Moja przygoda zaczęła się od zainteresowania mocami parapsychicznymi, na forach o psi przypadkowo wyczytałem o oobe. Szczęśliwie się zdarzyło, że znajomy też dużo o tym czytał i mogliśmy się wymieniać wiedzą i nadal to robimy, jest to chyba jedyna osoba z mojego otoczenia, która się tym zajmuje. Próbowałem różne metody 4+1, normalnie w dzień, przed zaśnięciem, z użyciem hemi-sync itp itd. 0 skutków. Poirytowany przestałem się w to bawić.
Aż tu pewnego dnia:
Śpię sobie jak gdyby nigdy nic i nagle mam sen, sen że się kładę do łóżka. Poczułem się dziwnie, całe ciało zaczęło drgać, najsilniej w okolicy twarzy. Unoszę się do góry, nie wiem co się dzieje, oglądam się, a tam obok ja, słodko śpiący. Wybrałem się w podróż do pokoju rodziców, o dziwo nie spali, zaciągnąłem ojca by zobaczył, że jest mnie dwóch^_^. I tak zakończył się ten sen. Przypominał bardzo oobe, lecz coś było w tym dziwnego, jakbym robił wszystko nieświadomie, czyli nie czułem że mam władze nad tym co robie, jak we śnie.
I tak mijały miesiące, zwykły sen, zwykła codzienność, zwykłe obowiązki...
Październik 2007, morko, zimno i do du... jednym słowem, fakt że jestem aktywnym człowiekiem sprawiał, że siedzenie w domu dobijało mnie. Musiałem sobie jakoś z wolnym czasem poradzić i przez przypadek sobie o oobe przypomniałem i w taki oto sposób znów zacząłem praktykować.
Leżenie w dzień, w nocy, 4+1 i inne cuda nie widy, znów nic... i znów przypadek w nocy:
Przebudziłem się, leżąc na plecach i poczułem to samo dziwne uczucie co przy pierwszej przygodzie, mrowienie wszędzie. Jakimś szczęśliwym trafem skojarzyłem sobie wszystkie objawy z oobe - "przecież ja o tym czytałem, to chyba te... no wibracje?" - ogarnęła mną wielka chęć wyjścia, zacisnąłem zęby i pchałem na siłę do przodu. Nagle w pokoju zrobiło się ciemno jak w nocy, a jak się przebudziłem był już jasny poranek. Stoję tak sobie w tej ciemności w pokoju obok łóżka, wszystko do okoła faluje, obraz niewyraźny, patrzę się na ręcę falują, na ściany, falują, nic nie da się prawie zobaczyć. Czytałem kiedyś, że trzeba w takich momentach krzyknąć sobie coś na styl "ostrość", więc krzyczałem, ale bez skutku. Potem strata przytomności i tak zakończyły się magiczne kilka sekund.
Jakiś tydzień później:
Metoda 4+1, kładę się, gapie w ciemność i sobie najzupełniej zasnąłem, śniły mi się jakieś bezsensowne rzeczy. Coś mnie przebudziło, znów telepie mną jak człowiekiem z padaczką. Myślę sobie "znów to się dzieje, trzeba próbować wyjść". Próbuje i próbuje, nie da się. Zrezygnowany leżę sobie tak dalej i nagle czuje jak mi się noga obsuwa, najpierw chciałem ją poprawić by nie spadła na podłogę, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Noga bezwładnie leci w dół, nagle całe moje ciało obróciło o 90 stopni. Bah! Jestem na podłodze swojego pokoju, znów takie zamazane wszystko. Tym razem szybciej zorientowałem co się dzieje, nagle wielka radość "tak, tak! mam oobe!", a raczej powinienem powiedzieć "miałem" bo jak tylko się ucieszyłem to straciłem świadomość i koniec bajki.
Nie wiem dlaczego, dzisiaj w nocy (28 listopad) przypomniałem sobie moje kolejne przypadkowe wyjście. Huh jak można zapomnieć o wyjściu?
Metoda 4+1, znów zasnąłem, jakiś głupi sen, ja zwykle mam głupie i dziwne sny. Przebudzają mnie wibracje, usilnie staram się wyjść. Stanąłem na łóżku, nie mogę otworzyć oczu, próbuje odejść od ciała. Chciałem od niego odlecieć, ale gdy tylko spróbowałem to poczułem, że stopy jeszcze tkwią w ciele i nie mają zamiaru się odczepić. Jakoś udało mi się wydostać, stoję na podłodze, nie mogę nadal oczu otworzyć. Jedyna myśl "to uciec jak najdalej od ciała". Biegnę, biegnę na oślep, ale czułem, że się nie oddalam nic a nic, do tego to wrażenie ociężałych nóg (czasem we śnie jak się przed czymś ucieka to nogi są jak z ołowiu). No i za chwile powróciłem do ciała. Jak na moje oko trwało to góra 20 sekund.