|
|
cóż, zapisałam się na kurs. trochę z ciekawości, nie powiem jednak, że nie liczę na jakiś rezultat, gdyż inaczej bym się nie zapisywała. przechodząc więc do pierwszego zadania... dlaczego chcę mieć oobe? pytanie z serii co najmniej niezbyt prostych. składa się na to wiele czynników. jednym z nich jest chęć przeżycia czegoś niezwykłego, unikatowego. odebrania rzeczywistości w jakiś nowy sposób, w pewnym stopniu zrozumienia. poza tym, jak już pisałam wcześniej, takie tematy fascynowały mnie od najmłodszych lat, choć nigdy nie zgłębiałam się w nie z jakimś nadzwyczajnym fanatyzmem. po prostu, kiedy ktoś mówił, ja byłam bez reszty pochłonięta słuchaniem. innym czynnikiem jest chęć oderwania się od naszego materialnego świata. chyba każdy miał kiedyś uczucie, że po prostu nie wytrzyma tu dłużej i najchętniej zniknąłby, lub zatrzymał się w czasie na trochę, nie nękany przez nikogo, żeby po prostu odpocząć od codzienności, bądź przemyśleć parę spraw. myślę, że duchowe podróże mogą być dla nas takim właśnie alternatywnym schronieniem. dlaczego właśnie teraz? bo liczy się tylko teraz. staram się z niczego nie odkładać na jutro, bo kiedyś to jutro może nie nadejść. zastanawiając się nad tym wszystkim, wciąż pozostaje mi w głowie kilka wątpliwości co do tego, czy postępuję słusznie. bo gdyby bóg chciał, byśmy podróżowali poza ciałem, to czy dałby nam je? czy nie bylibyśmy po prostu duszami? czy nie jest to w pewnym sensie przeciwstawianie się boskiemu planowi, który zakładał, że dopiero po śmierci udamy się do tamtego świata? jak zwykle pytania bez odpowiedzi. *** z 10 marca jak już postanowiłam poprzedniego dnia, nie ustałam w moich próbach w oobe. strach poprzedniej nocy odszedł w niepamięć, a na forum okazało się, że bicie serca nie jest niczym nadzwyczajnym. tak więc powtarzając te same czynności doszłam do punktu, na którym ostatnio skończyłam. tym razem dołożyłam wszelkich starań, by zignorować serce wyrywające się z piersi. zajęło mi to, jak sądzę dużo czasu, a i łomotanie nie uspokoiło się całkowicie. postanowiłam więc jakoś przyzwyczaić się do tej sytuacji. zapłonęłam chęcią opuszczenia ciała myśląc o tym, że nie jestem w nim już uwięziona. coś w rodzaju paraliżu ogarnęło moje stopy i łydki. myślałam, że to niedostateczna relaksacja, zresztą do tej pory nie jestem pewna, czy to dobry, czy zły objaw. potem poczułam, jak gdyby kołysanie na boki, choć było niemożliwym, że się kołysałam, rozpatrywałam to raczej w kategorii złudzenia. a może to dusza chciała wyturlać się z ciała? może to były właśnie owe wibracje? postanowiłam kontynuować, aż do momentu, kiedy zdawało mi się, jakoby moje stopy ulegały dziwnej duplikacji... w tym momencie właśnie przerwałam. przerwałam z powodu uczucia zimna - choć cały czas byłam przykryta kołdrą - i lekkiego drżenia, które jak się spodziewałam, miało minąć po zakończeniu eksperymentu. tak się jednak nie stało i drżałam jeszcze bardziej jeszcze dobrą chwilę, ogarnięta również niewyjaśnionym zimnem. nie wiem, czy były to już jakieś początki, czy może po prostu jestem zbyt podniecona tym wszystkim i mój mózg sam wytwarza sobie takie sytuacje. nie mniej jednak, będę kontynuować. *** jak to często bywa w moim przypadku, obudziłam się około 5 nad ranem z myślą, że niedługo trzeba będzie wstawać do szkoły. jak zwykle policzyłam, ile snu mi ewentualnie zostało. po stwierdzeniu, że mam jeszcze ponad dwie godziny, przypomniałam sobie o oobe. ponieważ moje ciało wciąż było głęboko rozluźnione, zaczęłam się po prostu koncentrować. właściwie niewiele pamiętam z tego co było dalej, nie wiem czy to co się działo było już snem, czy jeszcze jawą. mam na myśli to, że zdawało mi się, że wyczułam odpowiedni moment i jak wampirzyca ze starego horroru gwałtownie uniosłam tułów do pozycji pionowej, zawiedziona, że jestem nadal w mojej fizycznej postaci. nie miałam pojęcia, w którym momencie można się poruszyć, by zrobić to swoim niefizycznym ciałem, a nie tym, którego używamy na codzień. później przemknęło mi przez głowę, że najlepiej, jeśli od razu wstanę, i nawet wydawało mi się, że jest to jak najzupełniej możliwe z nogami prostymi w kolanach, a w dodatku ściana będąca częścią spadzistego dachu nie stanowi żadnej przeszkody. niczego więcej niestety nie pamiętam. wiem tylko, że przyśniło mi się jeszcze, że byłam w spiżarce jakiejś małomównej kobiety(a co gorsza, to było dla niej całkiem naturalne, że ktoś obcy pałęta się po jej własnym domu), której w ogóle nie znałam. to pewnie z nadmiaru emocji... szkoda, że przegapiłam to wszystko, muszę popracować nad czujnością umysłu! ciekawe, jak będzie dzisiaj... emocje z pewnością już nieco opadły. została natomiast ciekawość i świadomość, że podróż, jeśli kiedyś w ogóle nastąpi, będzie niesamowicie samotna... muszę spotkać więc jakichś ludzi tam, na miejscu. czymkolwiek to miejsce się okaże.
|