytacji. CZY TO MOŻE BYĆ ZŁE


Ugotowały mi się ziemniaczki, jeszcze ugotuję marchewkę i zjem obiad... w kolorze czakry sakralnej i splotu słonecznego :D
Słucham portishead, po raz pierwszy od paru miesięcy. Jak mogłam nie mieć czasu na tak piękną muzykę?
Niewiem.
Mam wielką potrzebę Mozarta, gigantyczną. I Beehtovena też.


Kurcze, niech mnie uratuje Jezus z tego wszystkiego. Ludzie są rzuceni w świat, a dookoła milion sposobów życia, przekonań, religii, poglądów. A co ja wybieram?
Ja wybieram młodość i radość. Od roku byłam bardzo zakochana i to zmiotło moją kontrolę myśli, mój zajebisty świat. Bo skupilam się na osobie, którą kochałam. To zniszczyło wszystko, co w sobie budowałam.

LUDZIE czy też uważacie, że drogą do szczęścia jest kontrolowanie swoich myśli? Dopuszczanie do siebie tylko pozytywnych wyobrażeń, myśli? Mój mistrzu Mulford mówi dokładnie to. Najprostsza droga do szcześcia to kontrola myśłi.

Nie, dziś tylko ziemniaczki. Co się będę kurna wysilać. Koniec Portisheada, już mi zryło beret. Jeszcze pare kawałków i włączam playliste clodbeer. I ten bicik, ten zajebisty bicik w przerwach..
A teraz Rick Jones :D
Za 3h praca.
Ale mam burdel w domu. Nie mam kiedy posprzatac. Ale na szczęście kupiłam płyn do naczyń, aro, kurwa za dwa złote jeden litr! Będzie zajjjeeebiście zmywał! :D
Ale fajnie, posłuchać takiej sielanki.
Dążę do takiej sielanki w każdej dziedzinie życia, zdecydowanie.
Ja nie muszę brać kwasów i nie kwasów jak moi koledzy, żeby mieć mega rozkminy na temat swojej osobowości, samo świadomości. Przy ziemniaczkach potrafie sie doprowadzić do stanu takiej psychodeli, myśląc tylko o mnogości sposobach myślenia, które mogłabym obrać. Dziwne, naprawdę, dziwne uczucie. Kiedy tracisz ego. Buddyzm mówi, że trzeba się wyzbyć ego. To proste ćwiczenie.. ale jak żyć bez ego na codzień?? Niewiesz, co masz mówić, bo niewiesz kim jesteś bez ego. Jesteś przestrzenią. Buddyzm mówi, że nie ma potrzeby płaszczyzny, podłogi(ego) w tej przestrzeni.

Że nie ma potrzeby oparcia na czymś, dowodu na istnienie w postaci ego. Że ego zostało stworzone przez ludzi, żeby udowodnić swoje istnienie. Budujesz ego, żeby mieć pewnosć, że żyjesz. Że jesteś konkretną osobowością.. Ale podobno, tak naprawdę nie jesteś. To puste uczucie, ta przestrzeń bez ego. Jak dla mnie: puste i bardzo niepokojące. Chcę odrzucić negatywne skutki posiadanego ego, ale chcę zrobić tak, żeby na tle tej płaszczyzny (mnie pustej) była tylko jedna podłoga, najwyżej dwie (dwa sposoby zachowania mnie), nie więcej. Chcę być szczera, ale też świadoma własnej przestrzeni, którą mogę się stać albo do której dokopać.
Nie jestem jakimś joginem, żeby być przestrzenią i tylko siedzieć po turecku.
Najbardziej to chcę przejść do świadomości opartej na sercu=porzucić ego. I myśleć tylko sercem. czy to możliwe, bezpieczne i dobre? Miałam tak już, całkiem niedawno. Gdy sporo robiłam z czakra serca. Zginął strach. Był tylko ocean bezpieczeństwa, pewności i miłości. Czy to jest dobre i prawidłowe?



A propos gubienia ego. Raz tak miałam po jaraniu. Jarałam z nowo poznanymi chłopakami. Jeden z nich, Mateusz, miał mega wenę, mega rozkminy. Gadał interesujące rzeczy. Bardzo chciałam się włączyć, w dyskusję, ale nie mogłam wydusić z siebie słowa, bo zapomniałam jak mam się zachowywać. Czułam się jak nagi rdzeń siebie, bez osobowości. Nie odzywałam się, bo nie mogłam. Wiedziałam tylko, jak mam na imię i nazwisko. To pewnie było tylko zjaranie.... ale przysięgnam, czułam się jak nagi rdzeń siebie. Ciekawe zjawisko.
Ale mam w dupie te buddyjskie mądrości. Chcę żyć normalnie, prawdziwie. Chcę być prawdziwa i szczera jak tylko to możliwe.
Poza tym: dwa tygodnie temu poznałam gościa który 6 lat się zajmował oobe, czakrami itd. I skończyło się to dla niego prawie opętaniem. Opowiadał mi, żebym szybko to porzuciła, bo to jest fałsz. Nie ma w tym tak naprawdę nic dobrego, prawdziwego. To całe "dobro" to tylko przykrywka zła. Może?
Ja nie mam pojęcia. Nie wypowiadam się nawet na ten temat. Wiem tylko, chcę dla siebie jak najlepiej.
Kończę na dziś.

entry 11.08.2012 - 12:59
Szóstego sierpnia wyszłam z ciała.
Od jakiegoś tygodnia przed tym, kładąc się czułam jak mi faluje ciało astralne, tak jakby "opada na dno". Ale nic więcej nie udało mi się osiągnąć.
Szóstego sierpnia w nocy otworzyłam oczy i zobaczyłam, że obraz który normalnie wisi nieopodal mojego łóżka się zmienił. Normlanie jest na nim krajobraz nowego yorku w nocy. A tam była drewniana kawiarnia. Nie zorientowałam się, że mam paraliż i wszystko mi się pierdzieli... byłam na mega fazie, w jakimś transie. Śniło mi się, że coś mnie wciąga do tej kawiarni. I ten sen był tak realistyczny, że czułam się uwięziona w tym drewnianym świecie. I przez całą noc próbowałam się obudzić. To był świadomy sen, z którego nie mogłam się wydostać. Błądziłam po tym drewnianym mieście i czułam, jakby to było prawdziwe życie.

Zapomniałam nawet jak się nazywam, wiedziałam tylko że muszę się wydostać z tego. Ale ni chuja nie mogłam się obudzić. Jeszcze nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło.
W tym mieście było dużo ludzi, którzy mnie pilnowali. Prosiłam ich, żeby mnie z tego uwolnili. Ale oni trzymali mnie za ręce i nie mogłam nic zrobić.
To była taka psychodela... w tym mieście była kawiarnia, która była szachownicą. A kelnerzy i kelnerki byli szachami. I prosili mnie żebym się tam zatrudniła.
Ale chore... ja nie mogę. Zapomniałam o tym kim jestem w tym śnie. Pamiętam wszystko, bo to było tak realistyczne.

To był koszmar... nie mogłam nic zrobić. Co pewnien czas otwierałam oczy, byłam w łóżku w pokoju, paraliż sto procent, patrzę na ten obraz a tam kawiarnia zamiast nowego jorku. I myślę, Boże co mnie tak więzi, chcę się wydostać. Ale nic z tego, coś kazało mi zamknąć oczy i z powrotem byłam w tym świecie ciemnego drewna.
Dżizas, nigdy nie czułam takiej niemocy. Nigdy.
Męczyłam się tak całą noc. I co chwilę tam z kimś gadałam, np z powiększoną panią szach w kawiarni, co mi się dzieje, co mam zrobić. A ona na to, że nikt mi nie da stąd odejść. Jedyne co mogłam, to powrócić na chwilę do łóżka, otworzyć oczy i zorientować się, że jestem na TURBO poteżnym paraliżu z którego nie jestem w stanie wyść.



Myślałam, że nigdy się z tego nie uwolnię. I w końcu kolejny raz otworzyłam oczy. I znowu kawiarnia zamiast ny. I miliard głosów do mnie mówiło, pewnie hipnagogi albo koledzy z astrala. W każdym razie coś mnie zaczęło wyciągać z ciała. Centralnie, mocno. Stwierdziłam, dobra, może to pomoże i przejdzie ten sen z którego nie ma wyjścia.

I wyszłam z ciała. Pierwszy raz. Poddałam się temu... i siup. Wystarczyło tylko moje przyzwolenie i siup. Poczułam się jak bóg, lekko jak nigdy... moje ciało astralne miało orzechowo kremowy kolor, spojrzałam na chwilę. I przez chwilę widziałam moją twarz własną. Była pomalowana czymś białym, jak u szamanów ;D Byłam w pokoju moim, ale był lekko zmieniony.
To wyjście było jak zjazd ze zjeżdżalni. Z bardzo wysokiej zjeżdżalni. Jak wyskok.. tak jakbym wyskoczyła z tego ciała. Wszystko się działo bardzo szybko, obok mnie kiedy wyszłam były porcelanowe, białe ciała ludzi. Wszyscy nadzy, błyszcząca biała porcelana. Obracali się wokół własnej osi. Co to było ? Nie mam pojęcia.
Zrobiłam bardzo szybkie, wielkie kroki w powietrzu, w kierunku sufitu.raz, dwa, trzy cztery. Ale byłam lekka, szłam sobie w powietrzu. I w miarę jak zbliżałam się do sufitu, te ciała się zmniejszały i leciały do góry, aż w końcu były malutkie, obracały się poziomo i były pod samym sufitem.
Co to mogło być ?
I kiedy moja głowa była już za sufitem rozkazałam wrócić sobie do ciała. I wróciłam.



Otwieram oczy. I nareszcie wylazłam z tego transu!!!! Myślałam, że się rozplaczę.. pokonałam paraliż w jakieś pięć minut, może dziesięć.

Patrzę, a tam NY. OOOOOOO jaaaaa. Co za ulga, przypomniałam sobie gdzie jestem, jak się nazywam, przypomniałam sobie o materialnym świecie. Jakbym się obudziła ze stu letniego snu. Patrzę.. świat. Dżizas! jaka psychodela, pomyślałam o tej kawiarni. Pomyślałam o tym, jaki to był kierat. czułam się jakby ktoś mnie wypuścił z klatki.
usiadłam na łózku i za każdym razem jak się kładłam, to paraliż powracał. Hipnagogi. paraliż, hipnagogi.
Więc siedziałam na łóżku. Jakieś 2 godziny i się modliłam, bo bałam się ze mnie coś opętało. Być może to śmieszne, ale bałam się naprawdę tego. Któś mnie uwięził we śnie, potem nie mogłam się normalnie położyć, bo paraliż.
Ten kto tego nie doświadczył, to nie wie jak to jest, kiedy chcesz spać, a nie możesz, bo coś cię zmusza do wyjścia. Nie jest to nic przyjemnego i jest to straszne. Dlatego się bałam.
I od tego czasu nie medytuję, nie wychodzę. Nie myślę nawet o tym.
Zostawiam to.

entry 30.07.2012 - 20:12
[size="2"][color="#696969"][/color]
Dzień Dobry
[font="Georgia"]
Pierwszą okazję do wyjścia miałam dwa lata temu w listopadzie. Ale nie słyszałam jeszcze wtedy o OOBE.
Teraz sobie myślę, że to mi otworzyło furtkę do tych wszystkich innych późniejszych doświadczeń..

To był listopad 2010. Budzę się nagle w nocy na pełnym paraliżu. Spanikowana, chuj wie co się dzieje. I mega krzyki w głowie, męskie głosy, śmiechy, uderzanie metalu o metal. Mega głośne. Byłam przerażona. Najgorsze było to, że coś mnie ciągnęło, coś mnie próbowało wyciągnąć z ciała, czułam się szarpana, ciągnięta, próbowałam z tym walczyć. Ale to było trudne, bo kompletnie nie czułam ciała. A mimo to strasznie mnie wszystko bolało, odczuwałam straszny ból. Walczyłam z tym może 10 minut i przeszło.
A rano jak się obudziłam to byłam taka posrana jak tylko o tym pomyślałam...
Wtedy jeszcze niewiedziałam do końca w co chcę wierzyć. Teraz idę w kierunku buddyzmu, ale to był ten czas kiedy przestawałam już powoli chodzić do kościoła. I myślę sobie, kurde, masakra jakieś szatany mnie w nocy ciągną, chuj wie co.. to może powinnam wrócić do kościoła. Heh na szczęście nie zrobiłam tego...
Ale potem już zapomniałam o tym zdarzeniu...




Aż do czasu
kiedy poznałam starko. Zaczęłyśmy o tym gadać.... Ona mi wszystko powiedziała co i jak. To był pażdziernik 2011. Więc weszłam na neta i pierwsza rzecz na jaką się natknęłam to był filmik Darka Sugiera na youtube.
Miesiąc póżniej na lajciku wywołałam oobe. Pianie koguta, bum. Wyjście bezpośrednie. Połowę ciała miałam już poza. Ale się bałam strasznie... powstrzymałam to szybko i poszłam spać.
Rano oczywiście strasznie żałowałam.
Jak za każdym razem.... kurwa za kazdym. Rano sobie myślę: ja pieeerdddole dlaczego się bałam?? Mogłam wyjść!
Więc za tydzień w weekend spróbowałam znowu. I znowu mi się udało. Tyle że znowu scykałam i wszystko powstrzymałam.
Za tydzień w weekend próbowałam znowu, ale z marnym skutkiem. Za tydzień znowu. I nic. Pomyślałam sobie, że zmarnowałam dwie zajebiste okazje i to jest kara.
A potem koło lutego... świadomy sen, że gonię się ze znajomymi po internacie. Potem zobaczyłam studnię i wodospad.. i słyszałam jak jakaś młoda dziewczyna napierdziela do mnie, że muszę chodzić do kościoła. Jestem pewna, że to były hipnagogi.. może gdzieś w podświadomości jeszcze mi siedziało takie przekonanie wpojone przez dziadków... niewiem.
No a potem byłam na lotnisku. Czy to było oobe?? Niewiem, ale przypuszczam ze tylko ld. Na pewno, tylko ld.





Po tym wszystkim strasznie sie napaliłam na oobe. Były tygodnie, że nie spałam pare nocy z rzędu, kombinowałam. Miałam nadzieję że mi się uda nareszcie. I że nie scykam. Aż w konću stwierdziłam dobra, pierdolę. Zajmę się czakrami. I dałam sobie spokój. postawiłam na medytację. Dodatkowo zajebiśącie się nauczyłam odprężać.

Fajne jest to, że zawsze przed wyjściem, tuż przed całkowitym paraliżem coś słyszę fajnego... zawze trzaskanie drzwiami, kiedy się relaksuję. A tuż przed paraliżem... pianie koguta, albo dzwięk ciuchci :D
Tak było koło kwietnia. Dźwięk ciuchci i siup! Wyjście? Nie, oczywiście, że scykałam. KURWA, KTÓRY JUŻ RAZ ?! Najpierw proszę o oobe. Mówię: opiekunie, wyciągnij mnie!!!! Chcę Chcę Chcę! A potem, cykor. Boję się.
Właściwie czego ? Że nie dam rady kontrolować myśli i wyobrażę sobię, i zobaczę coś strasznego.



No a potem.. pod koniec maja. kolejna okazja, znowu scykałam. Potem koniec czerwca. Sen kurde... mega realistyczny.
Sniło mi się ze skarżę się jakimś mędrcom, że nie mogę wyjść z ciała... To było takie realistyczne.. mam przypuszczenie, ze nie było to ld tylko wyjście. Tak jak mówi P. Mulford, że sny to wspomnienia z nieświadomych wyjść. I tak właśnie myślę o tym "śnie".
I czułam, że oni byli dobrzy. Mieli białe szaty. I byli naprawdę dobrzy i słuchali mnie. I zaprowadzili mnie do świątyni z białym ołtarzem. po prawej stron od ołtarza był wysadzany kamieniami dywan. Kazali mi pod niego wyjść i zaczęlli się modlić.
I było dobrze. I czułam, że jest bezpiecznie. Aż tu nagle kurrrwa... szatany, kurwa szatany jakieś zaczynają mnie wciągać. I już nie ma świątyni i nie jest bezpiecznie. Tylko widzę ciemność i ogień. kurrwa i znowu to uzucie, że oni mnie ciągną, wyją, krzyczą. Są źli, jak te szatany z 2010. Kurrwa. No po prostuy czułam coś takiego, że jak pozwolę na wyjście to mnie zabiorą ci źli. A przecież tamci co mi kazali wejść pod dywan byli tacy dobrzy!!! I czyści i to było w świątyni. Białej. Kurrwa. Przebudziłam się, patrzę, noc, leżę w wyrze w internacie. Paraliż sto procent. Wibracje. Silne, mega silne. I te głosy szatanów i ciągną mnie mocno, a ja walczę. I czerwone światło jakieś. TAK SIE KURWA BAŁAM. Chyba nigdy się tak nie bałam. Jakby oni mi chcieli ukraść mnie.. Boże. To było takie straszne. Walczyłam może z pół godziny.
Zaczęłam sobie przypominać różne modlitwy...zaczęłam się modlić jak odzyskałam czucie w ustach. Na głos kurwa. Byłam tak przerażona.... na głos się zaczęłam modlić.



I nie mam pojęcia. O co do kurwy chodzi z tymi szatanami. Nie mam pojęcia. Dlaczego nie mogę po prostu sobie wyjść do astrala ? A może te szatany to złudzenia, stworzone przez mój strach? Nie... chyba zbyt mocno to odczuwam. Takie zło. PURE evil.

No a jakiś tydzień temu. Myślę sobie.. startuję. Bo to mnie nie powstrzymuje, ja jestem coraz bliżej. JA chcę latać, ja chcę w końcu wyjść. Dowiedzieć się tylu rzeczy... zwłaszcza, ze spotkałam gościa, który w astralu przeprowadza ludzi do śmierci. tych, co nie wiedzą ze umarli. gość miaźdźy. Powiedział mi ze za mało się relaksuję itp... Dał mi parę porad, zeby spać nago i zeby nie miec na sobie biżuterii. Niewiem czy to ma jakies znaczenie...
W KAżdym razie: tydz temu myślę sobie, pierdzielę... startuję! Bo ja to w końcu zrobię.
Zasnęłam z zamiarem wyjścia. Relaks, elegancko wszystko. Budzę się w środku nocy. Paraliż sto procent. I znowu... ktoś mnie zabiera, ciągnie. Dużo ludzi.. niekoniecznie dobrych, sama niewiem. Ciągną mnie... mówią, krzyczą. Nie czułam od nich sympatii. Strasznie się bałam. Ciemno w pokoju.. kurde. Ale tym razem nie poszło mi tak łatwo z wymiganiem sie od tego. Męczyłam się z paraliżem jakieś półtorej godziny. Nie mogłam tego powstrzymać. Były chwile bez strachu... wtedy opadałam jakby na dno ciała. I wyjście miałam jak na talerzu. Fajnie było tak opadać na dno w sobie.... Naprawdę, fajnie. Opadałam... i siup, juz nie czuję nawet koniuszka palca i mogę lecieć na Saturna.

Ale skąd ten strach ? Ja go pokonam. Bo za bardzo mi zlaeży na tym. Zależy mi. I to jest już tak blisko. W końcu mój paraliż będzie już tak silny... że nie dam rady powstrzymać wyjścia. I COŚ MNIE W KOŃCU WYDRZE Z TEGO CIELSKA.


i BĘDĘ MISTRZEM ŚWIATA. !!!!
Chyba kończę na dziś... musiałam to wszystko opisać.. sama musiałam jakoś to ogarnąć. Kończę. A dziś próbuję wyjść znowu. I nie bać się.



5 Stron V  « < 3 4 5  
Mój obraz