Wersja do druku

Kliknij tutaj, aby zobaczyć wpis w oryginalnej formie

B.Soul's Notatnik

Początki

[size="2"][color="#696969"][/color]
Dzień Dobry
[font="Georgia"]
Pierwszą okazję do wyjścia miałam dwa lata temu w listopadzie. Ale nie słyszałam jeszcze wtedy o OOBE.
Teraz sobie myślę, że to mi otworzyło furtkę do tych wszystkich innych późniejszych doświadczeń..

To był listopad 2010. Budzę się nagle w nocy na pełnym paraliżu. Spanikowana, chuj wie co się dzieje. I mega krzyki w głowie, męskie głosy, śmiechy, uderzanie metalu o metal. Mega głośne. Byłam przerażona. Najgorsze było to, że coś mnie ciągnęło, coś mnie próbowało wyciągnąć z ciała, czułam się szarpana, ciągnięta, próbowałam z tym walczyć. Ale to było trudne, bo kompletnie nie czułam ciała. A mimo to strasznie mnie wszystko bolało, odczuwałam straszny ból. Walczyłam z tym może 10 minut i przeszło.
A rano jak się obudziłam to byłam taka posrana jak tylko o tym pomyślałam...
Wtedy jeszcze niewiedziałam do końca w co chcę wierzyć. Teraz idę w kierunku buddyzmu, ale to był ten czas kiedy przestawałam już powoli chodzić do kościoła. I myślę sobie, kurde, masakra jakieś szatany mnie w nocy ciągną, chuj wie co.. to może powinnam wrócić do kościoła. Heh na szczęście nie zrobiłam tego...
Ale potem już zapomniałam o tym zdarzeniu...




Aż do czasu
kiedy poznałam starko. Zaczęłyśmy o tym gadać.... Ona mi wszystko powiedziała co i jak. To był pażdziernik 2011. Więc weszłam na neta i pierwsza rzecz na jaką się natknęłam to był filmik Darka Sugiera na youtube.
Miesiąc póżniej na lajciku wywołałam oobe. Pianie koguta, bum. Wyjście bezpośrednie. Połowę ciała miałam już poza. Ale się bałam strasznie... powstrzymałam to szybko i poszłam spać.
Rano oczywiście strasznie żałowałam.
Jak za każdym razem.... kurwa za kazdym. Rano sobie myślę: ja pieeerdddole dlaczego się bałam?? Mogłam wyjść!
Więc za tydzień w weekend spróbowałam znowu. I znowu mi się udało. Tyle że znowu scykałam i wszystko powstrzymałam.
Za tydzień w weekend próbowałam znowu, ale z marnym skutkiem. Za tydzień znowu. I nic. Pomyślałam sobie, że zmarnowałam dwie zajebiste okazje i to jest kara.
A potem koło lutego... świadomy sen, że gonię się ze znajomymi po internacie. Potem zobaczyłam studnię i wodospad.. i słyszałam jak jakaś młoda dziewczyna napierdziela do mnie, że muszę chodzić do kościoła. Jestem pewna, że to były hipnagogi.. może gdzieś w podświadomości jeszcze mi siedziało takie przekonanie wpojone przez dziadków... niewiem.
No a potem byłam na lotnisku. Czy to było oobe?? Niewiem, ale przypuszczam ze tylko ld. Na pewno, tylko ld.





Po tym wszystkim strasznie sie napaliłam na oobe. Były tygodnie, że nie spałam pare nocy z rzędu, kombinowałam. Miałam nadzieję że mi się uda nareszcie. I że nie scykam. Aż w konću stwierdziłam dobra, pierdolę. Zajmę się czakrami. I dałam sobie spokój. postawiłam na medytację. Dodatkowo zajebiśącie się nauczyłam odprężać.

Fajne jest to, że zawsze przed wyjściem, tuż przed całkowitym paraliżem coś słyszę fajnego... zawze trzaskanie drzwiami, kiedy się relaksuję. A tuż przed paraliżem... pianie koguta, albo dzwięk ciuchci :D
Tak było koło kwietnia. Dźwięk ciuchci i siup! Wyjście? Nie, oczywiście, że scykałam. KURWA, KTÓRY JUŻ RAZ ?! Najpierw proszę o oobe. Mówię: opiekunie, wyciągnij mnie!!!! Chcę Chcę Chcę! A potem, cykor. Boję się.
Właściwie czego ? Że nie dam rady kontrolować myśli i wyobrażę sobię, i zobaczę coś strasznego.



No a potem.. pod koniec maja. kolejna okazja, znowu scykałam. Potem koniec czerwca. Sen kurde... mega realistyczny.
Sniło mi się ze skarżę się jakimś mędrcom, że nie mogę wyjść z ciała... To było takie realistyczne.. mam przypuszczenie, ze nie było to ld tylko wyjście. Tak jak mówi P. Mulford, że sny to wspomnienia z nieświadomych wyjść. I tak właśnie myślę o tym "śnie".
I czułam, że oni byli dobrzy. Mieli białe szaty. I byli naprawdę dobrzy i słuchali mnie. I zaprowadzili mnie do świątyni z białym ołtarzem. po prawej stron od ołtarza był wysadzany kamieniami dywan. Kazali mi pod niego wyjść i zaczęlli się modlić.
I było dobrze. I czułam, że jest bezpiecznie. Aż tu nagle kurrrwa... szatany, kurwa szatany jakieś zaczynają mnie wciągać. I już nie ma świątyni i nie jest bezpiecznie. Tylko widzę ciemność i ogień. kurrwa i znowu to uzucie, że oni mnie ciągną, wyją, krzyczą. Są źli, jak te szatany z 2010. Kurrwa. No po prostuy czułam coś takiego, że jak pozwolę na wyjście to mnie zabiorą ci źli. A przecież tamci co mi kazali wejść pod dywan byli tacy dobrzy!!! I czyści i to było w świątyni. Białej. Kurrwa. Przebudziłam się, patrzę, noc, leżę w wyrze w internacie. Paraliż sto procent. Wibracje. Silne, mega silne. I te głosy szatanów i ciągną mnie mocno, a ja walczę. I czerwone światło jakieś. TAK SIE KURWA BAŁAM. Chyba nigdy się tak nie bałam. Jakby oni mi chcieli ukraść mnie.. Boże. To było takie straszne. Walczyłam może z pół godziny.
Zaczęłam sobie przypominać różne modlitwy...zaczęłam się modlić jak odzyskałam czucie w ustach. Na głos kurwa. Byłam tak przerażona.... na głos się zaczęłam modlić.



I nie mam pojęcia. O co do kurwy chodzi z tymi szatanami. Nie mam pojęcia. Dlaczego nie mogę po prostu sobie wyjść do astrala ? A może te szatany to złudzenia, stworzone przez mój strach? Nie... chyba zbyt mocno to odczuwam. Takie zło. PURE evil.

No a jakiś tydzień temu. Myślę sobie.. startuję. Bo to mnie nie powstrzymuje, ja jestem coraz bliżej. JA chcę latać, ja chcę w końcu wyjść. Dowiedzieć się tylu rzeczy... zwłaszcza, ze spotkałam gościa, który w astralu przeprowadza ludzi do śmierci. tych, co nie wiedzą ze umarli. gość miaźdźy. Powiedział mi ze za mało się relaksuję itp... Dał mi parę porad, zeby spać nago i zeby nie miec na sobie biżuterii. Niewiem czy to ma jakies znaczenie...
W KAżdym razie: tydz temu myślę sobie, pierdzielę... startuję! Bo ja to w końcu zrobię.
Zasnęłam z zamiarem wyjścia. Relaks, elegancko wszystko. Budzę się w środku nocy. Paraliż sto procent. I znowu... ktoś mnie zabiera, ciągnie. Dużo ludzi.. niekoniecznie dobrych, sama niewiem. Ciągną mnie... mówią, krzyczą. Nie czułam od nich sympatii. Strasznie się bałam. Ciemno w pokoju.. kurde. Ale tym razem nie poszło mi tak łatwo z wymiganiem sie od tego. Męczyłam się z paraliżem jakieś półtorej godziny. Nie mogłam tego powstrzymać. Były chwile bez strachu... wtedy opadałam jakby na dno ciała. I wyjście miałam jak na talerzu. Fajnie było tak opadać na dno w sobie.... Naprawdę, fajnie. Opadałam... i siup, juz nie czuję nawet koniuszka palca i mogę lecieć na Saturna.

Ale skąd ten strach ? Ja go pokonam. Bo za bardzo mi zlaeży na tym. Zależy mi. I to jest już tak blisko. W końcu mój paraliż będzie już tak silny... że nie dam rady powstrzymać wyjścia. I COŚ MNIE W KOŃCU WYDRZE Z TEGO CIELSKA.


i BĘDĘ MISTRZEM ŚWIATA. !!!!
Chyba kończę na dziś... musiałam to wszystko opisać.. sama musiałam jakoś to ogarnąć. Kończę. A dziś próbuję wyjść znowu. I nie bać się.



Powered by IP.Blog
© Invision Power Services