oobe.pl
Start Porady Roberta
Monroe
Porady Brucea
Moena
Porady Darka
Sugiera
Park

 

<< Powrót do spisu porad Roberta
Monroe

ROZDZIAŁ SIÓDMY: POST MORTEM

Jakakolwiek wzmianka o istnieniu Drugiego Ciała natychmiast rodzi pytanie stawiane od chwili, w której człowiek nauczył się myśleć: Czy żyjemy po śmierci? Czy istnieje życie pozagrobowe? Nasze religie nakazują nam w to wierzyć. Nie wystarcza to jednak sylogistycznemu myślicielowi, który poszukuje niezbitych przesłanek, prowadzących do nieuchronnych wniosków.

Wszystko co mogę zrobić, to przekazać możliwie obiektywne relacje na temat subiektywnych doświadczeń. Być może moje przesłanki będą niezbite także i dla was.

Pierwszy raz spotkałem dr Richarda Gordona w roku 1942, w Nowym Jorku. Był doktorem medycyny, specjalistą w internie. Zostaliśmy przyjaciółmi, a on stał się naszym lekarzem domowym. Miał za sobą pełną sukcesów, budowaną latami praktykę, oraz posiadał rzadkie, cyniczno-sarkastyczne poczucie humoru. To chodzący pewnie po ziemi realista, z dużym bagażem doświadczeń. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy liczył już sobie pięćdziesiąt kilka lat, więc nigdy nie znałem go jako człowieka młodego. Był niskim i szczupłym mężczyzną o siwych włosach z tendencją do łysienia.

Dr Gordon miał dwa rzucające się w oczy manieryzmy. Zamierzał żyć bardzo długo i dlatego postępował rozsądnie. Chodził wolnymi, ostrożnymi krokami. Właściwiej byłoby powiedzieć, iż przechadzał się z wystudiowaną niedbałością. Spieszył się jedynie wtedy, gdy było to absolutnie konieczne.

Kiedy ktoś przychodził do jego gabinetu, Richard wyglądał przez wewnętrzne drzwi i z napięciem wpatrywał się w przybysza. Nie mówił "hello", nie wyciągał ręki, nie kiwał głową. Po prostu gapił się, jakby chciał powiedzieć: "A temu co do diabła dolega?"

Dr Gordon i ja zaprzyjaźniliśmy się. Była to jedna z tych rzeczy, jakie dzieją się bez potrzeby wyjaśniania, bez logicznej przyczyny. Nie mieliśmy wiele wspólnego, poza tym, że życie nasze toczyło się w tym samym momencie historii.

Wiosną 1961 roku odwiedziłem dr Gordona w jego gabinecie i zjadłem z nim tam lunch, ugotowany na palniku Bunsena przez jego długoletnią pielęgniarkę. Zauważyłem, że wyglądał na zmęczonego i przepracowanego. Powiedziałem mu to.

"Ostatnio nie czuję się zbyt dobrze" - odparł i po chwili wpadł w swój zwykły ton. - "A co, czy lekarz nie może od czasu do czasu zachorować?"

Roześmiałem się i zasugerowałem, aby coś z tym zrobić. Mógłby na przykład odwiedzić swojego lekarza.

"Zrobię to" - powiedział nieobecny myślami, po czym ponownie przybrał swoją zwykłą pozę: "ale najpierw mam zamiar odwiedzić Europę".

Powiedziałem, że brzmi to wspaniale.

"Mam już nawet bilety" - kontynuował. - "Byliśmy tam kilkakrotnie, ale tym razem chcę zobaczyć miejsca, których jeszcze nie widziałem. Czy byłeś kiedykolwiek w Grecji, Turcji, Hiszpanii, Portugalii albo Egipcie?"

Odparłem, że nie.

"A więc powinieneś" - powiedział odsuwając od siebie talerz: "Jedź jeżeli masz taką szansę. Nie powinieneś tracić okazji zobaczenia tych miejsc. Ja nie chcę stracić swojej szansy."

Powiedziałem, że zrobię co w mojej mocy. Richard był poważny.

"Bob?"

Czekałem, co powie.

"Wiesz, mój stan zaczyna mnie ostatnio niepokoić" - powiedział ostrożnie. - "Nie podoba mi się to... dlaczego ty i twoja żona nie pojedziecie z nami do Europy?"

Odpowiedziałem, że chciałbym ale teraz nie mogę. W tydzień później dr Gordon i jego żona odpłynęli do Hiszpanii. Nie dostałem od nich żadnej wiadomości, więc założyłem, że pewnie opalają się gdzieś nad Morzem Śródziemnym.

Sześć tygodni później zatelefonowała do mnie pani Gordon. Okazało się, że doktor w Europie zachorował i musieli skrócić podróż. Wzbraniał się przed leczeniem poza krajem i nalegał na natychmiastowy powrót do domu. Cierpiał na dotkliwe bóle i po powrocie od razu poszedł do szpitala.

Nie mogłem odwiedzić go w szpitalu, ale o wszystkim informowany byłem przez jego żonę. Operacja wykazała to, czego się obawiano - raka jamy brzusznej, nie nadającego się już do leczenia. Pozostało tylko zapewnić mu maksymalne wygody. Nigdy nie miał opuścić szpitala. Oczywiście za życia. Czy dokładniej, za życia w sensie fizycznym.

Otrzymawszy tę wiadomość zrozumiałem, że muszę znaleźć jakiś sposób, aby zobaczyć dr Gordona. Teraz wszystko było już jasne, jak to często dzieje się ze sprawami, na które spoglądamy z perspektywy czasu. Jestem pewien, że wiedział o swoim stanie przynajmniej od ostatniego spotkania w jego gabinecie. Ostatecznie był przecież lekarzem. Mógł zrobić analizy w swoim prywatnym laboratorium. To było przyczyną jego nagłej podróży do Europy. Nie miał zamiaru tracić swej ostatniej szansy. I nie stracił.

Potrzeba rozmowy z dr Gordonem była bardzo nagląca. Wcześniej nigdy nie wspominałem mu o moich "szalonych talentach", czy o tym czego doświadczałem. Chyba obawiałem się, że mógłby mnie wyśmiać i odesłać do swojego syna, który był psychiatrą.

Teraz jednak to co innego. Natknął się na coś, w czym chyba tylko ja mógłbym mu teraz pomóc. Co prawda nie wiedziałem jak to czego doświadczyłem mogłoby pomóc, byłem jednak głęboko przekonany, że warto spróbować.

Wielokrotnie chciałem zobaczyć się z dr Gordonem, ale do pokoju wpuszczano tylko jego żonę. W końcu poprosiłem panią Gordon, aby pomogła mi skontaktować się z mężem. Wyjaśniła, że doktor ma tak silne bóle, iż prawie przez cały czas jest pod wpływem mocnych środków znieczulających. Rzadko jest więc w pełni świadomy. Rozpoznaje ją jedynie wcześnie rano, a i to nie codziennie. Powiedziałem, że mam do przekazania coś bardzo ważnego, ale nie wdawałem się w szczegóły. Nawet mimo smutku wydawała się rozumieć, że chcę mu przekazać coś ważniejszego, niż przyjacielskie słowo otuchy. Jej kobieca intuicja znalazła rozwiązanie.

"Dlaczego nie napiszesz do niego listu" - zasugerowała. - "Zaniosę mu go."

Wyraziłem obawę, że nie byłby w stanie go przeczytać.

"Jeżeli napiszesz" - powiedziała - "to odczytam mu go kiedy będzie na tyle przytomny, aby go zrozumieć".

Tak też zrobiliśmy. Czytała mój list za każdym razem, kiedy tylko dr Gordon był przytomny. Powiedziała mi potem, że to wielokrotne czytanie było na jego prośbę. Czyżby w liście znajdowało się coś, co chciał sobie utrwalić i zapamiętać?

Usłyszawszy to poczułem wielki żal. Może jednak nie wyśmiałby mnie. Być może łączyłoby nas więcej, gdybym tylko zebrał się na odwagę i powiedział mu ó mojej "działalności". Oto niektóre wyjątki z listu do dr Gordona:

"... i pamiętasz wszystkie te analizy i badania, jakim mnie poddałeś wiedząc; że się czymś martwię. Wtedy właśnie wszystko się zaczynało. Teraz, kiedy jesteś w szpitalu, możesz to odkryć w sobie i wypróbować. Będziesz miał zajęcie powracając do zdrowia.

Po pierwsze, musisz zaakceptować możliwości, być może bardzo odległe od twojego dotychczasowego doświadczenia, że działasz, myślisz, egzystujesz bez ograniczeń ciała fizycznego. I nie mów żonie, by odesłała mnie do twojego syna. Aby to rozwiązać; potrzeba czegoś więcej, niż teorii Freuda. A zresztą zarabia on już i tak wystarczająco dużo pieniędzy.

W czasie wszystkich naszych rozmów poruszanie tego tematu nie wydało mi się stosowne. Tak długo jednak, jak leżysz przykuty do łóżka, zastanów się nad tym. Może to być użyteczne potem i mam nadzieję, że masz szansę odkryć kilka rzeczy, które być może mi umknęły. Wszystko zależy od tego, czy także i ty potrafisz rozwinąć zdolność opuszczania swego ciała fizycznego, kiedy tak próżnujesz w szpitalu. Jeżeli tak, to odnajdziesz wiele sposobów, które będą ci użyteczne. Może to być jedyna droga złagodzenia cierpień. Nie wiem. Spróbuj.

Z całą szczerością apeluję do ciebie, Dick, byś o tym pomyślał. Zrobisz ogromny krok naprzód, jeżeli zaakceptujesz ideę istnienia swojego drugiego, niefizycznego ciała. Kiedy to osiągniesz, ostatnią barierą będzie strach. A nie należy się tego bać, ponieważ jest to tylko lęk przed własnym cieniem, przed . samym sobą, To raczej coś całkiem naturalnego, a nie strasznego. Musisz przyzwyczaić się do myśli, że jeżeli do tej pory nie doświadczyłeś tego świadomie, nie oznacza to, iż należy się tego bać. Nieznane przeraża dopóty, dopóki takim pozostaje. Jeżeli to poznasz, strach przestanie istnieć. Wtedy - ale dopiero wtedy - wypróbuj formułę I, którą ci opisałem. Nie wiem jaki będzie efekt medytacji, którą zastosujesz. Może pomóc lub zaszkodzić opisanej technice. Próbuj jednak dalej. Choćby nie podziałało od pierwszego razu.

Najważniejsze, abyś dał mi znak, jak sobie z tym radzisz. Gdy będziesz czuł się lepiej, to być może wpadnę do ciebie i porozmawiamy o całej sprawie z detalami. Zajrzałbym nawet i teraz, ale sam wiesz, jak bardzo przestrzegają tu przepisów. Gdybyś powiedział żonie o swoich próbach, to jestem pewien, że powtórzyłaby mi. Najchętniej jednak usłyszałbym to od ciebie osobiście, trochę później. Po prostu mnie powiadom..."

Pani Gordon nie powiedziała mi, czy rzeczywiście robił jakieś próby. Szczegółowe wypytywanie było w tamtym okresie bardzo niestosowne. Smutna i przybita wiedziała, iż dni Richarda są już policzone. Ciągle nie jestem pewien, czy spostrzegła, że mój list mógł zostać odebrany jako propozycja przygotowania się na spotkanie śmierci.

W kilka tygodni później dr Gordon zapadł w stan śpiączki. Zmarł spokojnie, nie odzyskawszy przytomności.

Przez kilka miesięcy rozważałem możliwość "dotarcia" do dr Gordona, gdziekolwiek był. To pierwsza bliska osoba, zmarła od czasu, kiedy rozwinąłem swój "osobliwy talent". Byłem zaciekawiony, ale starałem się też być obiektywny. Pierwszy raz miałem tego rodzaju sposobność. Wiedziałem, że dr Gordon nie miałby mi tego za złe - jeżeli rzeczywiście żyje gdzieś.

Zdecydowałem, że powinienem trochę odpocząć, nim spróbuję nawiązać z nim kontakt. Musiałem sam też zebrać się na odwagę. Był to eksperyment, jakiego nigdy przedtem nie przeprowadzałem. Mógł się okazać naprawdę niebezpieczny.

W pewne sobotnie popołudnie zrobiłem pierwszą próbę. Stan wibracji osiągnąłem dopiero po godzinie; ale w końcu wydobyłem się z ciała wręcz krzycząc w myślach, że chcę spotkać dr Gordona.

Po chwili zacząłem się gwałtownie unosić i wkrótce widziałem jedynie zamazany obraz powstający przy szybkim ruchu i wyczułem coś, co wydawało się pędem bardzo rozrzedzonego powietrza. Czułem także czyjeś ramię pod lewym łokciem. Najwidoczniej ktoś pomagał mi się tam dostać.

Kiedy już zaczęło mi się wydawać, że podróż będzie trwać bez końca, nagle zatrzymałem się (lub zostałem zatrzymany). Stałem - odrobinę oszołomiony - w dużym pokoju. Moim pierwszym wrażeniem było - iż jest to jakaś instytucja. Pomocne ramię skierowało mnie ku otwartym drzwiom i zatrzymało tuż przed nimi, skąd mogłem widzieć sąsiedni pokój. Nagle prawie wprost w moje lewe ucho przemówił jakiś męski głos:

"Jeżeli będziesz tu stał, to doktor za chwilę cię zobaczy".

Skinąłem potakująco głową i zamarłem w bezruchu. W pokoju znajdowała się grupa mężczyzn. Trzech czy czterech słuchało młodego, około dwudziestodwuletniego człowieka, który przy pomocy słów i gestów coś im relacjonował.

Nie widziałem dr Gordona, lecz spodziewałem się że pojawi się lada chwila. Im dłużej czekałem, tym bardziej było mi gorąco. Nie wiedziałem, co powoduje to uczucie i nie byłem pewny, ile jeszcze wytrzymam. Miałem wrażenie, jakby po mojej twarzy spływały strugi potu. Wiedziałem, że nie będę mógł zostać już zbyt długo - nie mogłem znieść gorąca. Jeżeli dr Gordon wkrótce się nie pojawi, będę musiał wrócić nie zobaczywszy go.

Obróciłem się i jeszcze raz spojrzałem na grupkę mężczyzn myśląc, że może powinienem zapytać ich o dr Gordona. W tej właśnie chwili niski, szczupły młody człowiek o gęstej czuprynie zatrzymał się w pół słowa i przez kilka sekund intensywnie mi się przyglądał. Po tym jednym, krótkim spojrzeniu odwrócił się do pozostałych i podjął przerwaną dyskusję.

Gorąco stało się nie do zniesienia, więc postanowiłem wracać. Nie mogłem już czekać na dr Gordona. Używając wyuczonego ruchu uniosłem się szybko do góry i opuściłem pokój. Podróż powrotna była równie długa. Po połączeniu zbadałem moje ciało fizyczne. Było mi zimno i czułem się odrobinę sztywny. Na policzkach nie było żadnego śladu po strumieniach potu.

Rozczarowany usiadłem i zrobiłem notatki z podróży. Pisałem, że z jakiegoś powodu nie udało mi się. Nie byłem w stanie odnaleźć dr Gordona. Czas nieobecności w ciele wyniósł dwie godziny.

Jedną z moich cech jest nieustępliwość. Następnej soboty spróbowałem jeszcze raz. Dokładnie w chwili, w której opuściłem ciało i zacząłem nawoływać dr Gordona, tuż obok mnie odezwał się lekko zirytowany głos:

"Dlaczego znów chcesz go zobaczyć? Przecież widziałeś go w zeszłą sobotę!"

Byłem tak zaskoczony, że prawie natychmiast wskoczyłem z powrotem w swoje ciało. Usiadłem i rozejrzałem się po biurze. Nie było nikogo. Wszystko wyglądało jak najbardziej normalnie. Pomyślałem o ponowieniu próby, ale po chwili zadecydowałem, że jest już za późno.

Minęła sobota. Nie wydarzyło się nic ważnego tego dnia. Po prostu nie udało się. Ponownie zajrzałem do notatek z ubiegłej soboty. I znalazłem.

"Doktor za chwilę cię zobaczy". A po chwili niski, szczupły mężczyzna o gęstych włosach odwrócił się i spojrzał na mnie. Patrzył nie mówiąc ani słowa, jakby myśląc. Opis tego mężczyzny mógł odpowiadać wyglądowi dr Gordona, kiedy miał dwadzieścia lat, a nie siedemdziesiąt.

Spodziewałem się zobaczyć człowieka siedemdziesięcioletniego. Nie poznałem go, ponieważ nie wyglądał tak, jak tego oczekiwałem. Gdyby miała to być halucynacja, to bez wątpienia ujrzałbym znanego mi dr Gordona w wieku lat siedemdziesięciu dwóch. Bardziej niż co innego pozwala to uwiarygodnić ten eksperyment.

Później, odwiedzając wdowę po dr Gordonie udało mi się zobaczyć zdjęcie doktora, na którym naprawdę miał dwadzieścia lat. Oczywiście nie powiedziałem pani Gordon, dlaczego chciałem zobaczyć to zdjęcie. Był na nim ten sam mężczyzna, którego widziałem i który widział mnie "tam". Pani Gordon wspominała także, że Richard w młodości był bardzo aktywny i energiczny, żył zawsze w pośpiechu i miał czuprynę jasnych włosów.

Któregoś dnia ponownie spróbuję odwiedzić dr Gordona.

Innym razem, zamierzając przeprowadzić się do innego stanu, postanowiliśmy sprzedać dom, a ponieważ znalazł się natychmiast nabywca, wynajęliśmy coś tymczasowo.

Było to interesujące miejsce - budynek stał na szczycie wzgórza, nad małą rzeczką. Wynajęliśmy go przez agencję i nigdy nie mieliśmy kontaktu z właścicielem. Zajęliśmy główną sypialnię mieszczącą się na piętrze.

W jakiś tydzień po przeprowadzce położyliśmy się do łóżka i moja żona prawie natychmiast zasnęła. Leżałem w półmroku i przez ogromne okna patrzyłem na nocne niebo. Bez udziału z mej strony poczułem przypływ znajomych wibracji i zacząłem się zastanawiać, czy pozwolić, by zdarzyło się to w nowym miejscu.

Nasze łóżko stało w pobliżu północnej ściany. Po prawej stronie były drzwi do hallu. Po lewej wejście do łazienki.

Byłem właśnie w trakcie opuszczania ciała, kiedy dostrzegłem coś w drzwiach hallu. Białą postać o sylwetce dorosłej osoby.

Będąc niezwykle ostrożny wobec wszelkich "obcych", czekałem by zobaczyć co się stanie dalej. Biała zjawa weszła do pokoju, okrążyła łóżko przechodząc o 30 cm ode mnie i weszła do łazienki. Zobaczyłem, że jest to kobieta średniego wzrostu, o ciemnych prostych włosach i raczej głęboko osadzonych oczach. Nie stara i nie młoda.

Była w łazience tylko kilka chwil, po czym wyszła i znów obeszła łóżko. Usiadłem - jestem pewien, że nie fizycznie - i chcąc sprawdzić, czy uda mi się jej dotknąć, wyciągnąłem rękę.

Dostrzegłszy ruch zatrzymała się i spojrzała na mnie. Kiedy przemówiła, słyszałem ją całkiem wyraźnie. Widziałem okna i firanki za nią i poprzez nią.

"Co masz zamiar zrobić z tymi obrazami?" Był to kobiecy głos, widziałem też jej poruszające się usta. Spróbowałem odpowiedzieć jej w taki sposób, który by ją satysfakcjonował. Powiedziałem, że zadbam o nie, więc niech się nie martwi.

Słysząc to uśmiechnęła się lekko. Potem wyciągnęła do mnie obie ręce i ujęła moją dłoń, zamykając ją pomiędzy swoimi. Jej dłonie były najzupełniej normalne, , ciepłe i żywe. Uścisnęła lekko moją rękę, wypuściła ją i okrążywszy łóżko wyszła przez drzwi.

Czekałem, ale nie przyszła więcej. Wróciwszy do fizycznego ciała przez chwilę leżałem nieruchomo, po czym wstałem. Przeszedłem przez drzwi do hallu i zajrzałem do innych pokoi - nie było tam nikogo. Sprawdziłem wszystkie pokoje na parterze, ale także nikogo nie znalazłem. Potem zapisałem to w dzienniku, wróciłem do łóżka i zasnąłem.

W kilka dni później spytałem psychiatrę, który mieszkał w sąsiednim domu - dr Samuela Kahna (było to najzupełniej przypadkowe spotkanie) czy znał właścicieli naszego domu.

"Znałem ich całkiem dobrze" - odparł dr Kahn. - "Pani W: zmarła jakiś rok temu. Po jej śmierci pan W. nie chciał mieszkać w tym domu. Wyjechał i już nie wrócił".

Powiedziałem, że szkoda, bo to bardzo piękny dom.

"No cóż, to był jej dom, rozumie pan" - odpowiedział dr Kahn. - "Właściwie to umarła w tym domu, w pokoju, w którym pan teraz śpi".

Stwierdziłem, że to bardzo interesujące. Musiała bardzo lubić ten dom.

"Och, tak - odparł. - "Była bardzo dumna ze swojej kolekcji obrazów. Rozwieszała je po całym domu. Tak, ten dom za jej życia był bardzo piękny".

Zapytałem, czy nie ma przypadkiem fotografii pani W. "Niech pomyślę" - zastanawiał się chwilę. - "Och, tak. Sądzę, że widziałem ją na zdjęciu robionym w klubie. Zobaczę, czy uda mi się je znaleźć".

Wrócił po kilku minutach. Miał fotografię przedstawiającą jakieś piętnaście czy szesnaście osób. Widać było głównie twarze, gdyż ludzie stali w rzędach.

Dr Kahn przyjrzał się fotografii. "Ona musi tu gdzieś być. Tak, jestem tego pewien".

Ponad jego ramieniem spojrzałem na fotografię i w drugim rzędzie ujrzałem znajomą twarz. Dotknąłem jej palcem i zapytałem, czy to pani W.

"Tak, to właśnie pani W." - spojrzał na mnie zaciekawiony, lecz już po chwili dodał. - "No tak musiał pan widzieć jej zdjęcie gdzieś w domu".

Potwierdziłem. Ostrożnie zapytałem go, czy pani W. miała jakieś szczególne zwyczaje lub nawyki.

"Nie, nie przypominam sobie niczego takiego" - odparł. - "Ale pomyślę o tym. Musiało chyba coś być". Podziękowałem mu i ruszyłem w stronę domu. Na dźwięk jego głosu odwróciłem się.

"Proszę poczekać, chyba sobie coś przypomniałem". Zapytałem, co takiego.

No cóż, kiedy była szczęśliwa lub wdzięczna, miała zwyczaj brać czyjąś dłoń w swoje i delikatnie ściskać. Czy to .panu pomoże?"

Pomogło.

Wraz z rosnącym doświadczeniem stawałem się coraz bardziej pewny, że mogę robić eksperymenty w obszarach całkiem niezwykłych. Mój bliski przyjaciel Agnew Bahnson - był mniej więcej w moim wieku i mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. On także był pilotem i często latał samolotami towarzystwa lotniczego. Jednym z jego zainteresowań była antygrawitacja, o której wielokrotnie dyskutowaliśmy. Miał nawet laboratorium, w którym eksperymentował. Często zastanawialiśmy się, czy jeden lub dwóch ludzi może dokonać znaczących odkryć w tej dziedzinie, w obecnej erze wielkich zespołów naukowych i niezwykle drogiego , sprzętu badawczego.

W 1964 roku, będąc w interesach w Nowym Jorku, znalazłem się w_ pokoju hotelowym mając przed sobą godzinę wolnego czasu. Postanowiłem więc uciąć sobie drzemkę. Położyłem się do łóżka i zaczynałem już zasypiać, kiedy usłyszałem głos Bahnsona:

"Jest sposób na udowodnienie antygrawitacji. Musisz jedynie zademonstrować go osobiście, a do tego przecież zostałeś wyszkolony".

Całkowicie rozbudzony, usiadłem. Wiedziałem do czego nawiązywał głos, ale nie miałem odwagi, by tego spróbować. Ale dlaczego głos Bahnsona brzmiał tak realnie w tym śnie? Spojrzałem na stojący przy łóżku zegarek - była piętnasta piętnaście, a ja sam zbyt rozbudzony aby spać, więc wstałem.

Kiedy dwa dni później wróciłem do domu, moja żona była bardzo przygnębiona. Zapytałem, co się stało.

"Nie chcieliśmy niepokoić cię w Nowym Jorku" - powiedziała - "ale Agnew Bahnson nie żyje. Zabił się lądując na niewielkim poletku pod Ohio".

Przypomniałem sobie głos Bahnsona w Nowym Jorku. Zapytałem żonę, czy zginął dwa dni temu około trzeciej piętnaście po południu.

Żona patrzyła na mnie długo nim odparła: "Tak. Właśnie wtedy".

Nie zapytała mnie, skąd wiem. Już dawno przestała zadawać takie pytania.

Przez kilka miesięcy nie próbowałem "spotkać" Bahnsona. Bez specjalnego powodu uznałem, że powinienem odpocząć. Wiązało się to z ową gwałtowną śmiercią, lecz do dziś nie jestem pewien, co to właściwie było.

W końcu którejś soboty po południu położyłem się z silnym postanowieniem złożenia wizyty Bahnsonowi.

Po mniej więcej godzinnym przygotowaniu w końcu wyszedłem z ciała i rozpocząłem szybką podróż przez wszechobecną ciemność. Cały czas wołałem bezgłośnie: "Agnew Bahnson".

Nagle zatrzymałem się lub zostałem zatrzymany w mrocznym pokoju. Ktoś bardzo zdecydowanie podtrzymywał mnie w pozycji stojącej. Po chwili oczekiwania z niewielkiej dziury w podłodze jęła wydobywać się chmura białego gazu. Wkrótce przybrała formę i jakiś zmysł podpowiedział mi, że to jest Bahnson, chociaż nie widziałem go dokładnie i nie byłem w stanie zidentyfikować rysów.

"Bob, nigdy nie uwierzysz w to wszystko, co się wydarzyło odkąd tutaj jestem" - przemówił natychmiast głosem pełnym podniecenia i szczęścia.

To było wszystko. Na czyjś sygnał chmura białego gazu utraciła swój ludzki kształt i wydawała się zapadać w dziurę w podłodze. Pomocne ramiona skierowały mnie z powrotem i wśliznąłem się do ciała fizycznego.

Taki był właśnie Bahnson - zbyt zaintrygowany nowymi rzeczami i nowymi doświadczeniami, aby tracić czas na przeszłość. Tak samo jak dr Gordon.

Jeżeli była to halucynacja, to bardzo oryginalna. Nigdy nie czytałem o czymś podobnym. Ale czy wyjaśnia to zbieżność czasu wypadku z tym, co usłyszałem w nowojorskim pokoju hotelowym?

I jeszcze jedno. Mój ojciec zmarł w 1964 roku, w wieku osiemdziesięciu dwu lat. Chociaż w młodości buntowałem się przeciwko ojcowskiemu autorytetowi, to czułem, że później byliśmy sobie bardzo bliscy. Jestem pewien, że ojciec odczuwał to samo.

Na kilka miesięcy przed śmiercią miał atak, który niemal całkowicie go sparaliżował i pozbawił mowy. To drugie było znacznie bardziej dotkliwe zważywszy, że ojciec był lingwistą, który całe swoje życie poświęcił studiom i nauczaniu języków.

Kiedy go odwiedzałem czynił desperackie, rozdzierające serce wysiłki, aby przemówić, coś mi powiedzieć. Jego oczy błagały, żebym go zrozumiał. Jednak z jego ust wydobywały się jedynie słabe jęki. Rozmawiałem z nim i starałem się go pocieszyć. Robił co mógł, aby odpowiedzieć. Nie wiem jednak, czy zrozumiał choćby jedno moje słowo.

Pewnego popołudnia zmarł spokojnie podczas drzemki. Przeżył długie, pełne sukcesów życie, a jego śmierć wywołała zarówno smutek, jak i ulgę, że oto skończyły się jego cierpienia.

Stwierdziłem i nadal stwierdzam niepodważalność pewnych prawd i przekonań, których mnie nauczył. Zawsze będę mu za to wdzięczny.

Tym razem, kiedy odszedł ktoś tak bardzo mi bliski, miałem o wiele mniej wahań, niż poprzednio. A może to związki rodzinne, ich najgłębsze tony, spowodowały zmniejszenie obaw i wzrost wiary.

Jedynym powodem, dla którego czekałem przez kilka tygodni, był brak odpowiedniej okazji. Różne ważne sprawy osobiste i zawodowe nie pozwalały mi na należyty w takich przypadkach relaks. Pewnej nocy jednak, obudziwszy się około trzeciej nad ranem poczułem, że mogę spróbować odwiedzić ojca.

Wibracje, po wypełnieniu zwyczajowego już rytuału, nadeszły szybko i łatwa. Po chwili opuściłem ciało i znalazłem się w ciemnościach. Tym razem nie wzywałem ojca. Skoncentrowałem się jedynie na jego osobowości i na "dotarciu" tam, gdzie się w tej chwili znajdował.

Począłem szybko przemieszczać się poprzez ciemność, Nie widziałem niczego, ale odbierałem silne wrażenie ruchu, połączone z oporem grubego, przypominającego płyn powietrza - zupełnie jakbym przebijał się prze wodę. Nagle zatrzymałem się. Nie przypominam sobie, aby tym razem ktoś mnie zatrzymał, nie wyczułem też pod łokciem pomocnej dłoni. Znajdowałem się w dużym, ciemnym pokoju.

Wydawało mi się, że jest to coś w rodzaju szpitala czy sanatorium, ale nie wykonuje się tu żadnych zabiegów w naszym rozumieniu tego słowa. Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu ojca. Nie wiedziałem czego oczekiwać, ale spodziewałem się radosnego spotkania:

Poza głównym pokojem, w którym stałem, znajdowało się tam jeszcze kilka mniejszych. Zajrzałem do dwu z nich. W każdym było kilkoro ludzi, którzy nie zwracali na mnie większej uwagi. Zacząłem się zastanawiać, czy nie trafiłem aby w złe .miejsce.

Trzeci pokój był nie większy, niż cela mnicha, z małym oknem na wysokości barków, naprzeciw drzwi Oparty o ścianę stał tam jakiś człowiek wyglądając przez okno. Kiedy wszedłem widziałem tylko jego plecy.

Po chwili mężczyzna odwrócił się i zobaczył mnie: Z twarzą wyrażającą najwyższe zdumienie mój "zmarły" ojciec przemówił do, mnie:

"A co ty tutaj robisz?" - powiedział to zupełnie jak człowiek, który przejechał pół- świata i niespodziewanie spotyka kogoś, z kim pożegnał się w domu:

Byłem zbyt podniecony, by mówić. Po prostu stałem tam, oczekując z nadzieją na pełen radości uścisk. Ojciec zbliżył się, chwycił mnie pod pachy i wesoło podrzucił aż ponad głowę. Doskonale pamiętałem, że miał zwyczaj to robić, gdy byłem jeszcze dzieckiem.

Po chwili postawił mnie na nogi, a ja odzyskałem mowę zapytałem go, jak się czuje.

"O wiele lepiej" - odparł. - "Ból zniknął".

Było to prawie tak, jakbym przypominał mu o czymś, o czym chciał zapomnieć. Energia wydawała się z niego ulatywać i w końcu odwrócił się, sprawiając wrażenie zmęczonego. Patrzyłem na niego, lecz on jakby zapomniał już o mojej obecności. Wyglądał szczuplej i mógł mieć około pięćdziesięciu lat.

Wyczułem, że spotkanie dobiegło końca. Nie mogło się już nic więcej wydarzyć. Cicho wycofałem się z pokoju, obróciłem i "wyleciałem" z powrotem do ciała. Powrót zajął mi mniej czasu niż podróż w tamtą stronę.

Czy naprawdę tak było? Czy ból w tych ostatnich dniach rzeczywiście był tak dotkliwy, a on nie był w stanie wezwać żadnej pomocy? Jeżeli to prawda, to jakim straszliwym więzieniem musiało być dla niego ciało. Śmierć była prawdziwym wybawieniem.

Czy spróbuję "zobaczyć" go ponownie? Nie wiem. Nie wiem, czy powinienem.

Miałem wiele innych doświadczeń, może mniej osobistych, ale równie poruszających. Wszystkie one doprowadziły mnie do nieuniknionego wniosku, który już sam w sobie usprawiedliwia wiele godzin udręk, niepewności, strachu i rozczarowań. Był on początkiem czegoś, co niektórzy nazywają Skokiem Kwantowym w myśleniu, początkiem nowego punktu widzenia i nowych perspektyw. Pozwolił nadać obecnym bólom i radościom odpowiedni wymiar (czymże jest minuta, godzina czy rok wobec wiecznej egzystencji?). Otworzył drzwi na rzeczywistość, która co prawda może okazać się niepojęta dla umysłu ludzkiego, lecz w dalszym ciągu będzie prowokować ciekawość i oskarżać intelekt:

A jaka jest moja odpowiedź? Połączcie te doznania z przeświadczeniem, iż osobowość człowieka może działać i rzeczywiście działa poza ciałem fizycznym, a możliwa będzie tylko jedna.

Jeżeli kryje się w tym Wielkie Przesłanie, to być może taka odpowiedź wystarczy.