oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Roberta
Monroe

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: ANIOŁY I ARCHETYPY

Jedną z największych tajemnic opisywanych tu wydarzeń jest to, iż ktoś (czasem więcej niż jedna osoba) od czasu do czasu pomaga mi w tych eksperymentach. Może ktoś jest przy mnie przez cały czas, a ja po prostu nie jestem świadomy tej obecności: Nie wiem kim są, ani dlaczego mi pomagają.

Nie wydają się być aniołami stróżami, choć bardziej schematycznie myślące osoby mogłyby to właśnie tak zinterpretować. Istoty te nie zawsze się pojawiają gdy potrzebuję pomocy, nie zawsze też reagują na modlitwę. Mentalne udręki oraz wołanie sprowadzają czasami jedną z nich. Ale częściej pomagają mi, kiedy o to nie proszę - lub raczej kiedy nie jestem świadomy; że proszę o pomoc. Ta asysta wydaje się być bardziej ich wyborem, niż moim.

Istoty te rzadko bywają "przyjacielskie" w naszym rozumieniu tego słowa. Jednak w ich działaniach wobec mnie istnieje zrozumienie, wiedza i celowość. Nie wyczuwam chęci wyrządzenia mi krzywdy, więc ufam ich wskazówkom.

Najczęściej okazują mi swą pomoc, bardzo subtelnie jak w przypadku gdy jakieś ramiona uniosły mnie na wzgórze, gdzie stał dom dr Bradshawa. Owi Przewodnicy w oczywisty sposób pomogli mi osiągnąć to, co zamierzałem. Nie widziałem, kto mi asystował. Jednakże tuż przed tym zdarzeniem widziałem kogoś siedzącego w pozie jogina, w długiej szacie i hełmie na. głowie. Czyżby to był "Pomocnik"?

W rozdziale 10, mężczyzna o zadziwiająco znajomych oczach i twarzy, ubrany w długą szatę, przybył co prawda na moje błagania gdy próbowałem uwolnić się od "napastników", ale prawie wcale nie interesował go mój stan psychiczny. Jednak w oczywisty sposób pośpieszył mi na ratunek. Przybył w wyniku owego problemu. Nie powiedział jednak ani jednego słowa pocieszenia, czy otuchy.

Nigdy nie widziałem jak wyglądał Pomocnik, który zabrał mnie w podróż do dr Gordona w Obszarze II. Czułem jego ręce i słyszałem głos, ale tylko tyle. Podobnie kiedy próbowałem udać się tam tydzień później powiedział mi, że przecież już tam byłem. Akceptuję tę asystę bez żadnych pytań. Rzadko i przelotnie nachodziła mnie chęć odwrócenia się i ujrzenia mego przewodnika. Pomoc ich wydaje się rzeczą naturalną.

Dwaj młodzi ludzie, którzy zabrali mnie do mieszkania po zakończeniu seansu spirytystycznego, nie wydają się pasować do owej kategorii Pomocników. Miałem uczucie, że przybyli ten jeden raz z tego właśnie konkretnego powodu. Otwiera to kolejną ciekawą kwestię. Ze wszystkich Pomocników, tylko raz zidentyfikowałem tego samego po raz drugi.

W czasie mojej wizyty u Agnew Bahnsona w Obszarze II ktoś utrzymywał mnie we właściwej pozycji. Uczucie podtrzymywania przez delikatne ale mocne dłonie było bardzo silne. Te same ręce odwróciły mnie przed opuszczeniem tego miejsca, jak ktoś kierujący ślepcem. Był to jeszcze jeden Pomocnik, który odpowiedział na moje pragnienie.

Kiedy przed barierą zagradzającą mi drogę powrotną wpadłem w panikę, krzyczałem i modliłem się. Żadna pomoc nie nadeszła. Kiedy byłem atakowany i nękany przez nieznane Istoty, pomoc nie nadeszła. Lub ściślej - jeśli nadeszła, nie byłem jej świadomy. Dlaczego? W jaki sposób "oni" decydowali, kiedy należy mi pomóc a kiedy pozostawić własnemu losowi? Nie wiem. a

A przede wszystkim kto nalegał, abym powrócił do fizycznego ciała, kiedy dryfowałem w obszarze zda się wieczystej rozkoszy? Nie wiem, czy powinienem być wdzięczny czy nie, za tę akurat pomoc.

Nie biorę "Gospodarza" (patrz rozdz. 12) za jednego z takich Pomocników, chociaż mogę się mylić. Jest on jednym z tych, których rozpoznałbym bez trudu, gdybym oczywiście znów ich zobaczył. Wyczuwałem płynące od niego uczucie ciepłej przyjaźni i koleżeństwa, ale pod pewnymi względami nie był taki jak ja - był starszy i dysponował wiedzą z innych dziedzin. Różnił się od pozostałych tym, że wyszedł mi naprzeciw i sam zaoferował swą pomoc. Było to w czasie jednego z nielicznych przypadków, kiedy to wybór należał do mnie.

Dziwne, ale kiedy bardzo potrzebowałem pomocy, nikt się nie zjawił - na przykład w trakcie owego niesamowitego przeświadczenia, iż znalazłem się w fizycznym ciele innej osoby (rozdz. 12). Wydawałoby się, że to najbardziej dramatyczna sytuacja do tej pory i jako taka wymaga natychmiastowej interwencji. W moich zapiskach nie ma jednak nic co świadczyłoby, że prócz własnych wysiłków pomogło mi cokolwiek.

Oto kilka z wielu zapisów w moim dzienniku, które pomogą zilustrować niektóre cechy Pomocników.

14 września 1958 r.

Wczesny ranek, na werandzie. Jestem pogrążony w relaksie. Nagłe wibracje o wysokiej częstotliwości. Eksperymenty z szybkimi wyjściami i wejściami do ciała fizycznego. W czasie jednego z wejść trudności z połączeniem. Dwie ręce chwyciły moje biodra i obróciły do właściwej pozycji. Przesłałem mentalne podziękowanie, ale nie widziałem kto to był.

18 marca 1962 r. - popołudnie.

Odwiedził nas E.W. obaj postanowiliśmy odpocząć nieco przed obiadem, około piątej po południu. Weszliśmy do sąsiadujących ze sobą pokoi. Położyłem się i prawie natychmiast usłyszałem głosy. Brzmiało to tak, jakby E.W. dyskutował z kimś obcym. Wtedy myślałem, że może rozmawia z kimś w hallu za drzwiami. (E.W. powiedział później, że natychmiast poszedł spać a przedtem z nikim nie rozmawiał i w ogóle niczego nie pamięta).

Po usłyszeniu tej przytłumionej rozmowy szybko wydostałem się z ciała. Wtedy właśnie rozległ się głos, który wydawał się przemawiać gdzieś ponad moim ramieniem:

"Jeżeli uważasz, że powinieneś wiedzieć, to chyba będziemy musieli ci powiedzieć".

Po tych słowach ktoś ujął mnie pod ramię. Poddałem się chętnie i bez oporów. Po przebyciu, jak mi się wydawało dużej odległości, zatrzymaliśmy się w zaciemnionym domu. Odniosłem wrażenie, że jest to klub, siedziba jakiegoś bractwa lub coś w tym rodzaju. W pokoju po prawej znajdował się milczący ludzie, a ja wydawałem się wiedzieć, że gdzieś na górze są jeszcze inni.

Kiedy tak stałem i czekałem, coś podobnego do projektora rzuciło na ścianę lub na jakiś ekran białą plamę światła, jak przy oglądaniu filmu. Widniała tam odręcznie napisana wiadomość:

Dla uzyskania czysto psychicznych efektów weź
sześć kropli lekarstwa na
szklankę wody.

Podekscytowany podszedłem do projektora i spróbowałem cofnąć film, tak aby ponownie przeczytać wiadomość, chcąc mieć w ten sposób pewność, że odczytałem ją prawidłowo. Szukałem przycisku przewijania, ale nie mogłem znaleźć. (Tymczasem film już się skończył). Nagle ujrzałem coś, co przypominało rozwijającą się na podłodze taśmę i pomyślałem, że zepsułem mechanizm obchodząc się z nim niewłaściwie, Zdenerwowało mnie to i chcąc uniknąć kłopotów skierowałem się z powrotem do ciała. Połączyłem się bez przeszkód.

3 maja 1960 r. - popołudnie.

Leżałem w pełni świadomy z zamkniętymi oczyma. Wibracje przybierały na sile, ale odczuwałem jedynie wrażenie ciepła. Miałem właśnie unieść się z ciała, kiedy dwie ręce umieściły przed moimi oczami książkę. Odwracano ją na wszystkie strony bym widział, że to rzeczywiście książka. Potem została otwarta i zacząłem czytać. Z treści wynikało, że aby przywołać ponownie jakiś stan należy odtworzyć uczucia towarzyszące podobnemu doświadczeniu z przeszłości. Zrozumiałem przez to, że powinno się raczej myśleć o "wrażeniu", niż o szczegółach zdarzenia. Podano mi kilka przykładów, a potem stopniowo, wraz ze słabnięciem wibracji, książka zaczęła się rozmazywać, tak że nie mogłem już dłużej czytać, chociaż bardzo się starałem. W końcu otwarłem oczy, wstałem i zrobiłem notatki.

9 marca 1959 r. - noc.

Leżałem w mroku czując intensywne wibracje. Nagle głęboka ciemność, którą "widziałem" przez zamknięte powieki zaczęła się w jednym miejscu rozjaśniać, zupełnie jakby rozchodziły się chmury, i w końcu gdzieś spoza mojej głowy wystrzelił biały promień światła. (Ciągle słyszałem odgłosy rodzinnej krzątaniny w domu i byłem całkowicie świadomy upływu czasu.)

Poczułem przypływ podekscytowania, ale udało ma się zachować spokój. W centrum białego promienia wydawał się tworzyć niewielki szczyt górski, dokładnie tam gdzie rozpraszał on chmury. Zebrałem się na odwagę i poprosiłem o odpowiedź na moje podstawowe pytanie. Nie wiem dlaczego to zrobiłem, ale wydawało mi się, że powinienem to zrobić. Silny, głęboki głos - nie głos, a już na pewno nie mój świadomy umysł - odpowiedział:

"Czy Jesteś pewny, że chcesz wiedzieć?" - pytanie wydawało się płynąć wprost z promienia światła.

Odpowiedziałem, że jestem pewien.

"Czy jesteś wystarczająco silny, aby znieść prawdę?" w tonie głosu zaszła niewielka zmiana, ale nie czuło się żadnych emocji.

Odparłem, że tak. Wydawało mi się, że upłynęła długa chwila, nim głos przemówił ponownie:

Poproś swego ojca, aby powiedział ci o wielkiej tajemnicy".

Zacząłem pytać, co to dokładnie znaczy, ale wtedy ktoś z mojej rodziny wszedł głośno po schodach i zapalił światło w hallu obok pokoju. Biały promień zaczął powoli zanikać i chociaż starałem się temu przeciwdziałać, chmury stawały się coraz bardziej czarne. Kiedy stopiły się z mrokiem, otworzyłem oczy. (Nie było absolutnie żadnego przejścia od "wizji" do snu i przebudzenia, Przez cały ten czas byłem najzupełniej rozbudzony.) To było poruszające przeżycie, chociaż nie zaklasyfikowałbym go jako podróży poza ciało.

Od tej pory próbowałem odtworzyć to doznanie, ale bez powodzenia. Zarazem napisałem do mojego ojca, który bardzo interesował się podobnymi sprawami. Sformułowałem pytanie nie podając mu źródła. Odpisał w wymijający sposób stwierdzając, iż być może znalazłoby się pół setki odpowiedzi i abym napisał konkretnie, o co mi chodzi. Żaden inny "ojciec" także nie udzielił mi jeszcze odpowiedzi.

15 marca 1959 r. - noc.

Próbowałem odtworzyć doświadczenie, i oto co się wydarzyło. Leżałem pogrążony w relaksacji i mentalnie powtarzałem słowa: "Ojcze prowadź mnie, Ojcze powiedz mi o wielkiej tajemnicy." Po kilku minutach nastąpiło nagłe zaciemnienie i znalazłem się w wysoko sklepionym pomieszczeniu. Wyszedłem stamtąd i przeszedłem przez platformę, kierując się w stronę czekającego pojazdu (podobnego do pociągu), a potem zatrzymałem się i odwróciłem. Ktoś mnie wołał.

Tuż obok mnie stała wysoka szczupła kobieta o dość ciemnej skórze, ubrana w długą prostą suknię, lub raczej togę. Moim pierwszym wrażeniem było że to Murzynka, o małej niekształtnej twarzy, ciemnych włosach i przyciętej równo nad czołem grzywce. (Analizując ten opis z perspektywy czasu wydaje mi się, że mogła to być kobieta ze Środkowego Wschodu lub Egipcjanka lecz nie o typie orientalnym, jak wnoszę z kształtu oczu.)

Powiedziała mi, że zrobiłem coś w niewłaściwy sposób Zapytałem co takiego, a ona odpowiedziała, że mi pokaże. Przeszliśmy za róg dużego budynku i wkroczyliśmy na brukowany dziedziniec: Zatrzymaliśmy się i było dokładnie tak, jakbyśmy oglądali trójwymiarowy film w naturalnych rozmiarach i kolorach.

Po lewej stała grupa- ludzi sprawiających wrażenie przedstawicieli władzy: Po prawej stronie dziedzińca leżała mała ciemnowłosa dziewczynka, dwunasto- lub trzynastoletnia. Wydawała się związana i bezradna. Ja także brałem udział w tej scenie, ale równocześnie 'stałem obok owej kobiety i obserwowałem. Odbierałem każde drgnienie mojej jaźni uczestniczącej w rozgrywających się wypadkach, każdą emocję.

Ludzie z grupy przekazali tamtemu- mnie co ma zrobić z dziewczynką. On czuł, że nie powinien, a dziewczynka błagała go by tego nie robiła. Widziałem tamtego - siebie jak prosi mężczyzn, aby uwolnili go od wykonania rozkazów. Ale oni byli obojętni, nie zwracali też uwagi na łzy dziewczynki. Stwierdzili, że jeżeli tego nie zrobię (rytuał religijny?), to inni zrobią to za mnie. Dodali, że dla dziewczynki byłoby lepiej, gdybym to ja dokonał aktu, będzie to dla niej mniej szkodliwe.

Z wyraźną niechęcią odwróciłem się i wykonałem rozkazy. W kilka chwil później kobieta wyprowadziła mnie z dziedzińca i znaleźliśmy się na platformie. (Straciłem kontakt z tamtym - mną w chwili, kiedy się odwróciliśmy).

"Czy teraz rozumiesz?" - zapytała kobieta.

Oszołomiony stwierdziłem, że niczego nie rozumiem, a ona obrzuciła mnie przeciągłym smutnym spojrzeniem i odwróciła się. Nie wiedząc co robić, pomyślałem o swoim ciele fizycznym. Powrót zajął mi sporo czasu, ale w końcu połączyłem się. Usiadłem i długo nad tym wszystkim myślałem. Kim była ta kobieta? Co to za wielki sekret? Patrząc na historię mojego obecnego życia, zaczynam rozumieć.

18 sierpnia 1961 r. - popołudnie.

Ponownie ręce i książka. Tym razem w biurze. Jest trzecia po południu, powietrze wilgotne i pada deszcz,; o ile ma to jakieś znaczenie. Wystąpiły wibracje, byłem całkowicie świadomy i rozbudzony. Sprawdziłem to kilkakrotnie, otwierając oczy i patrząc na zegarek. Upływ czasu był zgodny z moimi odczuciami.

Ponownie czyjeś ręce umieściły książkę przed moimi zamkniętymi oczami. Książkę znów odwracano, kartkowano i ustawiano w różnych pozycjach tak, abym miał pewność, że to książka. Pomyślałem, żeby spróbować zobaczyć tytuł na okładce i natychmiast okładka została mi pokazana, ale druk był zbyt mały, albo ja byłem zbytnim krótkowidzem. Próbowałem, ale nie udało mi się go odczytać.

W końcu zrezygnowałem, a wtedy książka została otwarta i zobaczyłem zadrukowane strony. Spróbowałem coś odczytać, ale słowa rozmazywały się. W końcu pomyślałem, że może byłbym w stanie czytać, gdybym widział po jednej literze. W odpowiedzi litera "wyleciała" z linijki i zobaczyłem ją wyraźnie, gdy "przepływała" obok. Składałem literki i sylabizowałem ostrożnie, aż w końcu udało mi się złożyć cztery, słowa: "Wywołaj nieszczęśliwe istoty przez..." Próbowałem odczytać coś więcej, ale najwidoczniej skoncentrowałem się za bardzo i stało się to zbyt trudne. Nad głową dostrzegłem duże białe i postrzępione chmury, co dodatkowo odwracało moją uwagę. Deszcz przestał padać. Przejaśniało się. Zapragnąłem wyjść i poprzez góry i doliny poszybować ku niebu. Wtedy zacząłem się powoli unosić.

Ręce zamknęły i zabrały książkę, a w moim umyśle rozległa się przyjacielska i rozbawiona myśl: "No cóż, jeżeli bujanie w obłokach jest takie przyjemne, to bierz się do tego!" Zupełnie, jakby wyrozumiały nauczyciel dawał zmęczonemu koncentracją dziecku chwilę wypoczynku.

Wyfrunąłem przez drzwi i uniosłem się w niebo. Spędziłem pomiędzy chmurami cudowne chwile i powróciłem do ciała bez żadnych przeszkód. Kiedy otworzyłem oczy i usiadłem, chmury rzeczywiście były takie, jak je widziałem podczas zabawy z nimi (chociaż kiedy zaczynałem eksperyment, zachmurzenie było prawie całkowite).

Być może któregoś dnia Pomocnicy ujawnią się. Przypuszczam, że odpowiedź kim są, może okazać się zaskakująca.